Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

1.08.2013
czwartek

6 (nie)łatwych utworów Stanleya Kubricka

1 sierpnia 2013, czwartek,

Gdy ogłaszano tegoroczny program poznańskiego festiwalu filmowego Transatlantyk, na wieść o retrospektywie twórczości Stanleya Kubricka rozpętała się mała burza. „Gdzie >>Dr Strangelove<<?”, „Przegląd Kubricka bez >>Spartakusa<<?!”, „Zabrakło >>Barry’ego Lyndona<<” – internetowe fora przekrzykiwały się w zarzutach, przypominając, że po 14 latach od śmierci Kubricka jego twórczość wciąż wzbudza nie tylko zainteresowanie, ale i żywiołową dyskusję – nawet w tak banalnej kwestii.

Na Transatlantyku wyświetlonych zostanie sześć filmów mistrza: „Zabójstwo” (1956), „2001: Odyseja kosmiczna” (1968), „Mechaniczna pomarańcza” (1971), „Lśnienie” (1980), „Full Metal Jacket” (1987) i „Oczy szeroko zamknięte” (1999). Wybór wydaje się tyleż oczywisty, co konieczny – prawa do aż pięciu z nich są w posiadaniu jednej firmy, a o wypożyczenie ładnej, cyfrowo odnowionej kopii wcale nietrudno. I choć brak wystawnego „Spartakusa”, wciąż nienależycie docenianego „Barry’ego Lyndona” czy hołubionego przez widzów „Dr Strangelove” faktycznie może wydawać się dotkliwy, to tytuły, które w retrospektywie się znalazły, układają się w tematycznie zwięzłą całość – zbudowane z monumentalnych, łatwo zapadających w pamięć obrazów, stanowią sześć precyzyjnych pociągnięć pędzla wybitnego artysty.

Nieważne, czy będzie to otwarta walizka z tańczącymi na wietrze banknotami, onieśmielająca panorama kosmosu, wpatrujący się w nas obłąkaniec z umalowanym okiem, chłopczyk przemierzający hotelowe korytarze na swym trójkołowym rowerku, improwizowana musztra, czy nocny rytuał z maskami – każda z tych scen jest czytelnym, wyprzedzającym swoje czasy, natychmiast rozpoznawalnym symbolem twórczości Kubricka, na którą z perspektywy czasu nauczyliśmy się spoglądać z należnym uznaniem. Paradoksalnie, dziś – 50, 30, 15 lat od ich powstania – docenia się je bardziej, niż w dniu premiery.

Utwór pierwszy

„Zabójstwo”, pierwszy „poważny” (bo zrealizowany dla dużego studia po kilku niskobudżetowych, pół-amatorskich próbach) film Kubricka przepadł w kinach – pomimo przychylnych recenzji w prasie, przyrównujących go do nowatorskich dokonań Orsona Wellesa, kryminał o nieudanym skoku przyniósł studiu United Artists straty w wysokości blisko jednej trzeciej ustalonego budżetu. Patrząc nań dzisiaj, jest to zupełnie zrozumiałe: pozbawiony typowej chronologii, świadomy swojej przynależności do nurtu noir, film Kubricka sprzeciwiał się ogranej formule gatunkowej, próbując wyraźnie zakreślić jej ramy.

„Ten gatunek przypomina walkę z bykiem; to rytuał, wzór dający do zrozumienia, że bohater-kryminalista nie skończy dobrze” – powiedział sam Kubrick – „Świadomość ta uprzedza fakt, że mu się nie uda, przez co samo zakończenie jest łatwiejsze do zaakceptowania”. Celowo prześwietlając fabularny schemat „Asfaltowej dżungli”, Stanley mruga do nas za sprawą skrupulatnie dobranych ujęć, szablonowych postaci i łatwych do skojarzenia twarzy aktorów. „Zabójstwo” to rodzaj meta-kina czy wręcz filmowego eseju – pasjonująca układanka dla osób obeznanych w gatunku.

Utwór drugi

Dziś trudno w to uwierzyć, ale zrealizowana przeszło dekadę później „2001: Odyseja kosmiczna” początkowo zapowiadała się na spektakularną, zarówno pod względem artystycznym, jak i finansowym, klapę. Filozoficzna epopeja science-fiction, będąca próbą naukowego określenia przyszłości jako pewnej wiadomej, spotkała się z niezwykle surowym przyjęciem ze strony krytyków, publiczność niechętnie dawała jej szansę na dużym ekranie, zaś w trakcie ceremonii oscarowej film uhonorowano jedynie statuetką za efekty wizualne (to jedyny Oscar, jakiego kiedykolwiek otrzymał Stanley Kubrick). Sam Woody Allen powiedział: „Gdy widziałem >>Odyseję<< po raz pierwszy, nie spodobała mi się. Ale nie wiedziałem wówczas, że mam do czynienia z dziełem artysty, który wyprzedza mnie o całe lata”.

I choć należyte docenienie skomplikowanego traktatu Kubricka było kwestią czasu, to sukcesem finansowym okazał się on dość przypadkowo, głównie dzięki poczcie pantoflowej. Upaleni pejotlem lub będący pod wpływem LSD młodzi ludzi ochoczo doświadczali kosmicznej wizji Kubricka na dużym ekranie, oglądając go nawet kilka razy w tygodniu. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Redystrybucja „Odysei…” przyniosła łączne zyski sięgające blisko 200 milionów dolarów, a sam film regularnie trafia na czołowe miejsca list najlepszych i najważniejszych dokonań kinematografii. Co odróżnia go od dzisiejszych produkcji sci-fi? To, że oprócz zobaczenia kosmosu, możemy go także poczuć – doświadczyć nieuchronnego upływu czasu, przepływu świadomości.

Utwór trzeci

Premierze „Mechanicznej pomarańczy”, adaptacji anarchistycznej powieści Anthony’ego Burgessa towarzyszyło sporo kontrowersji. Jako pierwsi szturm przypuścili najbardziej wpływowi krytycy, m.in. Roger Ebert i Pauline Kael, pisząc, że jest to „bezmyślny”, „wulgarny i niepotrzebnie brutalny” „ideologiczny bałagan”. W rzeczywistości, pod płaszczykiem dosłowności Kubrick przemycał na ekran śmiałą wizję ostatecznego upadku mieszczańskiej cywilizacji, która za sprawą postępujących represji doprowadziła do zaniku wrażliwości.

Cierpką ironią jest w tym kontekście fakt, że ówczesna widownia, nieprzygotowana na tak drastyczny, pełen przemocy i seksualności przekaz, całkowicie się nim zachłysnęła.  Spory sukces finansowy „Mechanicznej pomarańczy” uzależniony był w sporym stopniu od niepohamowanej, bezrefleksyjnej żądzy doświadczenia filmowego ekstremum. Znane są nawet przypadki, kiedy film Kubricka zainspirował prawdziwą przemoc – po jednym z takich incydentów reżyser wycofał film z dystrybucji w Wielkiej Brytanii, gdzie wówczas mieszkał i zakazał publicznego wyświetlania go tam do czasu jego śmierci. „Niewielu wtedy zrozumiało ten film” – powiedział po latach autor literackiego pierwowzoru – „Ja sam go nie rozumiałem; wykraczał daleko poza założenia mojej książki, znacząco je pogłębiając”.

Utwór czwarty

Takiego szczęścia Kubrick nie miał przy adaptowaniu „Lśnienia” Stephena Kinga. Pisarz, pomimo wyjątkowo swobodnego stosunku do filmowych wersji swoich powieści, nigdy nie krył rozczarowania i złości związanych z filmem Kubricka, pewnego razu nazywając go nawet jedyną adaptacją swojej książki, której kiedykolwiek nienawidził. Także pierwsze opinie widzów i krytyki nie były zbyt przychylne – film otrzymał dwie nominacje do Złotej Maliny (za reżyserię i główną rolę kobiecą), a przed premierą w Europie został przez Kubricka skrócony o 25 minut (co akurat wyszło filmowi na dobre, ale wynikało przede wszystkim z artystycznej kapitulacji po nieprzychylnych reakcjach widzów w Stanach).

Także tym razem czas pozwolił w końcu należycie docenić „Lśnienie” – przeszło trzy dekady od powstania uważany jest on za jeden z najbardziej przerażających, skomplikowanych i wielowarstwowych filmów wszech czasów. Swoistym potwierdzeniem jego maestrii i niedoścignionej precyzji są narosłe wokół filmu mity, interpretacje i teorie spiskowe. Na przestrzeni lat kolejni historycy, fachowcy, krytycy i – po prostu – fascynaci  rozłożyli film Kubricka na czynniki pierwsze, doszukując się w kolejnych scenach rozmaitych znaczeń, od cierpkiego głosu w sprawie losu rdzennych Indian, po… przyznanie się Kubricka do rzekomego nakręcenia lądowania Apollo 11 na Księżycu. W roku 2012 na temat mnogich znaczeń filmu powstał nawet specjalny dokument – „Pokój 237”.

Utwór piąty

„Full Metal Jacket” to film ze wszech miar spóźniony. Pomysł nakręcenia filmu o Wietnamie przyszedł Kubrickowi do głowy jeszcze pod koniec lat 70., ale ze względu na długi okres produkcyjny, na ekrany trafił dopiero w roku 1987, już po najważniejszych dla tego zagadnienia dokonaniach, a tuż przed całą falą naśladowniczych produkcji. Pomimo odrębnego podejścia, film spotkał się z wyjątkową rezerwą ze strony publiczności i okazał się znacznie mniejszym sukcesem, niż początkowo zakładano. Także fachowe opinie, pomimo na ogół przychylnego tonu, cechowały się rezerwą – pisano m.in. że „Full Metal Jacket” jest ciekawym, ale zdecydowaniem najsłabszym z dotychczasowych osiągnięć Kubricka. Do tego wytykano mu antypatriotyczne, „zdradzieckie” podejście, bowiem reżyser zdecydował się ukazać tyleż piekło wojny, co dysfunkcyjny aparat wojskowy, który do udziału w niej przygotowuje.

Publiczność tymczasem wychwyciła z filmu to, co wydało jej się w danej chwili najbardziej atrakcyjne. Olbrzymią popularnością cieszyła się pierwsza połowa, pokazująca dehumanizujący proces szkolenia w amerykańskiej armii. Miast surowego społecznego komentarza dostrzegano tam jednak przede wszystkim postać nieubłaganego sierżanta Hartmana, nieustannie poniżającego swoich podopiecznych – rola zagrana przez R. Lee Ermeya, wówczas prawdziwego instruktora z wojskowych obozów przygotowawczych stała się przedmiotem kultu, a część widzów otwarcie przyznawała, że w trakcie ponownej wizyty w kinie, obejrzała tylko tę część, w której jego postać się pojawia. „Zupełnie nie o to nam chodziło” – wspominał po latach aktor – „Mojej roli nie da się w pełni zrozumieć, jeśli nie zobaczy się tej połowy, w której już się nie pojawiam”.

Utwór szósty

Ostatni film Kubricka, „Oczy szeroko zamknięte”, uważa się często za ten najmniej idealny, daleki doskonałości i przenikliwości pozostałych. Tymczasem sam Kubrick na krótko przed śmiercią, jeszcze przed premierą kinową zdążył powiedzieć, że to właśnie z niego w całej swojej twórczości jest najbardziej zadowolony. Czy dlatego, że kręcił „Oczy…” rekordowo długo (łącznie 46 tygodni bez przerwy, rekord Guinessa!), a zwykłe ujęcie uścisku dłoni potrafił powtórzyć kilkadziesiąt razy, zanim był zadowolony z końcowego efektu? Film spotkał się z pozytywnymi recenzjami, ale jego sukces wynikał przede wszystkim z przedwczesnej śmierci Kubricka i udziału gwiazdorskiej pary – Toma Cruise’a i Nicole Kidman.

W poczynionej przez niego chirurgicznej wiwisekcji rozpadu związku doszukiwano się analogii do kryzysu w małżeństwie odtwórców głównych ról, a intrygującą symbolikę zredukowano do roli pretensjonalnej mistyki. Tymczasem, jeśli spojrzeć na ów film między wierszami, można w nim dostrzec wnikliwą, przemyślaną do ostatniego kadru obserwację na temat współczesnej, kruchej obyczajowości.„Po premierze w 1999 >>Oczy szeroko zamknięte<< spotkały się z powszechnym niezrozumieniem” – napisał w przedmowie książki poświęconej jego twórczości Martin Scorsese – „Jeśli spojrzeć w przeszłość, nie powinno to dziwić. Pierwsze reakcje na każdy z jego filmów (nie licząc tych najwcześniejszych) pełne były niezrozumienia”.

***

Do przeczytania także w najnowszym numerze „Hiro”.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php