Powieść biograficzna „Książę, aktoreczka i ja” Colina Clarka pojawiła się w sprzedaży w 1996 roku, w momencie, gdy świat wciąż jeszcze nie postanowił, czy Marilyn Monroe była wrażliwą, utalentowaną aktorką, czy może raczej głupiutką, rozkapryszoną gwiazdą. Kluczowa dla tej dysputy książka – „Blondynka” Joyce Carol Oates – jeszcze się wtedy nie ukazała, co pozwoliło Clarkowi zająć na chwilę pozycję autorytetu. Publikacja wspomnień z czasów realizacji „Księcia i aktoreczki” okazała się sprytnym wybiegiem – po blisko 40 latach, które minęły od opisanych wydarzeń, nie żył już nikt, kto mógłby historię autora potwierdzić.
Książka Clarka – przynajmniej sądząc po samym filmie i archiwalnych recenzjach, bo dziś jest praktycznie nie do kupienia (195$ na Amazonie) – miała charakter czysto tabloidowy. Pod pretekstem odbrązowienia wizerunku Marilyn, zapomniany dokumentalista i autor przytoczył szereg anegdot, z których jednoznacznie wynikało, że podczas kręcenia „Księcia…” w 1956 był nie tylko asystentem na planie, ale też największym powiernikiem i niedoszłym kochankiem gwiazdy. Po latach, jak gdyby nigdy nic, postanowił podzielić się intymnymi wspomnieniami z całym światem.
Film Simona Curtisa uzależniony jest od charakteru książki – to plotkarski panegiryk, który tyleż wynosi Monroe na należny jej piedestał, co żeruje po prostu na niepotwierdzonych doniesieniach z jej życia. Wartość filmu, nawet jako biograficznej wprawki dla laików, którzy Marilyn dobrze nie znają, jest tym samym mocno dyskusyjna. Z jednej strony, w „Moim tygodniu…” znaleźć można fakty powszechnie znane i dobrze udokumentowane (czyli, wbrew temu, czego życzy sobie reżyser, mało odkrywcze), z drugiej – takie, których nie sposób zweryfikować. Cóż nam po szeptanych na ucho Clarka wyznaniach, skoro równie dobrze mogą one być wytworem jego wybujałej wyobraźni?
Nawet reżyser nie wydaje się tym wszystkim przekonany – narrację snuje tak, że postać Marilyn od początku do końca pozostaje odległym, nieodgadnionym mitem. Nigdy nie zostajemy z nią sam na sam, a jej profil psychologiczny budowany jest głównie ze strzępków, które w swojej książce przytoczył Clark. Takie „niedopowiedzenie”, choć w pewnym sensie efektowne, wydaje się niezamierzone (to w końcu miał być także *nasz* tydzień z Marilyn, intymny, jedyny w swoim rodzaju!). Niestety, scenarzysta zmierzył się z legendą bardzo powierzchownie, podsumowując swoją bohaterkę prostym paradoksem: oto wolny duch zamknięty w hollywoodzkiej klatce. Dlatego filmowa Marilyn bez końca powtarza sloganowe banały („Dlaczego ci, których kocham, zawsze ode mnie odchodzą?”, „Ludzie widzą Marilyn, nie widzą mnie”, i tak dalej), a chybiona stylizacja na retro – rozmemłana muzyka i glamourowe zdjęcia – tylko to wrażenie pogłębia.
Jedno trzeba przyznać: grająca tytułową rolę Michelle Williams jest zjawiskowa. Do perfekcji opanowała wszystkie gesty gwiazdy, z drobną pomocą charakteryzatorów (figura!) stając się bodajże najpełniejszym jej wcieleniem w historii. Jako najsłynniejsza aktorka wszech czasów Michelle potrafi być seksowna i pewna siebie, ale też krucha i bezbronna. W jej ukradkowych spojrzeniach, drobnych szczególikach, kryje się więcej prawdy o Marilyn, niż we wszystkich koślawo napisanych dialogach razem wziętych. To właśnie dla niej (i dla aktorów w ogóle – świetni są także Kenneth Branagh jako Laurence Olivier, Julia Ormond jako Vivien Leigh i Zoe Wanamaker jako Paula Strasberg) warto ten film obejrzeć. A zaraz potem pobiec do księgarni – najlepiej po „Blondynkę” Oates.

5 lutego o godz. 22:03
Cóż oglądając film miałam zupełnie, ale to zupełnie inne odczucie. Dla mnie jest to ładny film, który z odpowiednim dystansem podchodzi do amerykańskiego mitu. Marylin jest moim zdaniem specjalnie pokazana jako istota nieodgadniona, której każdy bohater nadaje inne znaczenie, a niemal wszyscy się w niej zakochują. Moim zdaniem filmowi najbardziej szkodzi beznadziejna kampania promocyjna – to nie film o skandalu, ani o romansie, tylko o robieniu filmu, dziwnej dalekiej gwieździe która pojawia się jednak w dość prowincjonalnej z Hollywoodzkiej perspektywy Anglii, w końcu o mężczyznach, którzy różnie na tą niesamowitą kobietę reagują. Dla mnie to film zrobiony z dużym wyczuciem. Anegdotyczny, ale w tym moim zdaniem jego największa siła. No i jest cudownie zagrany. Co na tle tak wielu źle zagranych produkcji w moim odczuciu daje mu zdecydowanie wyższą ocenę. Zwłaszcza Branagh jako Olivier zrobił na mnie olbrzymie i bardzo pozytywne wrażenie ( choć jestem nie obiektywna bo obu aktorów uwielbiam). A i jeszcze jedno – nie wydaje mi się by ktokolwiek mógł cokolwiek odkrywczego powiedzieć jeszcze o Marylin. Więcej, nie wiem czy ktokolwiek na takie rewelacje czeka.
6 lutego o godz. 0:02
Ja bym się nawet zgodziła z powyższą recenzją gdyby chodziło o jakiś, rzekomo, przełomowy dokument o Marilyn – np na kanale History. Nie spodziewając się wiele zobaczyłam jednak, może odgrzaną, ale jakże rozkoszną postać aktorki, która ze swojego seksapilu korzysta jak z instrumentu władzy. Jednych pożera, innych owija wokół palca, co poniektórych doprowadza do szewskiej pasji.
„Mój tydzień z Marilyn” dał mi dużo do myślenia – jak to kobiety sprowadzają mężczyzn na manowce, i jak łatwo, oni sami, tracą dla nich głowę (słodkiej blondynce wybacza się fochy, spóźnienia, pomyłki etc). Może to już było, może ograne – jednak wcale zgrabne no i ta fenomenalna Michelle Williams (oklaski!) – bardzo szybko przekonuje nas do swojej wersji wielkiej gwiazdy Hollywood jaką Marilyn Monroe bezsprzecznie była. Może się nie znam, ale dla mnie 7/10.
12 lutego o godz. 17:03
na berlinale z polski tylko bryndza ;
polecam: „iron sky”, timo vuorensola, finlandia, 7/10
13 lutego o godz. 19:01
Książka Colina Clarka „My week with Marilyn” (niedługo w Polsce) zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, świetna fabuła, lekki styl, klimat połowy XX wieku i świetnie zarysowana charakterologia MM. Film spłycił książkę. Ambitnym polecam – przeczytajcie.
15 lutego o godz. 13:06
bryndza nie tylko po polsku;
tegoroczne berlinale pokazuje dno kina europejskiego;
tak cienko to od trzydziestu lat nie bylo;
czasami tak poruta, ze czlowiek sie zastanawia kto na to forse daje?
17 lutego o godz. 14:36
Zgadzam się z wieloma argumentami, zwłaszcza z tym, że Williams pokazała tym, którzy jej dotąd nie znali jak świetną jest aktorką.
Myślę, że niepotrzebnie skupiasz się na tym czy i co jest prawdą a co nie. Ja też się zastanawiałam nad wiarygodnością tej historii ale szybko sobie zakazałam myśleć w ten sposób. To jest kino fabularne a nie dokument: tu jest miejsce na kolorowanie rzeczywistości i dorabianie historyjek, zwłaszcza jeśli służy to historii.
19 lutego o godz. 21:46
berlinale – epilog, czyli dogrywka i rzuty karne…
do ksiegi guinnesa:
jeszcze nigdy w historii galaktyki i wszechswiata nie sprzedano tylu biletow na raz
(przy czym sale byly czasami w dwoch trzecich puste,he,he…)
do ksiegi rodzaju:
braci taviani uwielbiam za wiele filmow,ale nie akurat za ostatni…
ach, zamilkne lepiej…
29 lutego o godz. 20:14
Oglądając miałem zupełnie inne odczucie. Ba liczyłem na to, że Michelle Williams dostanie Oscara, ale się przeliczyłem, ot co. Rozczarowanie.