Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

1.03.2011
wtorek

Po Oscarach: Przegrane pokolenie?

1 marca 2011, wtorek,

To była… dziwna noc. Na kilka godzin Hollywood cofnęło się do czasów swojej Złotej Ery. Marisa Tomei brylowała w pięknej, stylizowanej na lata pięćdziesiąte sukni od Lily et Cie, niektóre z żartów prowadzących galę były tak niedojrzałe (seksualne aluzje są dziś cokolwiek passé), jakby ktoś usiłował nadrobić nimi lata spędzone pod cenzorskimi przykazami, a główną nagrodę zdobył film, który wyreżyserować mógłby późny George Cukor. Kuriozalne to wszystko o tyle, że Akademia podjęła ewidentne starania, by zainteresować tegorocznym rozdaniem nagród… młodzież. Niestety, chęć podpięcia się pod zdobywające coraz większą popularność MTV Movie Awards (James Franco i Anne Hathaway jako prowadzący, otwierający galę parodystyczny montaż nominowanych filmów), nie zdała próby. Sytuacji nie uratowali nawet przeklinająca Melissa Leo czy wiekowy Kirk Douglas, który spontanicznymi wtrąceniami łamał napisany mu skecz. Ich występy, jako jedyne wytrącały ze snu.

Dla porządku: uważam, że „Jak zostać królem” to znakomite kino. Znakomite, a jednocześnie… zachowawcze, nieco zwietrzałe. W pewnym sensie nijakie. Takie, które widziałbym raczej w towarzystwie poślednich produkcji (produkcji! nie filmów) wspomnianego Cukora czy Stanleya Donena; takie, po które sięgałbym, by przypomnieć sobie jak wyglądał świat przed sześcioma dekadami. Przyznając filmowi Toma Hoopera iście królewski komplet wyróżnień (najlepszy film, scenariusz, reżyser i aktor) Akademia dowiodła już nie tyle swego konformizmu, co ogólnego zamknięcia na zagadnienia współczesności. A to właśnie z nimi mistrzowsko mierzy się wielki przegrany tegorocznej gali, „The Social Network” Davida Finchera. Ale, powtórzę to za poprzednim wpisem, czy oburzenie towarzyszące wyborowi „Jak zostać królem” jest usprawiedliwione?

Pamiętać należy, że członkami organizacji przyznającej oscarowe statuetki nie są dziennikarze, krytycy czy socjologowie, a przede wszystkim poprzedni laureaci tej nagrody. Ich podejście do nominowanych filmów bazuje więc w dużej mierze na znajomości danej dziedziny (scenarzyści nagradzają scenarzystów), sympatiach (!) i, przede wszystkim, podstawowych emocjonalnych odruchach. Nie im oceniać, czy dany tytuł trafnie komentuje rzeczywistość bądź jest aktualny politycznie. Liczą się emocje. Liczy się rzemiosło. Ewentualnie, sprawny marketing (już teraz mówi się, że Fincher przepadł, bo premiera jego filmu odbyła się przed Świętem Dziękczynienia, czyli w chwili wybitnie niesprzyjającej jakiejkolwiek promocji).

„The Social Network”, będący cierpkim komentarzem do kultury i duchowej apatii dzisiejszego „młodego” pokolenia, nie był jedynym przegranym tegorocznej gali. Osobiście, najbardziej zabolały mnie decyzje dotyczące aktorskich kreacji. Akademia wolała nagrodzić powierzchowność, aniżeli wyłapać połyskujące samorodki. Za to należy jej się właściwa nagana.

I tak, nagrodę dla najlepszego aktora zdobył Colin Firth, który powinien zostać wyróżniony rok wcześniej za „Samotnego mężczyznę”. Tu ładnie się jąkał, nieśmiało uśmiechał, naszą sympatię zdobył, ale ponad podstawy aktorskiej perswazji nie wzleciał. Statuetkę powinien otrzymać Jesse Eisenberg, 28-latek, który impresyjną, acz mocno introwertyczną rolą założyciela Facebooka stworzył postać złożoną, nieoczywistą, pozbawioną skrajnych odruchów. Jego postać kieruje się emocjami, dokonuje wyborów raz lepszych, raz gorszych. Nie wiemy – polubić go, czy znienawidzić.

Statuetki nie dałbym też Natalie Portman za „Czarnego Łabędzia”. Aktorka schudła 10 kilogramów, na ekranie jest wiecznie przejęta, ale jej gra wpasowuje się w ramy filmu – jest pompatyczna, utkana z histerii, pozbawiona wiarygodności. Taka Jennifer Lawrence, młodziutka (21 lat) gwiazda „Do szpiku kości”, podobnej ostentacyjności się wystrzega, a jednak na ekranie buduje rolę dalece bardziej dojrzałą, szczerą. Jej postać zdaje się wyłamywać dość banalnemu w swym zbuntowaniu kanonowi kina Sundance’owego – naznaczona jest narastającym fatalizmem. Jej historia nie kończy się wraz z napisami, tego możemy być pewni.

Także zamiast Melissy Leo za rolę w „Fighterze”, nagrodziłbym raczej… Ha, niekoniecznie 14-letnią Hailee Steinfeld. W tej kategorii bezkonkurencyjna okazała się Jacki Weaver, jako upiorna matka chrzestna rodu kryminalistów w „Królestwie zwierząt”. Ale Steinfeld, na dobrą sprawę debiutantka (jej poprzednie dokonania ograniczają się do telewizji i krótkometrażówek), to najciekawsze objawienie sezonu. Rezolutna dziewczynka dowiodła, że ma w sobie wystarczającą siłę przebicia, by na ekranie mierzyć się z buńczucznym Bridgesem i odgrywającym jedną ze swoich najlepszych ról Mattem Damonem. Wspaniale rokuje to na przyszłość.

Czy przegraną wymienionej trójki rozpatrywać należy jako klęskę całego pokolenia? Faktem jest, że dawno już żadna pula z nominacjami nie obfitowała w tyle młodych nazwisk. Znamienny jest też fakt, że Eisenberg, Lawrence, Steinfeld, a także James Franco (nominowany za „127 godzin”) czy Michelle Williams (za „Blue Valentine”) zagrali role ludzi zwykłych-niezwykłych: kujona z Harvardu, zdeterminowaną córkę, osieroconą nastolatkę, lekkomyślnego poszukiwacza przygód, udręczoną związkiem dziewczynę… To kreacje o tyle wyjątkowe, że zbudowane na codzienności wielu z nas, czego o występie Natalie Portman już powiedzieć nie można. Jej dylematy wydają się w tym kontekście górnolotne, wydumane, nieważne, ale przede wszystkim bardzo filmowe, co niejako tłumaczy tę, i szereg innych, tegorocznych decyzji oscarowych. Przegrało pokolenie, zwyciężył kinowy fantazmat – powszechne wyobrażenie tego, jak wygląda dobre aktorstwo, dobre kino.  Bynajmniej nie tak, jak podpowiadają tegoroczne statuetki.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 27

Dodaj komentarz »
  1. Trudno się nie zgodzić. Niestety z roku na rok Oscary mają coraz mniejsze znaczenie w propagowaniu prawdziwego kina. To tylko moje zdanie. Od kilku lat większość przyznanych nagród budzi moje rozczarowanie a czasami nawet złość. Momentami mam wrażenie, że tak naprawdę nagrody są przyznane zanim w ogóle rozpocznie się cały ten cyrk. I myślę, że w przypadku Oscarów większą rolę mają znajomości, sympatie, poglądy polityczne niż wartość artystyczna filmu. Akademia to takie towarzystwo wzajemnej adoracji, gdzie nie ma miejsca na poszukiwania, odkrywanie czegoś nowego.

    Na marginesie dodam, że nagroda dla Portman to totalna porażka. Moją faworytką była Michelle Williams. Portman tak naprawdę nic nie pokazała w Black Swan. Jej mina zagubionej dziewczynki była cholernie drażniąca. Do dziś zastanawiam się, jakim cudem wysiedziałam na tym filmie.

  2. Cóż jako przedstawicielka tego teoretycznie pominiętego pokolenia muszę stwierdzić że się nie zgadzam. Oczywiście Social Network to świetny film – nie mam wątpliwości ale z drugiej strony wydaje się że wszelkie gromy kierowane pod adresem ” Jak zostać Królem” wynikają z faktu olbrzymiej niechęci większości krytyków do filmów które znacznej części widowni nie tylko się podobają ale i niosą jakieś pocieszenie. Nie dziwię się że większość z nas stawia krzepiące filmy nad takie które ukazują jak ciemna i niejednoznaczna bywa ludzka natura – bądź co bądź mówimy o kinie popularnym a ono służy nam przede wszystkim jako odtrutka na rzeczywistość.
    Nie zgodzę się też z zastrzeżeniami co do nagród aktorskich. Rola Portman porusza ludzi – właśnie dlatego że niekoniecznie ma coś wspólnego z ich życiem ( czy to w ogóle powinna być miarka wielkiej roli?) choć znam rzesze dziewczyn które z ową zabójczą dążnością do perfekcji mógłby się utożsamiać. Podobnie nie rozumiem pochwał jakie dostaje Eisenberg – podejrzewam że to efekt zbyt dużej ilości pochwał spływających na głowę Firtha – skoro wszyscy go chwalą to na przekór go skrytykujmy. Tymczasem rola Eisenberga choć rzecz jasna zdradza olbrzymi talent w sumie zasadza się na bardzo szybkim mówieniu. Z dwojga wolę jednak jąkanie się.
    Żal trochę że wychodzi się z założenia że film inteligentny jest dla młodych zaś krytykowany dla starszych. Tymczasem ja chyba jednak mimo wszystko bardziej utożsamiam się z jąkającym królem niż z facetem obcinającym sobie rękę. Oscary zawsze były i będą konserwatywne – zawsze młodzi nominowani nie będą się liczyć ( Akademia nominuje chętnie ale w ostateczności zawsze czeka jeszcze na jakąś następną dobrą role by potwierdzić że to nie jednorazowy występ) – i może dobrze bo inaczej rozdanie Oscarów zamieniło by się w ten show w którym zawsze wygrywa utalentowane dziecko kosztem dorosłego.
    Ogólnie zawsze mnie śmieszy że dzień po rozdaniu Oscarów pojawia się zawsze niezgoda na jej wyroki – ale tylko wśród krytyków bo widownia najczęściej jest zachwycona. No ale to jedna z zasad na których zasadza się nasz filmowy świat.

  3. Mysle,ze tak do konca nigdy nie bedziemy zgodni z wyborami Amerykanskiej Akademii.Kazdy z nas ma inne gusta i smak.Tym razem Oscarem nagrodzono stare dobre rzemioslo!!
    W „Jak zostac krolem” nawet male role obsadzone zostaly aktorami z pierwszej (angielskiej) polki.Bardziej od C.Firth’a podobala mi sie rola jego nauczyciela.Film dobry,ale nie fascynujacy.
    Innych niestety nie ogladalam,chociaz o „Czarnym labedziu” slyszalam sporo krytycznych slow.
    Szkoda pominietego filmu braci Coen :(

    A skoro o aktorach-dzisiajsza prasa doniosla o smierci francuskiej aktorki Annie Girardot.Jakis czas zmagala sie z choroba Alzheimera.
    Chyba nie zawsze byla doceniana!!!

    Hej.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Ta hollywodzka Gala , w tym roku, była podszyta strachem przed nadciągającym kryzysem . Ta zapowiedź biedy przyszłych widzów, ciążyła na tym tym widowiskiem i jej piętno zdominowało tę uroczystość . Filmy nie korespondują z rzeczywistością która jest poza salą kinową . Tej paranoi nie da się już dłużej ukrywać. Grepsy były żałosne , a filmy jakby z Marsa .

  6. @ratyzbona „Portman porusza ludzi – właśnie dlatego że niekoniecznie ma coś wspólnego z ich życiem ( czy to w ogóle powinna być miarka wielkiej roli?)”

    W pełni się zgadzam. Dosłowna „bliskość codzienności” i realizm wydaje mi się jednym z ostatnich kryteriów oceniania tego, co ma aspirować do miana sztuki. Widzę w tym sądzie jakieś dziwaczne, u tak młodego człowieka, dalekie echo socrealizmu. „Czarny Łabędź” jako film wydumany (burżuazyjny), bo reżyser zamiast opowiadać o „codzienności” widzianej jak koń, który jaki jest każdy przecież widzi, poważył się na zainspirowaną psychoanalizą wizję (która też może być codziennością tylko trochę bardziej ukrytą). Nie chcę tu oceniać czy mu to dobrze wyszło czy nie, i czy Portman była najlepsza czy nie (nie wszystkie filmy widziałem), ale zarzut „wydumania”, jest według mnie niepoważny. Jakby autor zapomniał, że pisze o X. Muzie, a nie o Gali Reportaży.

  7. Rozdanie Oscarów to pompatyczna gala, gdzie chyba bardziej liczy się cała otoczka i blichtr Hollywood niż prawdziwe kino. Może dlatego właśnie Oscary jako nagroda tracą coraz bardziej na znaczeniu. Przynajmniej dla miłośników kina. Młodemu pokoleniu bliższa jest idea festiwalu, który bardziej kojarzy się z kinem niezależnym, wartością artystyczną i przede wszystkim wolnością wyrazu. Oscary to tradycja i chyba trzeba się z tym pogodzić, bo wątpię w możliwość jakichkolwiek zmian.

  8. @ ratyzbona

    Pytanie, gdzie kończy się kino „popularne”. Bo ja np. nie podpiąłbym bym pod ten termin ani „Do szpiku kości” ani „The Social Network”. Akademia sama prowokuje skrajne reakcje wrzucając do jednego wora kino niszowe i blockbustery, zaangażowane i rozrywkowe. W takiej sytuacji wyniki zawsze spotkają się z czyimś niezadowoleniem. Malkontenctwo prasy wcale nie jest regułą. W 2010 było odwrotnie. Wynik rywalizacji „The Hurt Locker” i „Avatara” odbił się na internetowych forach szerokim echem, a nikt nie zwrócił uwagi jakim kuriozum jest sam fakt wystawienia tych dwóch filmów do wyścigu o jeden laur…

    Z drugiej strony, jak kontekście tego, że w kinie popularnym liczy się przede wszystkim pokrzepienie, wytłumaczysz powszechny zachwyt i aprobatę dla „Czarnego Łabędzia”?

    No i jednak pisanie, że krytyka narzeka, a publika się cieszy, jest sporym uogólnieniem. Nie ma tu żadnej reguły. Ja np. akceptuję „Jak zostać królem”, natomiast za najsłabszy film w stawce uważam „…łabędzia”.

    @ ivo

    Może skonkretyzuję: http://film.wp.pl/id,28595,rid,63536,title,Labedzie-piruety,type,editor,film_recenzja.html

    @ Ana

    Choćby dlatego warto nie brać Oscarów całkiem serio. Wielkich pominiętych jest więcej. Najbardziej klasyczne przykłady: Hitchcock nie dostał żadnego Oscara, Charliego Chaplina, nie licząc nagród honorowych, wyróżniono raz, za… muzykę.

  9. Wymaganie od Akademii wyróżniania wartościowych filmów jest moim zdaniem nieporozumieniem.
    To nagrody amerykańskiego przemysłu filmowego.
    Przemysłu, który jak każdy przemysł jest nastawiony na zysk.
    Nastawienie na zysk, wyklucza wartość artystyczną filmu.
    To, że niektóre wartościowe dzieła osiągają sukces komercyjny nie dowodzi fałszywości mojej tezy.Można powiedzieć, że są to wyjątki które potwierdzają regułę. Ich sukces komercyjny jest jakby wbrew regułom, przypadkowy.
    Niestety, tak ten świat jest urządzony, że wartościowe filmy nie mają wielu kopii a wartościowe książki wysokiego nakładu.
    Mnie nagrodzenie lub nawet sama nominacja do Oskara zniechęca do pójścia do kina a przykłady wartościowych ról i filmów tutaj przytoczone, które nagrody nie dostały mnie w tym zniechęceniu utwierdzają.

  10. Tylko widzisz, problemu by nie było, gdyby Akademia nie zdradzała pewnych ambicji. Choćby zeszłoroczne zwycięstwo „The Hurt Locker” to potwierdza, a wielu z nominowanych filmów absolutnie nie da się podciągnąć pod tezę o nominacjach dla komercyjnych hitów („Do szpiku kości” – 8 milionów wpływów, tyle co nic)

  11. @Piotr Pluciński. Chylę czoła, bardzo trafna recenzja. Ja nie twierdzę, że Aronofski stworzył dzieło sztuki, a nie jego imitację (niektórzy zarzucają to muzyce Czajkowskiego, co dość wymowne!), przyczepiłem się właściwie jedynie do dzielenia filmów na te które poruszają się w obrębie codzienności, a te „wydumane”. Sama zasada jakoś mnie uderzyła, nie konkretna treść która za nią stoi (w tym wypadku film, i kreacja).
    Chociaż jakbym miał z ręką na sercu się przyznać to film mnie wcisnął w fotel, rozum swoje, emocje swoje :), to się nazywa mistrzostwo w dziedzinie kultury popularnej, na kilka godzin (seans z okładem) dałem się nabrać bez grosza reszty. No ale to jest właśnie ta sprawa, której akurat nie chciałem poruszać w komentarzu.

  12. Piotr Pluciński pisze:
    2011-03-02 o godz. 12:23

    Nie uważam, żeby nominacje i statuetki były przyznawane w komercyjnych celach.
    To, że nagrodzonym przysparzają one korzyści materialnych nie musi być jednoznaczne z ich komercyjnym celem.
    Uważam, że to autentyczne święto amerykańskiego kina i jego twórców a Akademia zdradza pewne ambicje, bo nie brakuje tam ambitnych ludzi.
    Nawet pracownik Macdonalda może mieć ambicje kulinarne.
    Tylko, że filmów w Hollywoodzie nie robi się dla przyjemności czy ambicji tylko dla kasy. Ambicje twórców muszą więc polec w starciu z rzeczywistością.
    Jako przykład przytoczyłbym ostatni film braci Cohen.
    Czy gdybyś go obejrzał i miał zgadnąć kto go reżyserował, postawiłbyś na jego twórców?
    Moja krytyka nie jest skierowana przeciwko Oskarom, tylko bardziej przeciwko Hollywoodzkiemu przemysłowi filmowemu, który nawet moich ulubionych reżyserów „skorumpował”.
    A wybory Akademii są jakie są, ponieważ kryteria doboru do tego towarzystwa nie idą po linii sztuki, tylko zdolności do zarabiania pieniędzy.
    Sowa sokoła nie urodzi po prostu.

  13. Gwoli scislosci: „kujona z HARVARDU”, nie z Oxford. Gdzie Rzym, gdzie Krym!

  14. @ ivo

    Jasne, rozumiem. Jeśli chodzi o podział na „rzeczywiste” i „wydumane”, to w moim wpisie występuje on tylko w kontekście tegorocznych ról, przez co bynajmniej nie próbuję podzielić aktorstwa na to „złe” i na to „dobre”. Wychodzę co najwyżej z założenia, że łatwiej zagrać taką Ninę z „…łabędzia”, która w swojej umownej rzeczywistości dysponuje szeroką paletą emocji, niż prostą dziewczynę z wioski.

    Mnie film też nie pozostawił obojętnym, co niejako pozostaje jego zaletą.

    @ parker

    Ale pracownik McDonald’s nie poda Ci, zamiast hamburgera, warzywnego ratatouille. Na tym polega różnica. Akademia, póki co, jest gdzieś in-between. Z jednej strony „Jak zostać królem” i „Miasto gniewu”, z drugiej triumf „The Hurt Locker” czy „To nie jest kraj dla starych ludzi”. W konkretnych kategoriach rywalizują ze sobą filmy, które w sklepie stałyby na innych półkach. Brakuje zdecydowania. Albo polityka i sztuka, albo rozrywka i rzemiosło. Stąd te żywiołowe reakcje każdego roku.

    Nie przesadzałbym też ze sceptycyzmem względem Hollywood. Wciąż powstają tam hity z serduchem.

    @ Majoha

    Prawda. Poprawione.

  15. Myślę, że tym, czego Akademia by najmniej chciała jest przewidywalność. A przewidywalność wyklucza zdecydowanie. Nie widzę w tym nic dziwnego.
    Ale (paradoksalnie?) bardzo zdziwiłem się brakiem statuetek dla filmu Coenów. Bo to ukłon dla starego Hollywood.
    Na koniec chciałbym się przyczepić do pewnego niezdrowego uogólnienia. To co Piotrze napisałeś o Sundance równa się teoriom, że oscarowa gala to czysta komercja (nagradzanie filmów, które odniosły już odpowiednio duży sukces finansowy) i nic więcej. Takie samo uproszczenie.

  16. Marcin, nie bardzo rozumiem. Co napisałem o Sundance? Chodzi o zdanie w kontekście „Do szpiku kości”?

  17. To, co piszesz o Portman, Piotrze, bardzo mnie wkurza. Wybitna aktorka przez rok ćwiczy balet, z determinacją wchodzi w rolę pod okiem Aronofsky’ego, w rezultacie tworzy godną Oscara kreacje, a jakiś świeżo upieczony bloger z „Polityki” lansuje sie na jej krytykowaniu. Wprawdzie karawana jedzie dalej, ale niesmak pozostaje.

  18. To moja ulubiona aktorka, jeśli Ci to poprawi humor.

  19. @bogdan

    To jak tak się wyćwiczyła, niech w „Tańcu z gwiazdami” wystąpi.
    Albo w programie „Dieta cud” bo do tego jeszcze schudła 10 Kg.
    „Czarny łabędź” to bezwartościowy, infantylny gniot pozbawiony jakiejkolwiek myśli.
    Napisałbym do kogo adresowany, ale mi hamulce wewnętrzne zadziałały.
    Nie można w takim filmie stworzyć żadnej kreacji, mimo niewątpliwego talentu N.Portman.

  20. @parker: Oj nie przesadzajmy z tym nawałem inwektyw, bo zaczniemy rozmawiać jak politycy (powiedziałbym jakiej opcji, ale mi hamulce zadziałały), a nie kulturalni ludzie:). Luzu trochę

  21. @ivo

    Przeczytałem jeszcze raz co napisałem i nie znalazłem jakiegoś nawału.
    Puki nam hamulce działają i nasze emocje dotyczą dzieła a nie jego twórców, to do polityków nam daleko.
    Rozumiem, że film Cię wciągnął i masz dobre o nim zdanie ale nie odbieraj osobiście jego krytyki bo nie przeciw jego fanów jej ostrze jest skierowane.
    A luz?
    Na luzie to nie warto się o tym filmie wypowiadać:)

  22. „bezwartościowy, infantylny gniot pozbawiony jakiejkolwiek myśli”. Ciekawe kto by zgadł, że nie piszesz np. o dziele Cezarego Pazury, tylko Darrena Aronofsky’ego. Talleyrand powiedził kiedyś trafnie: „przesada odbiera wiarygodność”. Ty ilustrujesz to w sposób doskonały.

  23. @bogdan
    Nie zależy mi na wiarygodności, bo nie jestem krytykiem filmowym.
    Tym bardziej na wiarygodności w oczach osób dla których autor dzieła i jego wcześniejsze dokonania o jego wartości świadczy.
    Gniot to gniot, nawet jak jego autorem jest uznany twórca.

  24. Nie rozumiem tych corocznych rozwlekłych analiz przed i po Oscarach i wielkich słów o „przegranym pokoleniu”. Rolą Akademii nigdy nie było wyznaczanie nowych trendów w kinie ani nagradzanie najlepszych filmów, ale przyklepywanie solidnego, niekoniecznie wybitnego rzemiosła. Oscara nie zdobyli tacy wizjonerzy, jak de Palma, Roeg, Egoyan czy Boorman.. Za jedną z największych pomyłek Akademii uznaje się przyznanie Oscara Rocky’emu i przegraną Taksówkarza. I co z tego? Scorsese zgarnął Złotą Palmę, a jego film przeszedł do historii jako dzieło wybitne. Dobre kino obroni się samo. Filmy Oscarowe to osobna kategoria.

  25. Nie przypominam sobie, by w ostatnich latach mówiło się cokolwiek o przegranym pokoleniu.

  26. Umieściłem te słowa w „”, chodzi mi o generalizowanie i mocne słowa po Oscarach. Sformułowanie „przegrane pokolenie” nawet ze znakiem zapytanie zabrzmialo jak wyrok dla młodych aktorów, których przygoda z kinem przecież dopiero się zaczyna i to w tak znakomity sposób. Nie wiem czy nie otrzymanie Oscara złamało komuś karierę, za to wygrana – owszem.
    No cóż, Akademia rzadko nagradza młodych. Może wychodzi z założenia, że jeszcze sobie zdążą pograć? Dobrym przykładem jest sama Portman, której najlepszą rolą jest jej debiut, nie wyróżniony nawet nominacją. Rola w Black Swan jest doskonale oscarowa.

  27. Tylko, że tu nie chodzi o aktorów, o ich role czy kariery. Chodzi o pokolenie, które portretują na ekranie, chodzi o ich problemy, ich sprawy, ważne sprawy, którymi Akademia nie przejawia zainteresowania. Oscary wielokrotnie pełniły funkcję manifestu. Nie nagradzało się konkretnej roli, konkretnego filmu, nagradzało się ideę. W tym akurat roku tego zabrakło.

  28. Proszę wybaczyć, że wracam do tego starego wątku zamiast komentować Polskie Nagrody Filmowe ;), ale ostatnie pytanie. Czy mógłby Pan wskazać te ważne problemy młodego pokolenia, które aż potrzebują manifestu ze strony Akademii? To jasne, że Social Network jest nie tylko wielkim obrazem, ale też komentarzem naszej rzeczywistości, ale który film jeszcze?
    Czy lekkomyślny poszukiwacz przygód i udręczona związkiem dziewczyna niosą w sobie jakąś pokoleniową ideę, która powinna zostać uwieczniona Oscarem?

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php