Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

19.03.2011
sobota

Inwazja: Bitwa o Los Angeles (2/10)

19 marca 2011, sobota,

– Co się dzieje?!
– Nie wiem, gówno widać!

No właśnie. Ktoś z kimś walczy, ale kto i o co – nie wiadomo. Tytułową potyczkę w Los Angeles przysłania mieszanka dymu i pyłu, nieustannie unoszących się nad płonącymi przedmieściami. Nic nie widać! Tylko sylwetki, kształty, kontury. Kamera trzęsie się, chwieje, niby stwarzając paradokumentalną atmosferę, ale w rzeczywistości… Cóż, maskuje tylko niedostatki filmu. Tymczasem jego autorzy wmawiają nam, że tak ma być. Że oto przed nami najprawdziwsza wojna (z tą różnicą, że tym razem przeciwnikiem jest najeźdźca z kosmosu). Chaotyczna, nieokiełznana, dynamiczna.

Odpowiadam im: bzdura, wasz film jest tak słaby, że podobne zagrywki go nie uratują.

Dlaczego superprodukcja zrealizowana za grube miliony dolarów okazuje się tak niechlujna? Jeśli przyjrzeć się z bliska, prawda okaże się zdumiewająca. To kino propagandowe – takie, w którym idea nie koresponduje z rzemiosłem, bo jest od niego ważniejsza. Bo czym tak naprawdę jest „…Bitwa o Los Angeles”? Letnim blockbusterem o inwazji obcych? Nie, to instruktażowy film O OBRONIE przed nimi. Ewakuacja, partyzantka, dywersja, taktyka… Przy czym „obcy” wcale nie muszą tu oznaczać najeźdźców z kosmosu. Mogą być Irakijczykami, Libijczykami, Koreańczykami. Nawet Rosjanami… Kimkolwiek, kogo Stany Zjednoczone uznają za potencjalne zagrożenie.

Patrzę na film Jonathana Liebesmana i nie widzę żadnych kosmitów. Niełatwo ich dostrzec, czemu służy dość zaskakujący koncept fabularny. Pierwsza to taka inwazja na Ziemię, która miast typowego przejęcia terenów/surowców/dóbr (czy nie tak w podobnych filmach postępują najeźdźcy? klik, i po Waszyngtonie, klik i nie ma Manhattanu) przypomina regularną wojnę. Zajmowanie sektorów, ostrzał, powrót do okopu. Co ciekawe, najeźdźcy z domniemanego kosmosu nie mają statków, tylko stosunkowo małe myśliwce. Nie mają laserów, tylko broń palną. Ich oddziały składają się z piechoty wspieranej przez lotnictwo i artylerię. Jak w każdej ziemskiej armii.

Jak żyję, nie widziałem jeszcze na ekranie kosmitów, którzy potrafiliby przylecieć do nas z odległej galaktyki i przeprowadzać inwazję tak prymitywnymi, ziemskimi metodami. Owszem, w „Dystrykcie 9” nad Johannesburgiem zawisł statek z zabiedzonymi krewetkami, ale powiedziane zostało to wprost: to najniższa klasa robotnicza, opuszczona przez dowództwo, podłamana, szukająca pomocy. Ale… Przybyli do nas jako żebracy, a i tak wyprzedzali nas technologicznie o całe stulecia…

O co więc chodzi?

Warto spojrzeć na „Inwazję…” nieco inaczej. O efektach specjalnych, niestarannych, mało kreatywnych, sztucznych, nie warto wspominać. Ciekawi za to cała reszta.

Fabuły trudno się doszukać. Bohaterowie? Dowódca z traumą (ale taką do przepracowania), piękna pani weterynarz, grupka dzielnych marines, bez wyjątku gotowych zginąć za swój kraj. Wszyscy powycinani z tej samej, zalegającej gdzieś w magazynie dykty. Biali, czarni, Latynosi, Azjacji. Bohaterem jest każdy. Rozwój zdarzeń? Standardowy: najpierw dostajemy łupnia, ale wystarczy odkryć gdzie przeciwnik ma serce, by siedmioosobowy skład zabijaków wygrał bitwę samodzielnie… Schemat na schemacie. Z amerykańskim sztandarem w tle. Zupełnie jak w podrzędnym kinie propagandowym.

Czymże jest „Inwazja”, jeśli nie triumfem patriotycznej dumy? Amerykanie raz jeszcze pokazują, że można ich najechać, zgnębić, spalić ich miasta, a duch wolności i tak w nich nie zgaśnie. A, że wspiera go pewien niedwuznaczny fetysz? To niesamowite, ale Jonathan Liebesman nakręcił najbardziej faszystowski, pro-militarny film mainstreamowy od czasu „Elitarnych” Jose Padilhi. Ot, cel uświęca środki, czego potwierdzeniem niechaj będzie scena, w której dzielni marines szukają sposobu, by zabić obcego… torturując, a w ostateczności zabijając, jednego z nich.

Amerykańscy wojskowi pewnie zacierają ręce. Już nie muszą iść do kongresu ze smutną statystyką i sloganem „I dlatego potrzebujemy kolejnych miliardów na rozwój armii”. Wystarczy, że pokażą im ten film. Wszak, zagrożenie może nadejść zewsząd. Warto trzymać palec na spuście…

***

Tekst opublikowany także w portalu Wirtualna Polska.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 13

Dodaj komentarz »
  1. Dziękuję za recenzję. Przez moment wahałem się, czy aby nie obejrzeć. Rezygnuję.

  2. Ode mnie więcej, bo 5/10, ale jutro nie będę już o tym filmie pamiętać. Standardowe, jadące wyłącznie na kliszach wyrobnictwo.

  3. Świetny tekst! Czytałem dziś dwie recenzje tego filmu, jedna chwalebna, a druga to Twoja, która mi lepiej pasuje.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Dzieki za recenzję.Myslałam,że tylko mnie sie nie podoba i tylko ja widzę grubymi nićmi szytą propagandę ale takie sa w przeważającej ilosci filmy produkcji amerykańskiej.Głupie komedie i propaganda wojenna.To się „widzi i czuje i wie”

  6. Film jest słaby i razi patetycznymi kliszami. Ale na marginesie, chciałbym wytknąć recenzentowi jedną rzecz – użycie słowa „faszystowski”. Ten obraz jest nędzny, przewidywalny i polany amerykańskim, mało strawnym, patriotycznym sosem. Ale nie jest „faszystowski”. Nadużywanie tego słowa w dzisiejszych czasach prowadzi, paradoksalnie, do obniżenia siły jego rażenia. Jeśli będziemy wszystko, co nam się nie podoba, nazywać „faszystowskim”, to prędko zapomnimy czym był ten faszyzm i dlaczego nie powinien nigdy się powtórzyć.

  7. Moim zdaniem, film faszystowski jest. Promuje kult siły, kult narodu, a przytoczona przeze mnie scena, jest chyba tego dość radykalnym przykładem.

  8. A to dlaczego nie użyć słowa bolszewicki? Ostatecznie również on promował kult siły, kult klasy, kult narodu (nacjonalkomunizm), a lagry i tortury w wykonaniu bolszewików o dekadę i skalą wyprzedzały te faszystowskie… Chwyt efektowny ale chybiony.

  9. „Elitarni” faszystowski? Hola, hola. Każdy film policyjny należałoby wobec tego tak określić. Co za różnica, czy łoimy gangsterów z faweli czy z Bronxu?

  10. @ Max

    „Bolszewicki” to mimo wszystko słowo odnoszące się do konkretnej czasoprzestrzeni, konkretnych wydarzeń, konkretnej sytuacji politycznej – trudno używać go, nie znajdując z nimi bezpośredniej relacji. „Faszyzm” to zaś słowo o zdecydowanie szerszym, wciąż aktualnym znaczeniu. Oba mają się zresztą tak do siebie, jak „hitlerowski” i „zbrodniczy”, niby blisko, ale jednak…

    @ barabasz

    W „Elitarnych” jest tylko jedna, w domyśle – ta właściwa, perspektywa. Wydarzenia śledzimy oczami brutalnego, bezkompromisowego dowódcy, a stojących po drugiej stronie liberalistów i intelektualistów ukazuje się jako zgraję bezużytecznych hipokrytów. To główny bohater ma (niepodważalną!) rację, podczas gdy w większości hollywoodzkich filmów policyjnych dla podobnych działań jest jednak jakaś moralna przeciwwaga.

  11. Nie mogę się zgodzić. Kult siły czy narodu nie był wyłączną dziedziną ruchów faszystowskich, tak więc akurat te cechy nie mogą przesądzać o nadaniu takiego właśnie określenia. Wyróżniające faszyzm przymioty mieszczą się w sferze ekonomii (etatyzm i korporacjonizm) oraz stosunku do państwa (rozbudowa jego aparatu). Zaś totalitaryzm i ów kult siły są dopiero konsekwencją tychże poglądów. Naturalną, ale ciągle jedynie konsekwencją. Mój poprzedni post jest więc właśnie krytyką nadużywania tego pojęcia, co, jak już napisałem, osłabia siłę jego rażenia, skrywając potencjalne zagrożenia, jakie ta ideologia za sobą niesie.

    W omawianym filmie mamy do czynienia z kultem narodu, to fakt. Ale ciągle trzeba brać pod uwagę liberalny charakter USA i kontekst samego powstania tego państwa – Deklaracja Niepodległości, Ojcowie Założyciele itd. Tam pojęcie narodu ma zupełnie inne znaczenie, niż w Europie. Natomiast faszyzm, wynalazek stricte europejski, w swoich założeniach, odrzucał wszystkie podstawy ustrojowe USA.

    Poza tym, dlaczego faszyzm ma mieć aktualne znaczenie, a bolszewizm już nie? Przecież ciągle istnieją państwa bolszewickie (Korea Płn., Kuba), a w wielu krajach prężnie działają partie bolszewickie (Federacja Rosyjska). Jeśli faszyzm jest współczesnym zagrożeniem, to i bolszewizm nim jest. A jeśli uznajemy, że bolszewizm wylądował na śmietniku historii, to musimy przyznać, iż faszyzm także się tam znalazł.

  12. Maxaue ciekawe rzeczy wypisujesz, ale w samych stanach Amerykanie obawiają się widma faszyzmu patrz takie książki jak np. „Spisek przeciwko Ameryce”. Konkluzją jest taka: Ameryka nie jest państwem faszystowskim tylko przez przypadek. Zresztą dla niektórych amerykanów Obama jest komunistą, choć z Polskiej perspektywy brzmi to kuriozalnie.

    Korei nie ma państwa bolszewickiego, jest coś co nazywa się komunizmem monarchicznym, bardzo dziwny twór (Kim Ir Sen jest bogiem). Zresztą Koreańczycy mają doktrynę dżucze, czyli że mają być samowystarczalni.

  13. [i]„Bolszewicki” to mimo wszystko słowo odnoszące się do konkretnej czasoprzestrzeni, konkretnych wydarzeń, konkretnej sytuacji politycznej[/i]

    Bardzo się Pan myli w tej ocenie. Niech Pan sobie przypomni, w jakich okolicznościach zostało to określenie – członkowie partii komunistycznej w Rosji wycięli w pień swoich towarzyszy mających odmienne zdanie. Potem już nigdy nie dopuszczali zdania odrębnego. Wygląda znajomo? Bolszewizm jest stary jak świat, to postawa mówiąca: by mamy rację, a kto jej nie podziela, ten do piachu. Każdy fanatyk religijny, od początku czasu jest bolszewikiem. Każdy fanatyk polityczny także. Bolszewikami są „zieloni” krzyczący precz z atomem. „Obrońcy białej rasy” także.
    Bolszewizm to stan (chorego) umysłu. I jest wieczny.

  14. Ależ poważna dyskusja się rozwinęła. Tymczasem wydaje mi się że nie mamy tu do czynienia ani z dziełem faszystowskim ani bolszewickim ale po prostu odpowiadającym Amerykańskiemu standardowi patriotyzmu w którym postać dzielnego wojskowego odgrywa centralną rolę. Może to i mało strawne ale czy nie widzieliśmy już tego w ” Dniu Niepodległości” gdzie kamera mniej się chwiała ale reszta pozostaje w sumie nie zmienna? Poza tym trzeba pamiętać a to pamięć ważna że Amerykanie nigdy nie bronili bezpośrednio swoich granic ( mówię o XX wieku ) – stąd też fantazja obrony własnej ziemi jest u nich chyba jednak postrzegana w zupełnie innym kontekście niż u nas. Poza tym jednak film jest po prostu wariacją na temat filmu wojennego w którym obcy zostają wykorzystani by film móc osadzić w konkretnej czasoprzestrzeni ( ile można oglądać marines biegających po pustyni). Jako kino wojenne ( i tylko takie) film się sprawdza. I chyba nie nadawałabym mu większej głębi.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php