Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

3.03.2011
czwartek

Blue Valentine

3 marca 2011, czwartek,

Najlepszy amerykański film roku 2010, największy nieobecny tegorocznej gali oscarowej (nominowano go tylko w kategorii „najlepsza aktorka”). Wyświetlany m.in. podczas Sundance i w Cannes. Film o niebywałym potencjale marketingowym (w rolach głównych piękni, młodzi i pożądani – Ryan Gosling i Michelle Williams), śmiało jednoczący sobie publiczność i krytykę. A jednak… zainteresowania dystrybutorów nie wzbudza. W Stanach wprowadzony został na ekrany na ostatnią chwilę, 29 grudnia. Na marnych 450 kopiach zarobił niezłe 9 milionów dolarów. W Polsce… Cóż, w najbliższym czasie na pewno go nie zobaczymy.

Kim jest Derek Cianfrance? Mało znany dokumentalista i autor krótkometrażówek zadebiutował filmem zaskakująco dojrzałym. Okazał się szczerym facetem, którego nie interesują tanie filmowe chwyty. Nawet zabieg tak ostentacyjny, jak dwutorowość fabuły (teraźniejszość przeplatana z przeszłością), nie jest u niego furtką do narracyjnego (dramaturgicznego) efekciarstwa. „Blue Valentine” dzieli się na dwie odległe przestrzenie czasowe, ale są one sobie absolutnie niezbędne. Teraźniejszość zawarta jest w jednej dobie, przeszłość – w kilku miesiącach. Pierwsza wynika z drugiej, być może wciąż nią jest. Nie ma tu wyraźnego spoiwa – tego jednego momentu, w którym „wczoraj” przeszło w „dzisiaj”. Cianfrance wie, że w oderwaniu od filmowej fikcji, to nigdy nie jest jeden moment.

Dean i Cindy. Najpierw poznajemy ich „dzisiaj”. Oboje przed trzydziestką, tworzą jeden z wielu wypalonych związków, które ugrzęzły w koleinach nieporozumień. On – łysiejący, odpalający papierosa za papierosem,  zazdrośnik i rutyniarz zaprzepaszczający swoje talenty. Ona – niezrealizowana zawodowo, seksualnie sfrustrowana, zamknięta na bodźce z zewnątrz. Mają córkę, mają dom, mają psa. Ale ich przeżarty agonią związek się rozpada. Stracili sobą zainteresowanie. Gdzie, kiedy, dlaczego?

Cofamy się o dziesięć lat. Ona przetwarza schemat dziewczyny kapitana drużyny futbolowej – jest maskotką, dmuchaną lalą, którą można wykorzystać, a potem odstawić na półkę. On jest typowym włóczykijem, pełnym entuzjazmu lekkoduchem. Spotkanie jest przypadkowe, spontaniczne. Nawiązuje się młodzieńczy flirt, potem romans. On bezceremonialnie ją podrywa, ona początkowo jeszcze odnosi się do tego z dystansem. Opowiada mu kiepski żart. On dla niej śpiewa. Gra na gitarze, a ona tańczy – co prawda oboje tego nie potrafią, ale nie ma to najmniejszego znaczenia. Odnaleźli się.

Kiedyś. Dean stapia się ustami z udami Cindy, ona odpływa na falach… tyleż rozkoszy, co jego miłości.

Dziś. Obskurny motel, w którym on chce już tylko seksu.

Przepaść między przeszłością a teraźniejszością jest tu porażająca, bo nie widzimy między nimi właściwej tranzycji. Kiedy ideały i wzajemna fascynacja zaczęły się rozmywać? Co było właściwą przyczyną, zapalnikiem? Zapewne wiele rzeczy. Wzajemne pretensje. Zaniedbanie. Niezrozumienie. Stale narastające, nigdy nieskonfrontowane. Bohaterowie „Blue Valentine” pozwolili by dopadł ich schemat. Nie potrafią już, nie chcą, tego naprawić. Oto ich historia. Historia wielu z nas. Przeszła, przyszła. Teraźniejsza. Miłość odnaleziona, miłość stracona. Kawałek życia, kawałek kina.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. swietny dramat, low-key, spokojny, niewymuszony styl opowiadania. fatalna jest tylko ta recenzja. czytajac ma sie wrazenie jakby sie jechalo z poczatkujacym kierowca, ktory co dwa zdania wlacza hamulec i samochod staje…Strasznie drewniana.

  2. Swietny film. Tu sie zgadzam. Mam jednak troche inne odczucie co do motelowego watku przede wszystkim. Osobiscie odebralam to jako ostatnia probe ratowania tego, co kiedys bylo. I to byla jego proba. Czy naprawde on tylko seksu chcial – nie wiem. Osobiscie, duzo latwiej bylo mi zrozumiec go niz ja. A scena z obraczka.. ehh..

  3. Autor recenzji duzo ciekawiej strescil caly film, niz sie go w rzeczywistosci oglada. W filmie w sumie mozna wierzyc Michelle i Ryanowi tylko w ich ‚mlodych’ wersjach, terazniejszosc wydaje sie im za trudna do udzwigniecia. A film jest tak samo rozczarowujacy jak jego latwy i banalny koniec.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Szukałem tego filmu na DVD zachęcony recenzją ale nie znalazłem.
    Ktoś go wydał w Polsce?

  6. film dopiero zszedl z kin (w Polsce jeszcze nie mial premiery) wiec za pare miesiecy bedzie na DVD. Zgadzam sie, ze watek motelowy byl ostatnia proba ratowania zwiazku, podsycenia namietnosci. zupelnie nie zgadzam sie, ze on chcial tylko seksu jak to napisal bloger. Latwy i banalny koniec – nie sadze! rozwod nigdy nie jest banalny i latwy, a pokazac rozpad zwiazku bez tanich srodkow wyrazu-wyciskaczy lez tez jest sztuka.

  7. Tak, tak, kwestia sceny motelowej została mi wypomniana już na facebookowym fanpage’u. W większą polemikę tu nie wchodzę, bo film widziałem 10 miesięcy temu, ale mimo wszystko odczytywałbym intencje bohatera zupełnie inaczej.

    Zakończenie zaś wcale nie podsuwa łatwych rozwiązań.

  8. To ze rozwody nie sa banalne i latwe wydaje mi sie oczywiste. Ale szczerze mowiac ten film nie pokazuje rozpadu zwiazku. Film pokazuje jeden nieudany dzien z zycia malzenstwa, z radosnymi (oraz przydlugimi) przebitkami na poczatki zwiazku. A konczy sie w momencie, gdzie porzadne kino moglo sie zaczac. Dlatego zakonczenie wydalo mi sie latwe.

  9. W scenie motelowej mężczyzna chciał i seksu i miłości, a wykrzyczał protest na odarty z uczuć seks. Nie wiem zupełnie, jak można odczytać inaczej intencje bohatera. Ostatni akapit o tym, że „nie chcą tego naprawić” przeczy wymowie próśb, błagalnych spojrzeń i ostatnich szans, jakie płyną przez większość scen filmu o „teraźniejszości”. Natomiast wspomniana scena o tańcu i stepowaniu na ulicy jest jedną z piękniejszych scen filmowych o młodzieńczej miłości, jaką widziałam do tej pory. Cały film oprócz tej małej dawki słodyczy, gorzki aż do granic i dzięki tak świetnej grze aktorskiej piękny. pzdr

  10. Znakomite kino. Skromne, prawdziwe, poruszające, fantastycznie zagrane przez dwójkę głównych aktorów.

    Nie żeby Oscary były wyznacznikiem tego, co w kinie najlepsze, bo oczywiście nie są (gdyby tak było, Jak zostać królem nie dostałby statuetki za film i reżyserię), ale brak nominacji dla Blue Valentine, oraz pominięcie roli Ryana Goslinga uważam za wręcz skandaliczne. Tym bardziej, że zamiast tego dostrzeżono tak nijakie i błahe na dobrą sprawę produkcje jak 127 godzin i Wszystko w porządku.

  11. @ Mierzwiak

    Problem z „Blue Valentine” jest taki, że miał bardzo lichą promocję, a do kin (żeby załapać się na tegoroczne nominacje) wprowadzono go dosłownie na ostatnią chwilę. Dziwne to o tyle, że już w styczniu 2010 wyświetlano go na Sundance.

  12. Komentarze ,komentarze a ja chyba mam inny punkt widzenia…Skąd zachwyty nad postacią Cindy ? zapatrzona tylko we własne potrzeby i z brakiem chęci na naprawę tego co już ma ,wylewająca pretensje półsłówkami i rozczarowana wszystkim dookoła a zwłaszcza Deanem który jak dotąd „wystarczał” ale kiedy pojawiają się inne możliwości zaczyna ciążyć ….zaś Dean zbyt słaby zbyt naiwny zbytnio wierzy ,że miłość wynagradza wszystko był wsparciem i ostoją przez co zapomniał o sobie…i jak widać nie było warto. (ja to tak widzę)

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php