Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

6.03.2011
niedziela

Premiery tygodnia #1

6 marca 2011, niedziela,

Zamysłem cyklu „Premiery tygodnia” jest systematyczny, mini-recenzencki przegląd premier z repertuaru polskich kin. Od dzisiaj, w każdy weekend (postaram się, by był to piątek, ewentualnie sobota rano) na blogu pojawi się wpis opisujący filmy wchodzące w danym tygodniu na nasze ekrany.

W tym tygodniu są to:

.

Fighter 6/10

The Fighter, 2010, USA, 115 minut. Reżyseria: David O. Russell. Scenariusz: Scott Silver, Paul Tamasy, Eric Johnson. Obsada: Mark Wahlberg, Christian Bale, Amy Adams, Melissa Leo, Mickey O’Keefe. Zdjęcia: Hoyt Van Hoytema. Muzyka: Michael Brook. Dystrybucja w Polsce: Monolith.

Bokserska… tragedia antyczna. Cherlawy Mark Wahlberg urasta tu do miana Achillesa, którego piętą pozostaje własna rodzina – matka, siedem sióstr (jawiących się jako zabójcza hydra) i zniszczony narkotykami brat. Na rewolucję w stylu eastwoodowskiego „Za wszelką cenę” nie ma jednak co liczyć. Wybitnie zagrana (Bale, Leo, Adams) opowieść wpisuje się, aż do znudzenia, w zsiadłą konwencję kina pięściarskiego: ot, możesz być wielki, jeśli tylko przezwyciężysz swoje słabości. Nuda.

.

Kolorowe wzgórza ?/10

Los colores de la montańa, 2010, Panama-Kolumbia, 90 minut. Reżyseria: Carlos Cesar Arbelaez. Scenariusz: Carlos Cesar Arbelaez. Obsada: Genaro Aristizábal, Natalia Cuéllar, Hernán Méndez, Hernán Mauricio Ocampo, Nolberto Sánchez. Zdjęcia: Oscar Jimenez Muzyka: Camilo Montilla. Dystrybucja w Polsce: Mańana.

Opowieść o konflikcie zbrojnym w Kolumbii, widziana oczyma małego chłopca. Górskie wioski, futbol, trochę morałów. Będzie pretensjonalnie? Oby nie.

.

Rango 6/10

Rango, 2011, USA, 107 minut. Reżyseria: Gore Verbinski. Scenariusz: John Logan. Obsada (głosy): Johnny Depp, Isla Fisher, Abigail Breslin, Ned Beatty, Bill Nighy. Zdjęcia: -. Muzyka: Hans Zimmer. Dystrybucja w Polsce: UIP

Rym z „Django” nie jest przypadkowy. Gore Verbinski nakręcił rasowy spaghetti western. Cóż z tego, że animowany. Głównym bohaterem jest tu typowy ‚man with no name’ (z tą różnicą, że tchórzliwy), który zrządzeniem losu trafia do miasteczka trawionego korupcją. Brzmi znajomo? Film ma dwa niezaprzeczalne atuty: zręczne cytaty z gatunku (i nie tylko, vide szalony pościg w stylu „Mad Maxa”) oraz Johnny’ego Deppa (przynajmniej w wersji z napisami – do polskich kin trafiła także kopia z dubbingiem) w tytułowej roli strachliwego kameleona. Gorzej, jeśli chodzi o poczucie humoru, które do najświeższych nie należy. Sporo slapsticku, stosunkowo niewiele błyskotliwego dialogu, fabuła oparta na kliszach. Sympatyczny seans, ale liczyłem na znacznie więcej.

.

Sala samobójców 7/10

Sala samobójców, 2010, Polska, 110 minut. Reżyseria: Jan Komasa. Scenariusz: Jan Komasa. Obsada: Jakub Gierszał, Roma Gąsiorowska, Agata Kulesza, Krzysztof Pieczyński, Aleksandra Hamkało. Zdjęcia: Radosław Ładczuk. Muzyka: Michał Jacaszek. Dystrybucja w Polsce: ITI

W kraju, w którym nie mamy reżyserów, tylko filmowców, talent i wrażliwość 29-letniego (!) Jana Komasy zasługują na uwagę i… kredyt zaufania. „Sala samobójców” ma swoje wady – nazbyt chętnie korzysta z inspirowanych grą „Second Life” wstawek animowanych (zaniedbując rzeczywistość), wysuwa nieco już przebrzmiałe oskarżenia pod adresem wiecznie nieobecnych rodziców, zbyt łatwo wpada w koleiny dydaktyzmu – ale broni się niebanalnym, empatycznym rysem psychologicznym i, co tu dużo mówić, rzemiosłem. Ale, ale… Ten film nie jest dobry realizacyjnie, on jest dobrze wyreżyserowany! Komasa wie jaki kadr wybrać, czego wymagać od aktorów (doskonale poprowadzony Gierszał, świetna Kulesza), a symboliczne bon moty są ostatnim, co go interesuje.

.

Władcy umysłów 3/10

The Adjustment Bureau, 2011, USA, 105 minut. Reżyseria: George Nolfi. Scenariusz: George Nolfi. Obsada: Matt Damon, Emily Blunt, Anthony Mackie, Terence Stamp, Michael Kelly. Zdjęcia: John Toll. Muzyka: Thomas Newman. Dystrybucja w Polsce: UIP

Raz jeszcze ktoś postanowił, że najlepsza adaptacja Philipa K. Dicka to taka, w której główny bohater ucieka, a jakaś tajemnicza organizacja go ściga. Slogan z plakatu („Bourne” i „Incepcja” w jednym, ha ha) pozostaje jednak niezagospodarowany – film debiutanta (to widać – zero stylu, zero inwencji!) George’a Nolfiego nie ma ani przesadnie zakręconej fabuły, ani nawet dobrego tempa. To raczej melodramat. Co samo w sobie nie byłoby niczym złym (rozumiem Matta Damona, który raz poznawszy Emily Blunt, nie potrafi o niej zapomnieć, rozumiem tragizm ich niespełnionej przez lata miłości), gdyby tylko twórcy nie stawiali tandetnego sentymentalizmu nad dysputę o wyższości woli nad przeznaczeniem (świetny motyw, w filmie pojawia się na trzy sekundy). Jeśli nie wierzycie, poczekajcie na finał – jest równie bolesny, co polski tytuł.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 15

Dodaj komentarz »
  1. Nie zgodziłabym się z tak ostrym potraktowaniem „Władców Umysłów” ( no może tylko polskie tłumaczenie tytułu należało by zjechać ) – film nie startuje w wyższej lidze, nie udaje że jest poważnym filmem o poważnych problemach filozoficznych za to ma dobre tempo i nieźle się ogląda. Luk w fabule choć sporo i tak mniej w bardzo wielu filmach tego gatunku. No i nie osądzajmy filmu po sloganach na plakacie – slogany na plakat rzuca dystrybutor. A jak wiadomo dystrybutor rzuci na plakat wszystko by film sprzedać . Nie tak dawno jeden dystrybutor reklamował ” Jak zostać Królem” porównaniem do Mamma Mia! (sic!) więc widać że na plakacie można przeczytać największą bzdurę

    A co do Fightera – raz na jakiś czas potrzebujemy nowego Rockego – nie wiem czemu akurat padło na pięściarzy ale im ze wszystkich sportowców przypadła rola opowiadania o tym jak przezwyciężać trudności. I choć wszyscy to znamy to chyba aż tak nudne to przesłanie nie jest. Mnie w każdym razie zazwyczaj podnosi na duchu.

  2. Padło na pięściarzy, bo uprawiają sport o niesłychanie dumnej tradycji. Pierwsze sukcesy na amerykańskich ringach XX wieku odnosili imigranci i czarnoskórzy, co było niejako symbolem buntu i tego, że „każdy może”. To wciąż aktualny mit, ale na ekranie lekko się wyświechtał. No i swoje robi fakt, że Scorsese zabił konwencję „Wściekłym bykiem”.

    „Władcy umysłów” mają jeden wybitny moment. SPOILER! Gdy Damon i Blunt wybiegają na dach ze świadomością beznadziei sytuacji, wpadają sobie w ramiona i wyznają miłość. To piękna, na swój sposób tragiczna chwila. Serce mi na moment stanęło, serio. Ale finał, który następuje chwilę później, wszystko burzy – jest łatwy (za łatwy!) i banalny do granic możliwości.

  3. Cóż myślę że dumną tradycję można znaleźć niemal w każdym sporcie choć zgadzam się że najprawdopodobniej zagrało tu imigranckie pochodzenie pierwszych mistrzów.

    Co do ostatnich scen to dość ciekawa uwaga bo w pierwotnym scenariuszu film kończył się inaczej – moim zdaniem zdecydowanie gorzej – nie wydam tu zakończenia ale kilka ostatnich scen ( jak mniemam po wspomnianym pocałunku) nakręcono dużo po zakończeniu produkcji najwyraźniej uznając pierwotną wersję za nieatrakcyjną lub nie sprawdzającą się na pokazach próbnych.
    Co do scen wyróżniających się – ja bym jednak głosowała za pierwszym spotkaniem naszych bohaterów – moim zdaniem bardzo dobra scena.Co do banalności – cóż ja spodziewałam się dokładnie takiego rozwiązania. Żadne inne nie wydawało mi się możliwe w kinie rozrywkowym które do niczego nie aspiruje ( tu czas zakończyć rozmowę o ostatnich scenach bo jeszcze komuś zabawę popsujemy).

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. No widzisz, w tym momencie dochodzimy do punktu zwrotnego. Dlaczego mam akceptować konformizm filmu tylko dlatego, że całość jest „rozrywkowa” i „do niczego nie aspiruje”? Zdecydowanie sprzeciwiam się takiemu podejściu.

  6. Wychodzę po prostu z założenia że konformizmu w kinie rozrywkowym i nie aspirującym należy się spodziewać a każde odstępstwo należy traktować jako wartość dodaną. Nie mniej idąc do kina na pewien gatunek filmów z góry zakładam pewien model zakończenia – takie są prawa tego gatunku. Jeśli spodziewamy się ciekawych i nie standardowych rozwiązań ( zwłaszcza w zakończeniu) to jakieś 80% filmów przyniesie nam zawód

  7. Ja nie godzę się na taki układ. Jako odbiorca oczekuję od kina ciągle nowych wyzwań i doznań (oczywiście, w granicach rozsądku). Traktując je jako „wartość dodaną”, godziłbym się niejako, by taką pozostała. To trochę jak z wizytą w restauracji. Wiadomo, jedne potrawy są lepiej przyrządzone, inne gorzej, ale zawsze liczę, że zjem smacznie. Nieważne, czy jest to pyszny ratatouille, czy zjedzony w pośpiechu hamburger. Każdą, nawet lekką i łatwą potrawę można spieprzyć, czego „Władcy umysłów” są dla mnie idealnym przykładem – to taki rozgotowany makaron z sosem ze słoika…

  8. Reżyser, jeśli w ogóle ustala kompozycję kadru, to nie robi tego sam, lecz z operatorem obrazu. Nie odbieraj „szefowi kadru” jego roboty.

    Odnośnie „Rango”. Rasowy spaghetti western i film dla dzieci – przecież to się wyklucza. To jak to jest?:>

  9. Nie odbieram. Filmowcem, w przeciwieństwie do Ciebie, nie jestem, ale według mojej wiedzy dobry operator nie tylko konsultuje swoją pracę z reżyserem, ale też w jakiś sposób polega na jego decyzyjności. A zaakceptować właściwy kadr też trzeba umieć.

    A kto powiedział, że to film dla dzieci?

  10. Nikt. Dlatego pytam jak to jest.

    Jako tzw. filmowiec powinienem czuć się obrażony?;) Rozwiń to zdanie o różnicy między filmowcem a reżyserem.

    „według mojej wiedzy…”
    Czwórka. Gratuluję. Proszę do ławki.

  11. „Jako tzw. filmowiec powinienem czuć się obrażony?”

    Nie. :-) W gruncie rzeczy jest to dla mnie absolutnie niepejoratywny zamiennik słowa „reżyser”. W przypadku wpisu o „Sali…” nie mogłem sobie jednak odmówić pewnej kuszącej uszczypliwości. W tym kontekście widzę to tak: filmowiec kręci, reżyser reżyseruje.

    Jeśli o „Rango” chodzi, jest to taka westernowa trawestacja. By ją w pełni docenić, wypada choć trochę znać gatunek. Ja znalazłem tu strzępki Corbucciego, Leone, był „Shane” i… „Szybcy i martwi” Raimiego, a pojawiający się w epizodzie Timothy Olyphant wspaniale udawał Clinta Eastwooda. Tobie z pewnością spodobałyby się też dwie (zdecydowanie za krótkie) sekwencje surrealistycznych snów. Całość jest jednak zbyt wypośrodkowana (coś dla taty, coś dla syna), by samoświadomość gatunku traktować tu jako jakość samą w sobie.

  12. OK, dopisuję „Rango” do listy!

  13. Piotrze, ależ ten filmowy mit bokserski niemal od początków „kina bokserskiego” był ciągle rewidowany i wywracany do góry nogami. Irytujące jest, że polscy krytycy przy każdym filmie bokserskim piszą o tym, że Scorsese wywrócił konwencję. Do diaska, „Wściekły byk” to 1980 rok. A demitologizujące filmy bokserskie kręcili w latach 40 choćby Robert Wise („Zmowa”) i Mark Robson („Champion” z K. Douglasem i bardzo dobre „Tym cięższy ich upadek” z Bogartem, które nominowano nawet do Złotej Palmy).

  14. Bartoszu, ja napisałem, że Scorsese ZABIŁ konwencję. Kino bokserskie długo nie mogło się po tym ciosie podnieść. Dopiero przed dziesięcioma laty zaczęto podchodzić do niego na nowo, ale „Ali”, „Huragan”, „Rocky Balboa” czy „Człowiek ringu” toną przecież w melancholii… Jeden Eastwood się temu trendowi przeciwstawił, a nie widzę, by Russell robił to samo.

  15. Należałoby chyba zapytać, co rozumiesz jako melancholię. Definicja tego stanu jest bardzo „szeroka” i film Eastwooda także do niej pasuje :> Kolosalna różnica między jego dziełem, a takim „Balboą” to już inna sprawa. Czy nie?

  16. Wspomniane przeze mnie filmy opowiadają o dawnych mistrzach i ich dawnych triumfach, o „tamtej” sile i „tamtej” determinacji. O ludziach dzisiaj zniszczonych lub zapomnianych, o ludziach zamierzchłej epoki. To taki płacz za tym co było i już nie wróci. Tymczasem u Eastwooda boks pełni tak naprawdę rolę trzeciorzędną. Owszem, dziadek Clint i dziadek Morgan pamiętają i wspominają czasy swojej świetności, ale nie ma tam sentymentalizowania mitu na siłę. What’s done, it’s done. Russell zaś, choć stara się trzymać gardę (zaskoczyło mnie, jak surowym jego film potrafi być), konsekwentnie dryfuje w kierunku przeżutych frazesów.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php