Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

15.03.2011
wtorek

David chce odlecieć [dvd]

15 marca 2011, wtorek,

David Wants to Fly, Niemcy-Austria-Szwajcaria, 2010, 96 minut. Reżyseria: David Sieveking. Scenariusz: David Sieveking. Obsada: David Sieveking, David Lynch. Zdjęcia: Adrian Stahli. Muzyka: Karl Stirner. Dystrybucja na dvd w Polsce: Against Gravity.

Film: 6+/10 Wydanie: 5/10

Było sobie dwóch Davidów. Jeden duży, drugi mały. Jeden kręcił filmy, drugi o tym marzył… Początkujący niemiecki filmowiec David Sieveking nie ukrywa – jest wielkim miłośnikiem swojego imiennika, Davida Lyncha. „Zawsze chciałem nakręcić własne „Blue Velvet”, ale brakowało mi mroku i tajemniczości” – mówi niby żartem, niby serio. Patrząc na jego dokument nie trudno pojąć dlaczego. Jest raczej kpiarzem, cynikiem – człowiekiem zdystansowanym, ale jednocześnie ceniącym sobie uzasadniony poklask. Jest urodzonym gwiazdorem, wodzirejem.

Gdy w uwiecznioną w jego dokumencie rzeczywistość wkrada się pomysł wyruszenia do Stanów celem poszukiwania inspiracji na promowanych przez Lyncha wykładach o medytacji transcendentalnej, możemy śmiało zakładać, że to nie szczery odruch, że David już wtedy WIEDZIAŁ.

O czym? Że ma do czynienia z wielką bzdurą. Że wspomniana medytacja to pic na wodę, propagująca ją organizacja jest sektą, jej założyciel hochsztaplerem, a Lynch wkręconym przez ich mętne nauki naiwniakiem. Z filmu wynika, że Sieveking dochodził do każdej z tych prawd stopniowo, w wyniku prywatnego śledztwa. Ale już sposób jego realizacji – mnóstwo wykoncypowanych kadrów, złośliwy montaż (np. idiotyczna wypowiedź członka sekty i bezpośrednie przejście do jego rechotu) – sugerują, że pozostający gdzieś w tle autor jest spadkobiercą dokumentalizmu Michaela Moore’a. Że bardziej od prawdy interesuje go show, a jego racja jest tą jedyną, właściwą.

(…)

Powyższy fragment pochodzi z opublikowanej swego czasu w Wirtualnej Polsce recenzji kinowej.

O wydaniu dvd

Technicznie bez rewelacji. Obraz jest wprawdzie solidny, panoramiczny, ale już dźwięk tylko dwukanałowy. Na płycie znajduje się jeden tylko dodatek i nie jest on związany z filmem Sievekinga, co akurat jest swego rodzaju rozczarowaniem – wydawać by się mogło, że będzie nam dane wejrzeć za kulisy Berlinale 2010, gdzie film miał swoją premierę wbrew sprzeciwom Davida Lyncha.

Miast tego obejrzeć można  „Oj Boże, drogi Boże” (11:54), prezentowaną na szeregu festiwali etiudę dokumentalną w reżyserii Julii Popławskiej. Młoda autorka snuje w niej losy starszego małżeństwa, którego sielankową, upływającą z dala od miejskiego zgiełku codzienność zakłóca… grupa pielgrzymów.

Parę przydatnych rzeczy znajduje się za to w dołączonej do wydania, 24-stronicowej książeczce, co warto odnotować choćby dlatego, że AG pozostaje jednym z naprawdę nielicznych dystrybutorów, którzy dbają, by ich wydania miały tego rodzaju zaplecze. Wewnątrz książeczki znajdują się m.in. zapis okoliczności, w jakich doszło do realizacji filmu, wywiad z reżyserem oraz jego krótka notka biograficzna.

***

Płytę do recenzji udostępnił dystrybutor Against Gravity, dziękuję.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 10

Dodaj komentarz »
  1. Ale czy on robi sobie jaja z Lyncha?
    Że taki durny i naiwniak.
    Czy z sekty?
    Czy ten film nie jest żenujący?
    A przede wszystkim, czy to jest śmieszny film?
    Chciałbym coś więcej wiedzieć zanim wydam parę groszy.

  2. Na pewno nie jest to „Super Size Me”, ale Sieveking ewidentnie ma zapędy komedianckie. W tych momentach jego film najbardziej traci. Ale gdzieś na marginesie pseudo-demaskacyjnego dokumentu o medytacji transcendentalnej (pseudo-, bo równie dobrze można nakręcić odkrywczy dokument, o tym, że Tadeusz Rydzyk robi pranie mózgu swoim słuchaczom), dokonuje się demaskacja właściwa – Davida Lyncha. Warto zobaczyć, jak upada mit.

  3. Ee, chyba nie.
    Ja tam lubię mity, jeśli dotyczą sztuki oczywiście i jej twórców.
    Wiem, że wiele tajemniczych dzieł w historii sztuki nie zawiera żadnej głębi.
    Że często dzieła są nad interpretowane a stoi za nimi pustka.
    Wystarczy być, zbyt często.
    Ale ja uwielbiam pastiszowy styl Miasteczka, w wersji serialowej.
    Mroczne, transowe, z fantastyczna muzyką „kryminały”.
    Odczuwałem przyjemność obcowania z tą sztuką.
    Nawet jak nie stała za nią żadna intelektualna nadbudowa.
    Lynch stworzył swój niepowtarzalny styl i na zapisał się w historii kina.
    Nadbudowy, to ja szukam w takich filmach jak ostatnio dyskutowaliśmy.
    Jak sięgam pamięcią, to raczej wrażliwych twórców dzieła zapamiętałem.
    To co mnie obchodzi, co oni tam pod kopułą mają, ci twórcy.
    Niech żyją mity!
    http://www.youtube.com/watch?v=aepBpZ3kXek&feature=related

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Po wyjściu z kina też mi się przez chwilę wydawało, że upadł mit. Ale właściwie jaki mit? Lynch jest świetnym reżyserem i to się nie zmieniło, trudno więc mówić o „demaskacji właściwej”. No bo co zostało zdemaskowane? Co wcześniej wiedzieliśmy, albo myśleliśmy o Lynchu? Na pewnie nie to, że jest super racjonalnym człowiekiem. Nigdy nie kreował się na autorytet moralny ani religijny, robi filmy i robi je dobrze. The Beatles też się dali nabrać Maharishiemu – z korzyścią dla muzyki, wyzwolił w nich sporo kreatywności. Ich mit nie upadł. Arthur Conan Doyle, pisarz, który stworzył najbardziej racjonalnego detektywa w historii literatury wierzył w zjawiska paranormalne i dał się nabrać dwóm nastolatkom, które zawiesiły na drzewach wycięte z papieru wróżki, wmawiając światu, że są prawdziwe (Cottingley Fairies). Artyści nie zawsze są normalni. Pomagają im narkotyki, religia itd.
    Film zawiera parę szokujących sekwencji (np. Lynch w Berlinie), nieźle pokazuje jak gigantyczną kasę robi się na medytacji transcendentalnej i naiwności ludzkiej. Dla mnie, to jest jego największa wartość.

  6. Parker, filmy Lyncha mają bardzo dużo głębi. Niestety ludzie koncentrują się na ich (niewątpliwej) „zajebistości”, nie dostrzegając ich właściwego sensu. Polecam tekst Rafała Syski w trzecim tomie „Mistrzów kina amerykańskiego”

  7. Maja tyle głębi, ile do mnie dociera.
    To subiektywny stan.
    W tym co napisałem, nie chciałem powiedzieć, że filmy Lyncha nie zawierają w sobie jakiejś myśli.
    Ale nawet jakby nie zawierały, to nie wpływa to na mój ich odbiór, zwłaszcza kiedyś:)
    A filmu nie obejrzę, bo napisałem dlaczego:)

  8. @ Marcin

    „Ale właściwie jaki mit?”

    David Lynch traktowany jest często jako pewien fantazmat, zwłaszcza w masowej świadomości figuruje on jako synonim artysty. Po prostu. Funkcjonuje w popkulturze (tak, tak!), ale jednak jest postacią enigmatyczną. Myśląc o nim, nie zastanawiamy się czy po domu chodzi w kapciach, a na śniadanie jada jajecznicę. To przecież Lynch – wszyscy wiemy, kim jest, znamy jego filmy, a jednak nie dociera do nas, że nie wiemy o nim nic. Zapraszamy go na Camerimage, traktujemy jak autorytet, a u Sievekinga wychodzi na to, że to gość o naiwności klienta Telezakupów Mango. Upadek z wysokiego konia, jak dla mnie.

  9. Lynch funkcjonuje jako artysta i, o ile mi wiadomo, nic się nie zmieniło. Lynch jest artystą; więcej jest to Artysta wybitny, jeden z najlepszych autorów współczesnego kina amerykańskiego. Czy jest fantazmatem (rzecz, miejsce będące wytworem wyobraźni – PWN)? Nie wiem. W popkulturze funkcjonuje ponieważ zrewolucjonizował kino i telewizję, jako wizjoner i jeden z najbardziej przystępnych twórców postmodernistycznych. Zapracował sobie na taką pozycję ciężką pracą (biorąc pod uwagę warunki w jakich realizował Głowę do wycierania) i talentem. Dlatego był, jest i, mam nadzieję, będzie zapraszany na festiwale filmowe – w tym Camerimage. Z pewnością nie zmieni tego David Sieveking, reżyser który być może do historii kina nigdy nie przejdzie (tego jeszcze nie wiemy). Dla mnie Lynch jest autorytetem i autorem m. in. znakomitych Człowieka Słonia, Twin Peaks itd. Po seansie David chce odlecieć zdania o tych filmach nie zmieniłem. W co ten człowiek wierzy i na co wydaje pieniądze- to jego prywatna sprawa. Napiszę raz jeszcze – w to samo wierzyli The Beatles.
    Zresztą, medytacja transcendentalna to pryszcz. Wielu znakomitych artystów, w tym moi ulubieni Beck Hansen i Juliette Lewis, wierzą w Poziomy Thetanu Operacyjnego i incydent Xenu. Jednym słowem są scjentologiami, czyli wyznawcami religii, która według niektórych pogłosek, została wymyślona w wyniku zakładu między pisarzami science fiction (Hubbardem i Vonnegutem). Warto zacytować (dalej Wiki lol) – w książce Hubbarda Have You Lived Before This Life (Czy żyłeś już przed tym życiem) z roku 1958 opisane są poprzednie życia jednego ze scjentologów, których wspomnienia odzyskał podczas sesji audytowania. Wśród nich był romans z robotem udającym piękną, rudowłosą dziewczynę (!!!), bycie przejechanym przez walec drogowy kierowany przez marsjańskiego biskupa (MARSJAŃSKIEGO BISKUPA), zmiana w międzygalaktycznego morsa (MIĘDZYGALAKTYCZNEGO MORSA), który zginął spadając z latającego talerza oraz życie jako „bardzo szczęśliwa istota, która mieszkała na planecie Nostra 23 064 000 000 lat temu”. W takie bzdury wierzą świetny muzyk i znakomita aktorka/piosenkarka + Tom Cruise, John Travolta i inni. Żenada, ale nie zmienia to faktu, że są dobrzy. Może tego potrzebują? Czy lepiej jest grzać gorzałę i wciągać koks, jak to ma w zwyczaju wielu znakomitych twórców, także ci znad Wisły? Obawiam się, że wejście z butami w prywatne życie większości osobistości ze świata kultury i sztuki mogłoby się zakończyć boleśnie ;)
    Jak będzie wyglądała Pańska reakcja kolejny film Lyncha, jeżeli będzie on równie znakomity jak Mullholand Drive czy Blue Velvet? Bojkot? Milczenie? Czy powrót na wysokiego konia?
    Gdyby każdy klient telezakupów Mango był tak utalentowany jak Lynch, świat byłby piękny.

  10. Nie zrozumieliśmy się.

    Lynch to wybitny reżyser i dokument Sievekinga tego nie zmieni. Ale pewien mit runął. Mit człowieka w pierwszej kolejności, artysty w drugiej. Bo jednak będę podtrzymywał swoje zdanie odnośnie funkcjonującego w masowej kulturze wyobrażenia o Lynchu jako twórcy enigmatycznym, niespenetrowanym. To nie ten sam przypadek co przyznający się w jednej z piosenek do frajerstwa Beck czy rozśpiewana, roznegliżowana Lewis. Oni nie urośli do jakiejś tam niebotycznej rangi, nie stali się wielkim symbolem, Lynch tak.

    Daję głowę, że można by urządzić w Łodzi świetny program typu „ukryta kamera”, podając się za asystenta Davida Lyncha, który ma zamiar odwiedzić taką a taką instytucję. Z prostego względu: bo Lyncha bierze się na wiarę. To niebezpieczne i nierozsądne, a ten dokument pokazuje, że każdemu warto czasem spojrzeć na ręce.

    A jeśli Lynch nakręci znowu rzecz tak wybitną jak „Mulholland Drive”? Super! Czekam. Ale mam obawy czy coś takiego kiedykolwiek się stanie… Gdy patrzę na grafomańskie „Inland Empire”, a potem na dokument Sievekinga, myślę sobie „Aha”.

  11. Rozumiem Pański punkt widzenia, ale nie zgadzam się na sformułowania: „upadek mitu”, „mit runął” „upadek z wysokiego konia”. Mocne słowa, na które nie znajduję uzasadnienia.
    Nie rozumiem za to zdania: „Mit człowieka w pierwszej kolejności, artysty w drugiej”. Lynch jest artystą i tylko jako artystę powinniśmy go oceniać. Ponieważ strzeże swojej prywatności (do czego ma pełne prawo), funkcjonuje jako twórca, jak słusznie Pan zauważa, enigmatyczny i niespenetrowany – mitem jest pewien nimb tajemniczości. Skąd ten mit? Z jego sztuki, czyli filmów, obrazów, zdjęć. Każdy, kto je ogląda zastanawia się: co ten facet ma w głowie? Dokument, o którym rozmawiamy nic nie wyjaśnia w tej materii, nie dekonstruuje Lyncha. Ujawnia tylko, że jest wyznawcą religii, która doi kasę z bogatych ludzi. Naiwnym, ok. Ale jego naiwność (jako człowieka) nie stoi w sprzeczności z mitem (artysty). Czyż nie o tym jest Amadeusz, że genialny artysta nie zawsze jest wielkim człowiekiem?
    Lynch jest tak samo enigmatyczny, jak był, a może nawet i bardziej. O upadku mitu można by mówić, gdyby Sieveking udowodnił, że Lynch nie jest autorem swoich filmów, albo że trzyma w piwnicy Pokraka, który pisze mu scenariusze. O tak, wtedy byłby to upadek z wysokiego konia. Udowadnianie, że Lynch jest naiwny, bo wierzy w głupoty to tania, tabloidowa sensacja.
    Polecam ciekawą recenzję filmu http://www.media-party.com/mp/2010/05/movie-review-david-wants-to-fly.html Bez pudła ujmuje wątpliwy etycznie pomysł na film. W taki sposób uwalić można co drugiego artystę.
    P.S. O ile wiem, Lynch praktykuje medytację od 30 lat więc odwołanie się tylko do ostatniego filmu nie jest trafne. To samo „Aha” trzeba sobie pomyśleć oglądając np. Lost Highway i Dzikość Serca.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php