Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

2.09.2013
poniedziałek

Jobs [5/10]

2 września 2013, poniedziałek,

Steve Jobs to pierwsza poważna kreacja aktorska w dorobku Ashtona Kutchera. Po piętnastu latach grania w komediach dla nastolatków aktor postanowił spróbować w końcu czegoś nowego. W nowej roli – aktora z ambicjami – sprawdza się jednak dość średnio. Owszem, transformacja w zmarłego przed dwoma laty Jobsa może robić wrażenie. Z zaczesaną na bok grzywką i bujną brodą, w okularach z okrągłą oprawką, a w końcu z zaciśniętymi ustami i skupionym spojrzeniem Kutcher wygląda jak idealna kopia byłego szefa Apple. I póki reżyser każe mu w tej pozie trwać, wszystko jest w porządku.

Problemy zaczynają się, gdy do głosu dochodzi wyrażanie konkretnych emocji.

Kutcher nie jest jedną z tych gwiazd, które uwodzą zróżnicowanym warsztatem. W kolejnych filmach jest na ogół taki sam – trochę bezczelny, figlarny, zawsze pewny siebie, a gdy trzeba także zapalczywy.To także cechy samego Jobsa – geniusza, który dzięki swej nieustępliwości zrewolucjonizował rynek komputerów, czyniąc z nich najpierw przedmiot codziennego użytku, a następnie pożądany gadżet. Gołym okiem widać, że Kutcher odnajduje z nim wspólny język – dobrze czuje się w skórze nieco pyszałkowatego twórcy, który nieustannie dąży do perfekcji.

Wachlarz jego aktorskich umiejętności jest jednak ograniczony. Co sprawdza się na krótką metę – np. w zwiastunie lub pojedynczej scenie – niekoniecznie działa także w dwugodzinnym filmie. Zwłaszcza, że scenariusz nie pozwala na wiele. „Jobs” to standardowa biografia w telewizyjnym stylu, twardo trzymająca się schematu „od porażki do sukcesu”. Fabuła to niemal sinusoida: bohater odnosi pozorny sukces, by zaraz potem ponieść spektakularną klęskę. Upada, by cudownie się podnieść. I tak aż do osiągnięcia końcowego triumfu – reputacji cudotwórcy, który pomimo przeciwności losu, z niczego zbudował globalne imperium.

Tak ograniczający schemat jest sporym problemem filmu. Doskonale wiemy, jak ta historia się skończy. Nie ma w tym żadnego nerwu, napięcia. Wie to także Kutcher, który w scenach forsowania przez Jobsa kolejnych niemożliwych konceptów rozsiada się na ogół lekceważąco w fotelu, będąc przekonanym o swej bezwzględnej racji.

Dziś nazwisko Jobsa jest synonimem kreatywności i perfekcji, stojących za takimi produktami, jak iMac, iPhone, iPad, iTunes. Nazwy tych gadżetów, bardzo nietypowe, bo zaczynające się od pojedynczej, małej litery, odzwierciedlają niejako stojącą za nimi filozofię – skupienia na jednostkowym podejściu do klienta (ang. „I” – „ja”), ale i swego rodzaju buntu przeciwko utartym standardom.

Joshua Michael Stern, reżyser filmu, widzi to jednak nieco inaczej. Bardziej od dążenia jego bohatera do doskonałości interesuje go on jako przedmiot kultu – figura, która przerosła swoją biografię i stała się przedmiotem czci. Mała literka staje się więc niejako centrum wszechświata, wręcz synonimem boskości, co odzwierciedla zresztą oryginalny tytuł filmu – pisany „jOBS”.

Ciekawe, że w filmie Sterna nie znajdziemy żadnych kontrowersji dotyczących nieczystej walki z konkurencją czy niejasności związanych z podatkami. Te zaś, które musiały się tu znaleźć – np. niechętnie dyskutowane cechy charakteru Jobsa, jak apodyktyczność, tyrania –  zawsze przedstawiane są na zasadzie nieodzownej konieczności. „Dupek z ciebie” – mówi mu pierwszy pracodawca – „Ale jesteś dobry, w tym co robisz”.

Stern nie kryje przy tym fascynacji przywódczym aspektem osobowości swojego bohatera, często podkreślając jego nadludzki potencjał. Zazwyczaj w mało wyszukany sposób – ot, podczas wystąpień współpracownicy wpatrzeni są w niego, niczym w obrazek, a podczas jednego z przemówień pada na niego dziwna poświata. Szczytem pretensjonalnej metaforyki Sterna jest jednak scena, w której słyszymy o porażce kolejnych członków nieprzychylnego Jobsowi zarządu Apple’a, gdy ten zajęty jest zbieraniem warzyw w ogródku. Zupełnie jakby wyrywał swoich przeciwników z korzeniami, niczym niechciane chwasty.

Wiele na temat filmu mówi także fakt, że kończy się on na długo przed zdiagnozowaniem u Jobsa nowotworu złośliwego. Napisy końcowe zostawiają nas z poczuciem ostatecznego triumfu, podczas gdy najciekawszy aspekt biografii jego bohatera – fakt, że mając łatkę boga został bezlitośnie zmieciony z ziemskiego padołu przez przypadkową chorobę – pozostaje niezagospodarowany.

Byłoby to chyba sprzeczne z filozofią Apple’a, firmy, która swój sukces zbudowała na obietnicy nieskończonej perfekcji, choć już jej logo z nadgryzionym jabłkiem przewrotnie sugeruje, że perfekcja to przede wszystkim idea, zaś kluczem do niej jest nieskończona pogoń.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php