Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

11.03.2011
piątek

Charles Ferguson – Oliver Stone 2:0

11 marca 2011, piątek,
W pojedynku Charles Ferguson – Oliver Stone, wynik 2:0. Żadnego z panów nikt na ring nie wzywał, ale rękawic wcale nie muszą zakładać. Poruszając te same tematy, chcąc nie chcąc, konfrontują się. Ich filmy, a raczej język i podejście do podejmowanej problematyki, mówią same za siebie.
Runda pierwsza: krytyka bushowskiej administracji i jej polityki zagranicznej. Stone kręci biografię niesławnego prezydenta, zatytułowaną po prostu „W.”, Ferguson stawia na swą reporterską dociekliwość i realizuje (u nas przegapione, a nominowane m.in. do Oscara) „Bez końca”. Runda druga: przyczyny i skutki kryzysu gospodarczego. Stone odświeża jeden z największych swoich hitów, „Wall Street”, Ferguson korzysta z doświadczeń przy poprzednim, debiutanckim (!) filmie, i raz jeszcze kręci dokument, „Inside Job”. Efekt? Miałki hollywoodyzm kontra rzetelne dziennikarstwo, fikcja zderzona z faktami.
Dziś nie ma już wątpliwości. Ferguson wyrósł właśnie na pierwszego (filmowego) archiwistę i dekonspiratora najnowszej historii Ameryki. Zastąpił w tej roli samego Stone’a, który od kilku lat udowadnia, że właściwy zakres jego kompetencji to lata 60.-80. Obecnej rzeczywistości, tej po 11 września i wojnie w Iraku, wyraźnie nie ogarnia.

Nic dziwnego. Jakież są jego doświadczenia? Jest weteranem wojny w Wietnamie, spadkobiercą wyniszczającej polityki Nixona, człowiekiem skrzywdzonym i, co parokrotnie udowodnił, pamiętliwym. Jego kino napędza tyleż potrzeba uświadamiania mas, co wola quasi-artystycznej zemsty. Ferguson ma kwalifikacje zgoła inne. Jest politologiem. Przez wiele lat pracował w Brookings Institution, wspierającej amerykańską demokrację i ekonomię organizacji non-profit. Jest przedsiębiorcą i specjalistą od technologii, w 1996 roku sprzedał swoją wartą 133 miliony dolarów firmę Microsoftowi. Napisał dwie książki, jedną tytułując „Wysokie stawki, żadnych jeńców: Opowieść o chciwości i chwale w świecie Internetu”. Słowem, właściwy człowiek na właściwym miejscu.

Paradoks sytuacji polega na tym, że w 1987 roku to właśnie Stone… przewidział przyszłość. Kręcąc pierwszą część „Wall Street”, sportretował chciwych i bezdusznych finansistów, którzy dzisiaj okazują się być przyczyną niedawnego kryzysu ekonomicznego. Ale o tym kontynuacja jego hitu, która właśnie ukazała się w Polsce na dvd i blu-ray, nie mówi.

Ale od czasu pierwszej części „Wall Street” minęło sporo czasu. Wiele się zmieniło. Resztki giełdowych tradycji sprzed półwiecza wyparła w końcu galopująca syntetyka, pieniądz papierowy stał się przeżytkiem, a dawni bogowie znaleźli się u progu zapomnienia. Gracze są ci sami, ale zasady już inne. Można wiele, można wszystko.

Moment, by ponowne pogrozić Amerykanom paluszkiem jest idealny (wciąż przecież żyją jeszcze w cieniu niedawnej zapaści finansowej, wciąż nie zdiagnozowali wszystkich jej źródeł), ale Stone stawia na sentymenty. Poczynając od pierwszej sceny, w której skorumpowany Gordon Gekko opuszcza więzienie. Z depozytu odbiera kilka drobiazgów z przeszłości: portfel, spinacz do pieniędzy i… telefon komórkowy wielkości solidnej cegłówki. Stone podąża tropami „W.” i „World Trade Center”. Eksploatuje przydatne mu zagadnienie na potrzeby kukiełkowego teatrzyku, w którym „kto” ma większe znaczenie niż „co”.

Konkludując swą opowieść, stawia zaś na tandetny dydaktyzm, którym rozdziera na strzępy legendarną, wykreowaną przed laty przez będącego u szczytu swych możliwości Michaela Douglasa, postać bezlitosnego gracza giełdowego. Dlaczego? Być może odpowiedź stanowi dokument o realizacji części pierwszej, zatytułowany swego czasu, nomen omen, „Pieniądz nie śpi”, w którym prawdziwi finansiści przyznają z rozbrajającym uśmiechem, że za młodu marzyła im się kariera właśnie w stylu Gekko.

Za głowę musiał złapać się w tej sytuacji sam Stone (czyż jego film nie uchodzi dziś za kultowy?). Dlatego w sequelu poniża swego bohatera, wyraźnie przestrzegając młodych wilczków przed zgubą. Dzieci, nie bądźcie zachłanne, bo skończycie jak wujek Gordon.

Tymczasem oglądając „Inside Job”, mamy do czynienia z podejściem zupełnie innym. To szczere, rzetelnie przeprowadzone śledztwo, które podjęty problem prześwietla od A do Z. W dzisiejszym dokumencie prawdziwa rzadkość. Nie ma tu dowcipkowania i efekciarskich manipulacji w stylu Michaela Moore’a, nie ma subiektywnego i w gruncie rzeczy bezcelowego jątrzenia a’la Stone. Są tylko nagie fakty.

Ferguson ani razu nie pojawia się na ekranie. Nie musi. Jego reputacja go wyprzedza. Wielu z tych, którzy za kryzys ekonomiczny są odpowiedzialni, odmówiło występu przed kamerą. Ci, którzy się zdecydowali, pocą się niemiłosiernie, ciężko oddychają, proszą by na chwilę wyłączyć kamerę. Pytania są konkretne i bezlitosne. Oto cwaniacy finansjery i złodziejscy milionerzy mierzą się już nie z dociekliwym błaznem, a fachowcem, który doskonale zna ich machlojki. Jest się czego bać.

A może jednak nie?

Na swego rodzaju kuriozum zakrawa fakt, że „Inside Job” pozostaje dziś jedynym, dobrze udokumentowanym zapisem przestępstw i krętactw, których dopuścił się amerykański system finansowy, doprowadzając tym samym światową gospodarkę do niespodziewanego załamania. Ferguson wymienia winnych, objaśnia ich metody, podaje niepodważalne fakty, powołuje się na fachowe analizy, ale całość wieńczy cierpką konkluzją: nikt inny tymi ogólnodostępnymi dowodami się nie zainteresował, nikt nie wprowadził ich na drogę sądową.

Co więcej, w tak kluczowym momencie, chwili kiedy świat podnosi się z kolan po zapaści, sprawcy całego zamieszania w najlepsze piastują swoje urzędy. Ameryko, otwórz oczy.

***

„Inside Job” od dzisiaj w polskich kinach (wybranych – niestety), „Wall Street 2” miało swoją premierę dvd/blu 1 marca 2011.

***

Tekst skompilowany (i zmodyfikowany) został z dwóch recenzji opublikowanych wcześniej na łamach portalu Wirtualna Polska.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. „Ameryko, otwórz oczy”.

    W ludzkich spoleczenstwach tak to nie dziala. Ameryce, tak jak i wszystkim innym spolecznoscia, trzeba oczy otwierac, nieustannie, a co dzien. Chetnie bym obejrzal omawiany tutaj film glownie dlatego, ze jak twierdzi recenzent:

    „Na swego rodzaju kuriozum zakrawa fakt, że „Inside Job” pozostaje dziś jedynym, dobrze udokumentowanym zapisem przestępstw i krętactw, których dopuścił się amerykański system finansowy, doprowadzając tym samym światową gospodarkę do niespodziewanego załamania”.

    Jezeli ten zarzut poparty jest odpowiednimi paragrafami, to sie liczy. Jezeli ten zarzut wynika z prawa moralnego, to jest bezwartosciowy, bo prawo moralne jest bezwartosciowe jezeli nie jest skodyfikowane, a skodyfikowac sie nie daje, bo z gruba biorac tyle jest odmian prawa moralnego, ilu ludzi. Rezyserzy to tez ludzie!(?).

  2. O Jeżu Jerzym będzie?
    Bo wczoraj widziałem:)

  3. Jak nie będzie, to napiszę czemu nie oglądałem ani jednego ani drugiego recenzowanego filmu.
    Tymczasem wyskoczę na coś do kina, skoro się nie mogę wypowiedzieć;)

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Pierwszy raz od, wielu , wielu lat , czytam recenzję filmową z ogromnym zainteresowaniem. W Polsce nie podejmuje się takich tematów w kinie, to zastanawiające?

  6. @ abmiros

    Ciekawe uwagi, dzięki. Film jak najbardziej polecam, choć w kinach będzie ciężko go obejrzeć (ograniczona dystrybucja).

    @ parker

    Nie da się ukryć – Jurek jest przeze mnie mocno w tym miesiącu obstawiony. W marcowym „Kinie” znajdziesz dłuższą recenzję filmu, w „Filmie” wywiad z autorami. Na moim drugim blogu umieściłem ich wypowiedzi, które do druku nie trafiły. Także tutaj pojawią się w pewnym kontekście…

  7. Piotr Pluciński

    Byłem na Sali samobójców.
    Bardzo dobry film.
    Może rzeczywiście odrobinę za bardzo dydaktyczny a wątek wiecznie nieobecnych starych nieśmiesznie przerysowany, ale za to dobrze zagrany.
    Szczególnie mama bohatera.
    Dobre aktorstwo i nigdzie nie czułem się zażenowany.
    Zaskakujące zakończenie.
    Mimo, że najbardziej nieznośnie dydaktyczne, to chyba przez to film nie dołujący niepotrzebnie.

    A Jeż.. dobry bo coś nowego, przynajmniej dla mnie.
    Nie lubię quizów ze znajomości popkultury.
    To zgrany chwyt, chyba już passe.
    Ale nawet jak się oleje czujność na kolekcjonowanie odniesień, żeby się poczuć poperudytom, to da się oglądać bo dobry plastycznie a i akcja wciąga.
    Dużo pracy wymagał, więc się ostrożnie z nożyczkami przy montażu obchodzono, chyba lepiej by było dla filmu i widzów jakby się monter przełamał.
    Ale nie żałowałem spędzonego czasu.

    To wolno tak sobie o filmach tu napisać?
    Nie gniewasz się?

    Nie będę za to pisał, czemu na omawiane filmy nie poszedłem:)

  8. Nie, wręcz przeciwnie. :) Ma to być w końcu jakaś platforma wymiany myśli, opinii.

  9. Widzę, że wymiana poglądów jakoś nie rozgorzała, to może dosypię trochę opału do pieca.
    Na moją kokieterię nikt nie reaguje, ale i tak się wypowiem w temacie bloga.

    „W” z cała pewnością mądrym prezydentem nie był.
    Ale i O. Stone, też jakimś geniuszem nie jest, skoro chce mu się film o marnym prezydencie robić.
    Bo niby co ma z tego wynikać, że prezydent W, to półgłówek?
    Nie większy niż ci co go wybrali i nie większy niż ci do których film jest adresowany.

    Drugi film wykazuje populistyczna ignorancję autora.
    Utrwala w ludziach mit złego kapitalisty, jak z obrazów średniowiecznych o lichwiarzach.
    To watek obecny również w literaturze.
    Można powiedzieć, taki evergreen, jadący stereotypem.
    A prawda jest taka, że to państwo które miałoby teraz bardziej sterować gospodarką po rzekomym upadku kapitalizmu, jest sprawcą tego kryzysu.
    Banki były tylko narzędziem w rękach władzy, w tym wypadku szefa Rezerwy Federalnej.
    To z powodów politycznych, Bank Centralny obniżał stopy procentowe niemal do zera, aby podgrzewać gospodarkę.
    Oczywiście, że chciwe banki ( proszę mi pokazać tych niechciwych w biznesie:)
    jak mogły pożyczyć za frico z Banku Centralnego niebotyczne pieniądze, to pożyczały i inwestowały.
    Pakowały te niebezpieczne kredyty i puszczały w obieg jako zastaw pod kolejne pożyczki.
    A państwo na to pozwalało, bo bańka spekulacyjna pozytywnie stymulowała gospodarkę i się miało zadowolonych obywateli. Czego jak nie stymulacji się zwolennicy interwencji państwa w gospodarkę domagają?
    Tak więc to film z tezą, w dodatku fałszywą, grający na niskich instynktach.

    Czego innego oczekuję od kina.

  10. Inside Job jeszcze nie widziałam natomiast drugi Wall Street oglądałam z poczuciem rosnącego zażenowania. Nie chodzi nawet o naiwny dydaktyzm Stona tylko o jakąś naiwność w postrzeganiu funkcjonowania gospodarki – i przekonanie bojące z jego filmu że gdybyśmy się wszyscy wzięli do porządnej pracy ( np. porzucili sprzedawanie nieruchomości dla bycia pielęgniarką) to żadnego kryzysu by nie było. Wiem że Stone reprezentuje określoną linię polityczną ( może nawet nie konkretnie polityczną ale światopoglądową) ale scena w której kamera prześlizguje się po lśniącej biżuterii pań troszkę za bardzo pachnie filmem propagandowym o tym jak burżuazja się bawi podczas gdy lud za oknami głoduje. Daleko mi do bycia rekinem finansjery ale oglądając Wall Street 2 odniosłam wrażenie jakby Stone dopiero po wybuchu kryzysu odkrył że pod koniec gazety są strony poświęcone gospodarce i to co na nich przeczytał doprowadziło go do szału. Tymczasem problem polega na tym że te strony są tam zawsze i rozsądny człowiek zaczyna od nich lekturę gazety.
    Szkoda bo oglądanie pierwszej części Wall Street nadal jest przyjemnością – może dlatego ze więcej w sumie mówi o naturze ludzkiej niż o prawach gospodarki. Na tym chyba Stone zna się lepiej

  11. Wall Street było nudne, Wall Street 2 nie ogladałam wobec tego.Inside Job-no,nie wiem..chodzi o oglądanie filmów, a nie o zbawianie świata:))

  12. @ parker

    Pogadajmy, gdy już „Inside Job” obejrzysz. Daj znać, czy coś się zmieniło, bo z tym powyżej absolutnie się nie zgadzam.

    @ ratyzbona

    Oliver zawsze był populistą, nawet najlepsze jego filmy, jak „Salwador” czy „JFK”, determinuje umiejętność rozczytania społecznych nastrojów i, co tu dużo pisać, filmowych gustów. Ale to było kiedyś. Dziś Stone przypomina raczej polityka, któremu kończy się kadencja – jest zmęczony, wyzuty, ale o elektorat trzeba powalczyć.

    Drugie „Wall Street” ma swoje plusy: podobała mi się próba stylistycznego nawiązania do lat osiemdziesiątych, podobała mi się Carey Mulligan, ale to tylko rzemiosło. Zabrakło przede wszystkim bohatera, który nie byłby wycięty z bezpłciowego filmowego szablonu. O „analizie” kryzysu gospodarczego nawet nie wspominam… To dla Stone’a taka sama błyskotka, jak powoływanie się w komediach na YouTube czy Facebooka, mamy poczuć, że oto film opowiada, o czymś co dobrze znamy.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php