Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

8.03.2011
wtorek

Widziałem Orła cień…

8 marca 2011, wtorek,

Tak właśnie. Cień. I nic ponadto.

Nie ma co udawać. Polskie Nagrody Filmowe, zwane szumnie naszymi lokalnymi Oscarami, nie mają nic z prestiżu i konsekwencji swoich europejskich odpowiedników – hiszpańskich nagród Goya, francuskich Cezarów czy brytyjskich BAFTA. To po prostu kolejna okazja, by błysnąć rozwianym włosem przed obiektywem, uścisnąć kilka spoconych dłoni, zajść na darmowego drinka. A, że przypadkiem dają tam jakieś nagrody? Ot, kolejna figurka do postawienia na półkę.

Czy jest sens komentować wyniki? Były takie, jak co roku. Ani specjalnie szokujące, ani tym bardziej miarodajne. Organizatorzy lubią powtarzać, że Orły to swego rodzaju poprawiny po często niezadowalających wynikach z Gdyni. Że tu nagradza się prawdziwe kino. Ale, ale… czyżby? Na sali sami swoi, w kuluarach ten sam zgiełk. Dziesiątą nominację aktorską dostała Kinga Preis (mój Boże, czy to nasza własna Meryl Streep?), trzeciego Orła w karierze zgarnął Robert Więckiewicz, trzeźwo zresztą stwierdzając „Zaraz powiedzą, że mi się nie należał” (no, nie należał się), Andrzej Chyra i Magda Cielecka dowcipkowali przed kamerami, a Feliks Falk zapytany po gali, czy zazdrości zwycięzcom, odparł w swoim stylu: „Nie, bo ja swego czasu zebrałem wszystkie Orły, łącznie z tym od publiczności”. Wypisz wymaluj – Gdynia.

A nawet gorzej, bo PNF to nagrody o praktycznie zerowym znaczeniu (a, nie, zaraz – ich laureaci zostają zaproszeni do czynnego  członkostwa w Europejskiej Akademii Filmowej) , co potwierdza niejako nastawienie przybyłych na galę dziennikarzy, którzy zadawali ciągle to samo, jakże błyskotliwe pytanie: „Czy ta nagroda uskrzydla?”. Jeden Jacek Borcuch przytomnie stwierdził, że owszem, dzisiaj się cieszy, ale woli zobaczyć, jakie będzie lądowanie.

I w tym sęk. Ogłoszeniu wyników nie towarzyszy żadna dyskusja, nie są one w żaden sposób komentowane, a jedynym objawem „po” są dziennikarze i filmowcy budzący się po wystawnych after-parties.

Wiele mówi już fakt, że bodajże najważniejszym i najchętniej cytowanym wydarzeniem zeszłego wieczoru pozostaje rzucone przez Jerzego Skolimowskiego ze sceny stwierdzenie „Nie wierzcie Stopklatce”. Popularny portal filmowy „podpadł” mu, publikując materiał, w którym wedle przewidywań, „Essential Killing” nie zdobędzie żadnej nagrody. A, że słowo pana Jerzego, autora „największego światowego sukcesu polskiego kina”, tego samego, który w swoim filmie krwią Araba umazał pięknego białego konia (tzw. me-ta-fo-ra), jest słowem świętym, toteż na stronie szczecińskiego portalu pojawiły się dziś na wszelki wypadek gratulacje pióra samego naczelnego. Całe szczęście, bo jakby się rozniosło…

No dobra, ale co z samymi filmami?

W tym roku doszło przecież do sytuacji niecodziennej. O nagrodę główną konkurowały trzy skrajnie odległe pomysły na kino. Był neo-martyrologiczny „Essential Killing”, było zwiewne, łaskoczące w szyję „Wszystko, co kocham”, i w końcu, była rzemieślnicza „Różyczka”. Takiego urodzaju, takiego wyboru nie mieliśmy… Hmm, od czasu zmiany ustroju? Dzieje się, dzieje, w polskim kinie, a tymczasem organizacje mu mecenasujące skupiają się na kwestiach o znaczeniu trzeciorzędnym, kompromitując się swoimi osądami nie tylko u nas, ale również na arenie międzynarodowej.

To już chyba jasne. To nie polskie kino ma problem, a kinematografia.

Bolesne to o tyle, że póki co, na zmiany się nie zanosi. Przynajmniej tak długo, jak długo instytucje pokroju PNF-u chełpią się cytatem z Krzysztofa Zanussiego: „Orzeł bardzo cieszy, jako nagroda naszego filmowego środowiska i jako wyraz uznania kolegów, którzy, mam nadzieje – przed zagłosowaniem film obejrzeli.” Żart to równie ponury, co wczorajsze zwycięstwo „Autora widmo” ze „Śmiercią w Wenecji” w kategorii „najlepszy film europejski”…

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 10

Dodaj komentarz »
  1. Zastanawiam się, co jest gorsze, tzw. „środowisko filmowe” czy PZPN? To pierwsze jest na pewno droższe w utrzymaniu.

  2. Bardzo, bardzo dobry tekst. Warto jednak zaznaczyć, że problem ma zarówno nasza kinematografia, jak i kino. Choć kinematografia tak jakby ciut większy, bo zdaje się go zupełnie nie widzieć. Czemu nie można się dziwić – w gęstych oparach kadzidła widoczność jest ograniczona.

  3. Wlasnie sie na ten blog natknalem. Oj, jak sie ciesze, ze jest!
    Uwielbiam o filmach czytac, sluchac, mowic, pisac. Nawet czasem ogladac:> Postaram sie czesto tu goscic. Pozdrawiam i wytrwalosci w umieszczaniu postów zycze.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. jestem w szoku ze w POLITYCE ukazał się taki miarodajny teks.

    Stare, po komusze pryki koszą państwową kasę załatwioną im przez Gadzinowskiego, nie dopuszczając młodych

    Brawo dla pana Piotra Plucińskiego

  6. Orły to tacy chłopcy do bicia bo rzeczywiście ani nikogo specjalnie nie interesują, ani trudno im przypisać jakąkolwiek cechę no i jak słusznie autor zauważył są to najczęściej poprawiny po Gdyni. Moim zdaniem problemem naszej kinematografii jest między innymi to że trochę dużo w niej nagród w stosunku do ilości filmów – Lwy, Kaczki, Orły – zanim się reżyser spostrzeże ma na półce całą menażerię i przekonanie, że wszystko co robi jest wartościowe. Warto też chyba zaznaczyć olbrzymi rozziew między tym co nagradzane a tym co oglądane. Ile osób widziało Essential Killing a ile Jak się pozbyć cellulitu? Moim zdaniem tu jest największy problem. Nagradza się w kółko tą samą grupę aktorów i twórców ( stąd może dziesiąta nominacja dla Kingi Preis) a kino które kojarzą widzowie płynie sobie zupełnie innym nurtem. Obawiam się że póki te dwa nurty się nie spotkają na przełom w polskiej kinematografii trzeba będzie jeszcze długo poczekać

  7. Bardzo dobrze powiedziane. Zaskakujące jest to, że takich głosów jak autora jest bardzo mało, chociaż wszyscy widzą co się dzieje. Król jest nagi, ale ważne jest, żeby zrobić imprezę i żeby było miło. Na wszelakie gale przychodzą wciąż te same osoby, poklepują się po plecach, dyskusji o filmach i tym, co chcą przekazać nie ma. Plus to, że polska publiczność jest naprawdę mało zainteresowana tym, co się faktycznie w naszym kinie dzieje, ale to już chyba odrębny problem – upadek kultury?

  8. Piotrek, wszyscy Ci tak tu słodzą, to ja postanowiłem być tym, co tu zawsze będzie się przyczepiał. Tak po znajomości ;)
    Tekst fajny zdecydowanie, ale coś się chyba Ci odmieniło w stosunku do „Essential Killing”? Jeszcze niedawno się zachwycałeś na Stopklatce, a teraz jakieś „me-ta-fo-ry”. Skąd ta zmiana? I czemu o haśle reklamowym filmu piszesz tak, jakby miało coś wspólnego z reżyserem? Smarzowskiego też się czepiałeś, że próbuje podrabiać Tarantino?;)

  9. Nie znam się zbytnio na filmie, ale wtrącę swoje trzy grosze. Czy warto rozdawać orły co roku? Ten sezon był dość udany, ale nie raz miałem wrażenie, że o główną nagrodę stawało kilka miernych obrazów, a nagrodę dostawało najmniejsze zło. Może gdyby festiwal odbywał się dajmy na to co trzy lata, to jego waga byłaby większa, konkurencja bardziej zażarta, a artyści bardziej by się przjemowali nominacjami, a nie jechali do Gdyni w nastroju piknikowym?

  10. He. Celna uwaga. Gdynia też powinna być raz na trzy lata. Wszystkim by to dobrze zrobiło.

  11. @ Marcin

    Zdania o filmie nie zmieniłem. To dobra rzecz. Ale festiwalowe pierwsze wrażenie minęło, dziś staram się spojrzeć nań z innej perspektywy.

    A to konkretne hasło ma wiele wspólnego z tym konkretnym reżyserem. Rozpieszcza się u nas Skolimowskiego, trochę na siłę, co nadaje jego filmowi wartość niejako z urzędu. Bo to Skolimowski, bo to jego powrót (wciąż), bo poza Polańskim nie mamy międzynarodowej gwiazdy, i tak dalej. A on… zaskakująco dobrze się w tym odnajduje, co udowodnił na gali Orłów.

    @ Oleksandra

    Publiczność się nie interesuje, bo publiczność wie swoje: że w Polsce powstają komedie romantyczne i nieoglądalna ramota. Zwłaszcza dwie najcenniejsze dla box office’u grupy docelowe (15-25 lat, 25-35) są o tym przekonane. Nieważne, że powoli ta sytuacja zaczyna się zmieniać. Że powstaje kino zróżnicowane, treściwe, profesjonalnie zrealizowane.

    Narosłe w międzyczasie mity, schematy, które się wytworzyły, są zbyt silne. Od paru dobrych lat pozwalają rządzić i dzielić tej samej grupie ustawionych. Zdewaluowało się znaczenie słowa rozrywka, kino artystyczne podryfowało z kolei w kierunku prymitywnej pretensji (vide „Tatarak”). Kino zamknęło się na młodego widza, bo za sterami siedzą emeryci.

    Dziś za kamerą co raz częściej stają młodzi. Ale nawet tym najlepszym (Szumowska, Wojcieszek, Smarzowski) wciąż jesttrudno. Branża traktuje ich często jak groźnych uzurpatorów. Dlatego tak ważne jest, by filmy pokroju „Sali samobójców” i „Jeża Jerzego” odniosły sukcesy. By pociągnęły na kinowe sale jak najwięcej ludzi. Musi wytworzyć się jakiś nowy trend, nowa siła w polskim kinie.

    @ all

    PS. Dzięki za wszystkie miłe słowa. To na pewno mobilizuje i dowodzi, że ta niełatwa przecież tematyka budzi zainteresowanie.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php