Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

27.02.2011
niedziela

Oscary? Oh, scary!

27 lutego 2011, niedziela,

Odkąd w 2006 roku „Miasto gniewu” zdobyło statuetkę dla najlepszego filmu kosztem „Tajemnicy Brokeback Mountain”, nie oglądam ceremonii oscarowych. Trochę na znak protestu względem konserwatywnej, tchórzliwej decyzji Akademii, trochę – przyznaję – korzystając z idealnej wręcz wymówki do przespania tej jednej nocy w roku więcej. Prawda jest brutalna i trywialna zarazem: wysiedzenie kilku godzin przed telewizorem od dawna już nie należy dla mnie do rzeczy prostych i przyjemnych. Do trzeciej, czwartej – jasne. Do ósmej? Nie ma szans. Zwłaszcza, jeśli chodzi o wręczanie Oscarów. Ale, ale! Na Zachodzie… zmiany!

Najpopularniejsza gala filmowa roku od jakiegoś czasu usilnie stara się dojrzeć do narosłego wokół niej prestiżu – z każdą kolejną edycją staje się imprezą coraz bardziej formalną i pozbawioną spontanu. Organizatorzy sumiennie kastrują towarzyszące całemu wydarzeniu emocje: na przestrzeni ostatnich lat ograniczono już m.in. długość dziękczynnych przemów (do 45 sekund) i zmieniono frazę „and the winner is…” na „and the Oscar goes to…”. Także kamerzyści dostali nowe wytyczne. Teraz, zdecydowanie rzadziej niż przed laty, skupiają się na ociekających obłudą minach przegranych. Wolą kadrować zwycięzców.

Zachwiana została tym samym równowaga, która jeszcze w latach dziewięćdziesiątych decydowała o powodzeniu każdej kolejnej gali: wystawne święto amerykańskiego mainstreamu łączyło się z tabloidowym fetyszem. Emocjom wielkim i wzniosłym towarzyszyły te małe i prymitywne. Kto rozpłacze się podczas odbierania nagrody? Czy ktoś, wzorem skaczącego przez fotele Roberta Benigniego, dopuści się aktu równie anarchizującego? Czyja kreacja będzie najseksowniejsza?

Dziś nie ma to większego znaczenia – główną pozostałością oscarowego targowiska próżności są nieobyczajne żarty prowadzących, podczas gdy rolę branżowej Eurowizji sukcesywnie przejmują MTV Movie Awards. Dobrze to czy źle? Akademia broni się, argumentując, że walory artystyczne stawia ponad ulotnym blichtrem i medialną pompą. I rzeczywiście, ostatnie jej decyzje obfitują w śmiałe polityczne manifesty (zwycięstwo skromnego „The Hurt Locker” kosztem faworyzowanego „Avatara”), czy konfrontacje tak wyjątkowe jak ta „…kraju dla starych ludzi” Coenów z „Aż poleje się krew” Andersona. Przed 15-20 laty wręcz nie do pomyślenia.

Pytanie, czy naprawdę oczekujemy po Oscarach drugiego Cannes?

Tam, pośród wszechogarniającego blichtru, promuje się przede wszystkim artystyczne ambicje. To w Cannes szansę na zwycięstwo mają często te amerykańskie filmy, które wcześniej uległy konformistycznym decyzjom Akademii (nagrodzone Złotą Palmą „Czas apokalipsy” i „Pulp Fiction” przegrały swego czasu Oskara na rzecz „Sprawy Kramerów” i „Forresta Gumpa”), podczas gdy ona sama od lat schlebia głównie zamierającej tradycji.

Jak będzie w tym roku? Być może… wyjątkowo, decydująco. Być może coś się rozstrzygnie. Faworytów do nagrody głównej jest dwóch – aktualny, wielowarstwowy film Davida Finchera „The Social Network” oraz rzemieślniczy, konserwatywny twór Toma Hoopera „Jak zostać królem”. To dwa doskonałe filmy, ale przy ocenie każdego z nich obrać trzeba skrajnie odmienne kryteria. Jeśli wygra Fincher, oznaczać to będzie, że Akademia konsekwentnie realizuje swoje artystyczno-polityczne idee, że jest (potrafi być!) liberalna, otwarta na to, co aktualne. Jeśli Hooper… Cóż, wyjdzie na to, że ważniejsze są jednak prastare filmowe przykazy realizatorskie; na to, że kino wciąż sprawdza się jako krzepiąca ucieczka od rzeczywistości.

Co byście woleli?

„Jak zostać królem” to rodzaj filmu, który mógłby wygrać tak dziś, jak za czasów świetności kodeksu Haysa. „The Social Network zwyciężyć może tylko teraz, tylko dzisiaj. Ceremonia już za kilka godzin, pora obrać którąś ze stron. Polityka czy kino? Tradycja czy aktualność?

Tegoroczną galę na pewno obejrzę. Dawno już tak bardzo nie mogłem doczekać się… Ha, nie tyle wyników, co własnej nań reakcji. Coś się skończy, ale coś innego – niezależnie od decyzji Akademii – niekoniecznie się zacznie. Z wyborem każdego z filmów (także spoza wspomnianej dwójki; ależ byłaby sensacja!) wiąże się pewne ryzyko. Jest się czego bać?

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 14

Dodaj komentarz »
  1. Już na wstępie się nie zgodzę. Tajemnicy Brokeback Mountain nie wybrano z zupełnie prozaicznego powodu był po prostu gorszy. Miasto Gniewu to genialny film z genialną muzyką, przy nim TBM to kino familijne.

    Resztę przeczytam jak znajdę czas.

  2. Da się wejść ale nie da się przejść z poprzedniego bloga.

    Nie mam obaw o „wartość artystyczną” bloga po przeczytaniu dwu odcinków :)
    Ale nie jestem wstanie się Oskarami zainteresować mimo zrozumienia dla autora, że krytyk filmowy nie może ich zignorować.

    Pojedynek ” Jak zostać królem” który obejrzałem z przyjemnością, chociaż jakby się zastanowić nie wiem po co, z „The Social Network” którego nie widziałem mnie nie podnieca.
    W słuszności swojej decyzji o nie marnowaniu czasu na ten film mnie autor bloga utwierdził.
    W sprawach bieżących wolę gazetę :)

  3. Dobry wpis:) „Jak zostac królem” to piekny obraz i ładnie opowiedziane zdarzenie. „Social network” ma wymiar niemal mityczny, niebywała historia i do tego doskonale opowiedziana. Jestem za Social Network.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „Jak zostać królem” to typowy oscarowy film. Dobrze zrealizowany, z przekazem, nie budzi kontrowersji. A „Social Network” to zupełnie inna bajka. Tam „po prostu” jest dobrze opowiedziana historia.
    Obejrzałam oba filmy i przyznaję, że oba mają to coś tylko w zupełnie innym znaczeniu każdy. Przychylam się więc do rozważań autora.
    Nie wiedzieć czemu prześladuje mnie dziwne przeczucie co do „Fightera” – mimo, że filmu nie widziałam… Ale to też byłby wybór starej szkoły.

  6. Bać się nie ma czego, ale jeśli mamy obstawiać na któryś z tych dwóch filmów to ja stawiam na „Jak zostać królem”. Choć moim zdaniem nie jest to takie jednoznaczne kto jest faworytem, i ja mam nadzieję, że czarnym koniem okaże się inny film.

  7. Zgadzam sie niemalze z calym komentarzem autora blogu dotyczacym oscarow. Jedyne ale to ‚niesluszne przyznanie oscara’ dla ‚Miasta Gniewu’, zdecydowanie nie zgadzam sie z autorem. Uwazam ze ‚Miasto Gniewu’ wpelni zasluzylo na statuetke. Co wiecej film ten ogladany wielokrotnie utknal na zawsze w mojej pamieci i jest jedym z faworytow.

  8. Ależ wybór „Miasta Gniewu” nie był zwycięstwem tchórzostwa Akademii tylko wynikiem świetnie poprowadzonej akcji propagandowej. Do dziś uważa się, że ” Miasto Gniewu” jest prawdopodobnie jedynym filmem którzy mieli szansę obejrzeć wszyscy Akademicy ( czego nie dało się powiedzieć o Brokeback Mountain) – należy pamiętać że na te nagrody bardzo wpływa możliwość pokazania filmu jak najszerszej grupie z 6 tys. osób. Tak więc można się denerwować na Oscary z punktu widzenia wyrachowania ale nie koniecznie tchórzostwa. Z resztą jak się niedawno przekonałam – Akademia od samego początku zwykła nagradzać według szalonego klucza w którym niekiedy najlepsi pozostawali w pokonanym polu.
    Ja nie wyobrażam sobie przegapienia Oscarów – nadal jest na nich naprawdę sporo emocji – w sumie wszyscy mają nadzieje że ktoś się rozpłacze, zaś wyborowi np. prowadzących towarzyszą wielkie emocje ( zwłaszcza w tym roku kiedy wybór był mniej niż przewidywalny). Poza tym – to uczucie kiedy zwycięża osoba czy film na który stawialiśmy.
    A co do zwycięzcy – chciałabym żeby wygrał „Jak zostać królem” – choćby po to by udowodnić że zamykanie UK Film Council to największa pomyłka oszczędnościowa ostatnich lat.

  9. Ha! I bardzo dobrze, że Oskar powędrował do The king’s speech’a :)
    The Social Network w ogóle bym nie kładła na tej samej półce..
    Szkoda mi tylko True Grit :(
    Pozdrawiam!

  10. Noi jak zostac krolem…
    Przynajmniej za muzyke (rewelacyjna) dostal the social network.
    Mimo ze nie jestem wielkim fanem finchera, tym razem nawet zawody wioslarskie (!) pokazal interesujaco…

  11. Myślę, że ilość komentarzy pod Pańskim wpisem odzwierciedla jego jakość.

    Niestety, nie ma innej metody jak zostawienie komentarza, co niniejszym czynię, ale proszę bynajmniej nie wliczać tego komentarza do statystyki popularności Pańskiego wpisu, nawet jeśli po naciśnięciu „Dodaj komentarz” wzrosła ona o 100%..

    Boże, jak to łatwo być krytykiem filmowym…

  12. sorry, kiedy pisałem swoje, pod wpisem wisiał tylko jeden komentarz, ale po dodaniu swego zobaczyłem, że jest ich więcej.

    Co bynajmniej nie zmienia sensu tego, co chciałem napisać.

  13. Dziękuję wszystkim za komentarze, a jednocześnie przepraszam za długi czas oczekiwania na ich „moderację”. Gdy już bardziej wgryzę się w panel administracyjny, ogranicznik ów zostanie usunięty.

    Odnosząc się do poszczególnych wypowiedzi:

    @ sensimilla, Mishka

    Nie chciałbym, by moje przekonanie odnośnie niesłuszności nagrodzenia „Miasta gniewu” ograniczało się do jednego, powierzchownego zdania, dlatego w najbliższym czasie postaram się ten temat podjąć w osobnym wpisie.

    @ ratyzbona

    Tak, masz rację, jest to pewne uproszczenie. Ale pamiętaj, że w kategorii „najlepszy reżyser” Paul Haggis przegrał z Angiem Lee. Może więc jest to nie tyle kwestia dostępności filmu, co przystępności.

    Nawiasem, na Oskary warto chyba jednak spojrzeć z przymrużeniem oka. Miejsca w historii nie gwarantują same statuetki, czego najlepszym potwierdzeniem jest wspomniany już przeze mnie „Czas apokalipsy”.

  14. Najlepszym ponadczasowym przykładem jest Obywatel Kaine- nie zdobył Oscarów w najważniejszych kategoriach a uznawany jest za najlepszy film w historii.

    No i poza tym na najlepszy film z tego co wiem głosują wszyscy a w pozostałych kategoriach konkretne agendy odpowiedzialne za dany fach filmowy. Stąd nagroda za najlepszy film jest mniej przewidywalna niż za np. najlepszego reżysera ( choć nie w tym roku)

  15. Nie zdążyłem zobaczyć do tej pory wszystkich nominowanych i już nagrodzonych filmów (zrobię to na pewno) więc odniosę się tylko do tych obejrzanych. Osobiście głosowałem na „Incepcję” bo to kawał kina, ale za pierwszym razem nie da się rozgryźć tego filmu. Sensownym wyjściem wydaje się wypożyczyć płytkę, kupić flaszkę, wygodnie rozsiąść i wkręcić mózg w akcję. Drugim faworytem było „Prawdziwe męstwo” ( kino i film w jednym) z szarżującym niczym Nicholson Jeffem Bridgesem. (Jeff ja przyznałbym ci za tą role statuetkę). Były wprawdzie kwasy po wyjściu z kina, bo małżonka nie była zachwycona Jeffem (podobno nie wypluł klusek z obiadu), a ja akurat skupiłem się zupełnie czym innym i dopiero po czasie dotarło do mnie, że rola była zagrana genialnie. No i ostatnia pozycja którą obejrzałem, to właśnie film (tylko film) „Jak zostać królem” (skąd ten polskojęzyczny tytuł?). To dobrze opowiedziana historia z dobrze zagraną rolą australijskiego „logopedy” – jak już, to Geoffrey Rush powinien dostać statuetkę.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php