Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

20.09.2011
wtorek

Drive [10/10]

20 września 2011, wtorek,

Miłość to bilet w jedną stronę. Wystarczy jedno spojrzenie, jedno szybsze uderzenie serca i powrotu nie będzie. Bo do czego niby wracać? Niewzruszony, stoicki bohater „Drive” długo tę świadomość odrzuca, ale my – nauczeni (także filmowym!) doświadczeniem – już wiemy. Nieważne, że w otwierającej film scenie poznajemy go jako chłodnego, niepopełniającego błędów profesjonalistę. Przed prawdziwym uczuciem nie ma ucieczki – skruszy każdy pancerz, odnajdzie w nim lukę, której nikt inny nie był w stanie.

Dla bohatera takiego, jak ten – bez przeszłości i tożsamości, bez wewnętrznego konfliktu i czegokolwiek do stracenia – jest to punkt krytyczny. Być albo nie być, żyć albo umrzeć.

Oglądając „Drive”, trudno nie ulec skojarzeniom z niedawnym „Amerykaninem” Antona Corbijna. Założenie jest w obu przypadkach bardzo podobne – pokazać romantyczną wyrwę w zbroi współczesnego ronina. I choć oba filmy czerpią w tym celu z opasłego leksykonu gatunkowych tradycji – od noir do spaghetti westernu – to przepaść między nimi jest bardzo głęboka. Co u Corbijna było pustą stylizacją, u Nicolasa Windinga Refna jest nowatorską autonomią, co tam raziło wyrachowaniem, tutaj tętni emocjami.

Stylizacja gatunkowa jest tu bardzo subtelna – bo choć karoseria „Drive” wygrzebana została gdzieś na zgliszczach zapomnianego kanonu kina gangsterskiego sprzed czterdziestu lat („Kierowca” Hilla, wczesny Mann, „Francuski łącznik”), Refn nie pozwala, by stylizowana czcionka w napisach początkowych czy pieczołowicie dobrany electro-pop choć na chwilę wpadły w pastiszową nutę. Klasyce hołduje na swój sposób – choćby zatrudniając do każdej z ról pełnokrwistych aktorów i zupełnie rezygnując z CGI w scenach samochodowych.

„Drive” to film wybitnie świadomy swej materii, ale też w najmniejszym stopniu jej nie nadużywający. Refn nie musi pokazywać nam fragmentu „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie” na ekranie knajpianego telewizora, by narzucić swej opowieści właściwy ton. Upatrzone przez siebie wzorce obrysowuje nienachalną, a jednak bardzo wyraźną linią. I, co najważniejsze, jest w stosunku do nich polemiczny.

Ot, przykładowo korzystając z wachlarza archetypowych, mocno opatrzonych postaci, Duńczyk odpowiednio je przewartościowuje. Melancholijnego i samotnego antybohatera udaje mu się przyłapać na oglądaniu kreskówek, by chwilę później bez zbędnych upiększeń pokazać, jak w dzikiej furii miażdży komuś czaszkę. Uruchamiająca łańcuch nieodwracalnych zdarzeń femme fatale jest jednocześnie niewinną dziewczyną z sąsiedztwa. Przegrany mentor ma swą godność, a największy arcyłotr jest impulsywnym, socjopatycznym tchórzem.

Podobnie przesuniętych akcentów jest w filmie całe mnóstwo. Przemoc, nawet najbardziej prymitywna, potrafi tu być hipnotyzująco piękna, zaś narracyjny front zmienia się co sekundę. No i ten bohater! Człowiek znikąd, a jednak skądś na pewno. Kierowca. Kochanek. Zabójca. Postać grana przez Ryana Goslinga jest otwartą księgą, z której siłą wydarto kilka pierwszych rozdziałów – wiemy o nim wszystko, a jednak nie wiemy niczego. Film może dzięki temu podryfować w dowolnym, upatrzonym przez siebie kierunku.

Ciekawe to o tyle, że całość składa się z elementów, z których powstać może w zasadzie jedna tylko konstrukcja. Doskonale ją znamy, sto razy widzieliśmy, a jednak w takim stanie – doprowadzona do reżyserskiego absolutu – staje się zupełnie nową jakością. Przygarnięty z Danii Refn, wizjoner, autor ośmiu znakomitych, a jednak nieznanych szerokiej publiczności filmów, dopiął swego – nie wynajdując hollywoodzkiego kina na nowo, pokazał czym ono wciąż jeszcze może być.

***
Recenzja opublikowana także w Wirtualnej Polsce.

Tutaj zaś przeczytacie dyskusję na temat filmu, jaką przeprowadziliśmy z Bartkiem Czartoryskim na jego blogu, Kill All Movies.

 

 

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. Dla mnie „Amerykanin” też był pierwszym skojarzeniem, także pod względem reżyserskiej celebracji pewnych czynności (tu jest to jazda po mieście, tam – składanie broni), która kryje za sobą wiadomości o głównych bohaterach. „Drive” to świetny film, niesamowicie skupiony i zaskakujący, chociaż ma wrażenie, że kilka scen można by zmienić lub skrócić (jak choćby moment, w którym Kierowca przychodzi w masce do baru Nino).

  2. no, dobre;
    fajna kamera, ciekawy klimat.

  3. Super napisane!

  4. Witam!
    Zgadzam się w zupełności że w „Amerykaninie” zachowanie bohatera i jego „rytuały” jak czyszczenie broni były właśnie taką „pustą stylizacją”, „Drive” jeszcze nie widziałam, ale po przeczytaniu recenzji ruszam do kina ;) Szczególnie że jestem ciekawa jak Gosling sprawdził się w tak odmiennej od jego typowego emploi i wizerunku roli…
    Pozdrawiam!

  5. Bo ja wiem czy odmiennej? Ryan grywał już zarówno wybuchowych gości, jak i romantycznych maślaków. :)

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php