Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

18.04.2011
poniedziałek

Off Camera: tylko dla „ludzi”

18 kwietnia 2011, poniedziałek,

Twórcy festiwalu „Off Camera” wyraźnie przyzwyczaili się do pobłażliwości ze strony mediów. Trzy poprzednie edycje, organizowane w nieprawdopodobnym wręcz chaosie i przy powszechnie panującym pół-profesjonalizmie, spotkały się – nie licząc pamiętnego felietonu Łukasza Maciejewskiego – z powszechną wyrozumiałością. Także moją.

Nie marudziłem dotychczas na wszechobecną dezorganizację czy brak komunikatywności ze strony festiwalowego PR-u, bo każdej startującej imprezie należy się kredyt zaufania. Dziś jednak, dzień po zakończeniu czwartej już edycji festiwalu, przyszedł czas na pierwsze poważne podsumowania.

W tym roku nie było katastrofy prezydenckiego Tupolewa ani też nie eksplodował wulkan na Islandii, więc wszelkie niedociągnięcia, uchybienia i skandaliczne praktyki widać gołym okiem.

W jednym z komentarzy do poprzedniego wpisu o Off Camerze czytamy: „marketingowa zasada głosi, że jeżeli nie ma się do zaoferowania prestiżu – daje się kasę”. I faktycznie. Młodziutka, bo odbywająca się dopiero od jesieni 2008, krakowska impreza jest jednym z najdroższych przedsięwzięć tego typu w całym kraju, a przyznawana w konkursie głównym nagroda – 100 tysięcy dolarów amerykańskich – to ewenement na skalę światową.

Czyżby władze Krakowa miały aż takie parcie na promocję kina niezależnego? Ależ skąd. Off Camera bazuje na wykoncypowanej idei, a jego organizacja przebiega w oparciu o sprawdzone handlowe prawidła, miast – jak można by oczekiwać – miłość do kina i kultury.

Tu nie ma żadnej pasji, nie dajcie się zwieść. Off Camera to przede wszystkim biznes i przystań dla oportunistów.

Spoglądając z zazdrością na Wrocław, w którym zaaklimatyzowały się Nowe Horyzonty, stolicę z jej Warszawskim Festiwalem Filmowym oraz Łódź, gdzie odbywało się znane w świecie Camerimage, Kraków zaczął zdawać sobie sprawę ze swojego problemu. Bagatelizowane przezeń kino okazało się fundamentem, na którym kolejne miasta stawiały imponujące ekonomiczne konstrukcje.

Rosnący prestiż każdego festiwalu niesie wszak ze sobą coraz więcej widzów, prasy, gwiazd i sponsorów (dokładnie w takiej kolejności), którzy zaczynają przekładać się na coraz większą wartość marketingową. Kraków zapragnął tego samego, ale w kolejności odwrotnej.

Wspomniane miasta kwitły, coraz śmielej tytułując się kulturalnymi stolicami Polski, podczas gdy od lat strzegąca tej etykietki stolica małopolski została na polu boju z hermetycznymi, branżowymi imprezami pokroju Krakowskiego Festiwalu Filmowego czy Etiudy & Animy.

Trudno więc dziwić się, że pomysłodawcy Off Camery zostali przez miasto obdarowani tak sporym budżetem. Spadli Krakowowi z nieba. A, że nie było już czasu na wieloletnie budowanie atmosfery i rangi imprezy, postanowiono je… kupić. Strumień pieniędzy popłynął.

„Fama rozeszła się dość szybko.” – mówi mi jedna z osób pracujących przy drugiej edycji festiwalu. „Kolega z Warszawy zapytał mnie wprost, czy nie dałoby się załatwić jakiejś posadki po znajomości, bo słyszał, że to niezły biznes”. Od innej osoby, od samego początku przyglądającej się festiwalowi od środka, słyszę: „Na pewno opłaca się być wiernym Off Camerze. To raj dla ludzi układnych i pokornych. Odrobina inwencji czy sprzeciwu względem wyznaczonych odgórnie celów oznacza koniec współpracy”.

I rzeczywiście, praca przy Off Camerze to niezły deal. Przynajmniej dla tych, którzy mieli dość szczęścia, by dopchać się do odpowiednich osób. „Nigdy nie miałam złudzeń, że dostałam tę pracę dzięki bogatemu cv.” – mówi mi ktoś inny. „Wiele decyzji podejmowanych jest na zasadzie prywatnych preferencji, nie kompetencji.”

Osoby zaangażowane w organizację festiwalu, które mają (coraz częstsze) zastrzeżenia do swojego szefostwa, wypowiadają się chętnie, ale kategorycznie zastrzegają sobie anonimowość. „Wiesz, jak jest. Staram się robić swoje, to moja praca. Ale nie wyrywam się z uwagami, to ma tutaj krótką przyszłość.”. Ktoś inny dodaje: „Tu zawsze panował chaos i kolesiostwo. Nic nie było wiadome na pewno, nikt nie dawał żadnych gwarancji, znikąd pojawiali się znajomi znajomych.”.

Pośpiech, brak doświadczenia i układność nigdy nie sprzyjały profesjonalizmowi, co dało się zauważyć już podczas pierwszej edycji festiwalu. Problemy z akredytacjami, opóźniające się seanse, wszelkiej maści niedogodności techniczne, zamieszanie z systemem biletowym, bałagan w biurze prasowym, zdezorientowani wolontariusze… Do dziś niewiele się w tym względzie zmieniło.

Ludzie odpowiedzialni za taki stan rzeczy z roku na rok zmieniają tylko stanowiska. Z dyrektora tego na szefa tego. A nuż coś im w końcu wyjdzie.

Prawdziwy problem tkwi jednak gdzie indziej. Wszystko da się zmienić, wszystko da się naprawić, pod warunkiem, że  pozwala na to dobra wola organizatorów. Tymczasem Off Camerę notorycznie cechuje szereg niezrozumiałych, błędnych i niekompetentnych decyzji. Co najlepiej widać od środka, w kontakcie bezpośrednim.

Przykładowo, rzeczą niepojętą jest, by festiwal o takim zapleczu finansowym nie miał pieniędzy i szacunku dla swoich (współ)pracowników. „Na wypłatę pieniędzy za pracę wykonaną podczas pierwszej edycji festiwalu czekałem kilka miesięcy” – mówi mi kolega. Paradoksalnie, z biegiem lat sytuacja nie uległa wcale polepszeniu.

Nie jest też tajemnicą, że (także) w tym roku autorom wielu prelekcji i spotkań z twórcami nie zaproponowano żadnych pieniędzy, a cały katalog, tworzony częściowo przez amatorów, pełen jest kolokwializmów, nieścisłości, błędów merytorycznych i stylistycznych (moje ulubione przykłady: „Niestety pewnego dnia, Charlie potrąca autem młodą dziewczynę z klasy pracującej, która umiera”; „Niezwykły film złożony z trzech nowel filmowych trzech reżyserów” ).

A to nie koniec. Słyszałem już wcześniej o fatalnej obsłudze biura prasowego, ale dopiero w tym roku – wchodząc z nim w bezpośredni kontakt – przekonałem się (i nie tylko ja) jak to wygląda naprawdę. Szefowa działu PR, nota bene osoba, która odpowiedzialna jest za wizerunek całej imprezy w oczach mediów, cechuje się lekceważącym podejściem do dziennikarzy, których nie uważa za dostatecznie ważnych, a wszelkie zgłaszane problemy bagatelizuje.

Podczas całego festiwalu nie udało mi się umówić żadnej rozmowy z zaproszonymi gwiazdami. Rzecz to dziwna o tyle, że nie spotkała mnie jeszcze na żadnym szanującym się festiwalu, czy to w Polsce, czy w Europie. ALE! Nigdy nie miałem o to pretensji, bo zaproszeni goście przyjeżdżają na Off Camerę niejako na wakacje – nie muszą niczego reklamować czy promować, więc się nie eksploatują.

Najlepszym tego przykładem Peter Weir – jego film miał swoją światową premierę we wrześniu zeszłego roku, więc odpowiadanie na ewentualne pytania dziennikarzy było dla niego czystą kurtuazją.

Trochę to obciach, gdy poważny poniekąd festiwal zaprasza znane osobistości, do których nie ma dostępu.

„Czułem się niekiedy jak na sztafecie albo biegach przełajowych, ganiając za znikającymi wywiadami po hotelach i salach kinowych.” – słyszę od kolegi, a inny wtóruje mu: „Spośród czterech wywiadów, o które się starałem, trzech odmówiono mi w ostatniej chwili, a czwarty zaaranżowano na… 7 minut.”

Znajoma dziennikarka dodaje: „Traktowani jesteśmy tu bez grama szacunku dla naszego czasu i pracy. Obsługą biura zajmują się absolutnie nieodpowiedzialne osoby”, ktoś inny mówi z kolei: „Próbując zrobić jakiś wywiad, początkowo spotykałem się z grzecznymi odmowami, które jednak szybko zastąpiła cisza – nie dochodziły już do mnie żadne maile, a telefony osób z biura prasowego były wyłączone.”.

Co ciekawe, kwestia wywiadów stała się dość umowną i wygodną dla PR-wców kością niezgody na linii festiwal-dziennikarze. Ot, prosty wniosek: nie dostali wywiadów, to wylewają swoje frustracje, przejmować się nie warto.

Najlepszym tego przykładem niechaj będzie fakt, iż dwie godziny po opublikowaniu poprzedniego wpisu na blogu, zadzwoniła do mnie szefowa działu PR, wychodząc z założenia, że jeśli dostanę „jakieś rozmowy z gwiazdami”, to festiwal „bardziej mi się spodoba”. Ewentualna zgoda na wywiad miała być tu oczywiście formą przekupstwa, nie efektem tego, iż staram się o nie z ramienia Polityki i Wirtualnej Polski, mediów – zwłaszcza w swoich kategoriach – pierwszoligowych.

Niestety, dla organizatorów okazały się „mało ważne”.

Co ciekawe, wywiady z Rose McGowan i Richardem Jenkinsem przydzielono np. portalowi Stopklatka, który ma cztery razy mniejszą oglądalność niż dział filmowy WP. Jakie zastosowano tu kryterium? Czy udało się dlatego, że w wśród pracowników PR-u Off Camery zatrudniony jest ich dziennikarz? Dlaczego tych samych rozmów nie dano Filmwebowi?

Tu dochodzimy zresztą do kolejnego zastanawiającego wątku. Dział Public Relations Off Camery reprezentowany jest przez trzech… aktywnie działających dziennikarzy. Spodziewać by się można ich „braterskiego” podejścia i zrozumienia potrzeb reprezentantów prasy, ale… nic takiego nigdy nie nastąpiło.

Mało tego: o jakikolwiek kontakt często było bardzo trudno. Maile pozostawały bez odpowiedzi, telefonów nikt nie odbierał, a przy kontakcie bezpośrednim okazywało się, że wyjaśnienia zawsze kończą się na wzajemnym przerzucaniu się odpowiedzialnością.

Cały dział wykazał się za to niesłychaną aktywnością na polu nieoficjalnych, ale jakże małostkowych animozji. Szefowa PR-u usunęła ze znajomych na Facebooku dziennikarzy narzekających na współpracę z nią, jeden z jej podwładnych zadzwonił z pretensjami o „robienie wiochy”, a drugi usunął mój blog z lubianych stron. Doprawdy, mili państwo, prawdziwie dorosły to sposób na rozwiązywanie konfliktów.

Być może więc mało wyrafinowany dowcip, by przemianować nazwę festiwalu na Fuck Off Camera nie jest taki znowu chybiony? Bo czyż nie takim właśnie podejściem cechuje się cały festiwal, czy to w obsłudze mediów czy organizacji imprez towarzyszących? Wszystko tu odbywa się z poczuciem wyższości i wszechogarniającego blichtru.

Dość powiedzieć, że na klub festiwalowy wybrano Divę, opływający snobizmem lokal, który w swojej oficjalnej reklamie szczyci się selekcją na wejściu. Ta potrafiła mieć dla uczestników festiwalu dość niecodzienny przebieg.

„Przez pół godzinny nie mogliśmy wejść do środka, choć byli wśród nas wolontariusze i pracownicy festiwalu, a wewnątrz – wbrew informacjom z bramki – było jeszcze sporo miejsca.” – mówi mi znajomy. „Na koniec ochroniarz, taki klasyczny dresiarz, zwyzywał kolegę od jebanych pedałów i popchnął jego dziewczynę”.

Szefowa PR-u podobne sytuacje bagatelizuje, w bezpośredniej rozmowie tłumacząc mi, że „wszyscy chwalą Off Camerę za postępy”, a narzekam tylko ja. Wielokrotnie zresztą podsuwano mi na festiwalu nazwiska dziennikarzy ponoć zadowolonych z organizacji i przebiegu imprezy. Zapytałem ich o zdanie.

Michał Oleszczyk i Łukasz Maciejewski powiedzieli mi, że tegoroczną Off Camerę tylko liznęli, co nie daje im podstaw do wygłaszania pełnowymiarowych opinii. Urszula Lipińska uprzejmie odmówiła z powodu rozjazdów. Karolina Pasternak z Przekroju wolała się nie wypowiadać ze względu na konflikt interesów (jej pracodawca jest patronem medialnym festiwalu).

Jedyne pozytywne słowa o festiwalu usłyszałem w tym kontekście od Dagmary Romanowskiej z Onetu, która jednak skupiła się na zaletach programowych, słowem nie wspominając o organizacji.

Trochę mało.

Gdzie te tłumy zadowolonych i skorych do pochwał dziennikarzy? Gdzie ich bezpardonowa obrona imprezy, której robię wielką krzywdę, poprzez niekonstruktywną ponoć krytykę?

Oczywiście można cały ten wywód spuentować tym, co zasugerowano mi w jednym z anonimowych maili: „festiwal jest dla ludzi, nikogo nie interesują żale pismaków, pajacu”.

Cóż, nie do końca.

Na dwóch pierwszych edycjach Off Camery byłem jako szary widz. I nawet wtedy czułem się tu jak nieproszony gość. W moim mieście, na salach kinowych, które lubię, pośród ludzi, których znam.

Może mało ludzki jestem?

Droga Off Camero, daj znać, gdy znowu uznasz mnie za człowieka. Ja tymczasem skorzystam z gościnności Tofifest, Kina na Granicy, Nowych Horyzontów i American Film Festival. Tam miast wypchanych portfeli i powszechnej arogancji zawsze znaleźć można pasję i dobrą zabawę.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 40

Dodaj komentarz »
  1. Z tej strony Krakowski Festiwal Filmowy. Panie Piotrze, każdy kij ma dwa końce… Nieprzygotowani do wywiadu dziennikarze, którzy z nonszalancją oznajmiają twórcy, że filmu nie widzieli albo dzwonią dłuższą chwilę po spotkaniu, żeby zapytać „Pani Aniu, a z kim ja dokładnie rozmawiałem?” (sic!) – to też nie takie znowu rzadkie obrazki z festiwalowego życia… Strach czasem umawiać takie ‚wywiady’…

    Niemniej jednak, zapraszam do nas – nie mamy czerwonego dywanu, dokument zawsze jest mniej spektakularny aniżeli fabuła w gwiazdorskiej obsadzie, ale mimo to sale się zapełniają, a twórcy przywożą kapitalne historie i chcą o nich rozmawiać i z publicznością i z dziennikarzami. A czy warto z nimi rozmawiać? Nie tak dawno Andrea Arnold pokazywała w Krakowie swoją krótkometrażówkę… Myślę, że się trochę rozhermetyzowaliśmy ;) Zapraszam: 23-29 maja.

    PS. Gwoli sprawiedliwości – na Off Camerze byłam w tym roku tylko jako ‚biletowy’ weekendowy widz – i jeśli chodzi o organizację nie mam się o co przyczepić.

  2. Niestety w stu procentach prawda…Zapraszam jeszcze do Zwierzyńca na Letnią Akademię Filmową- ta naprawdę jest dla ludzi :) pozdrawiam

  3. Mam jeszcze przynajmniej jedną uwagę. Czemu widzowie czekający na seans musieli czekać na gwiazdę wieczoru zamiast być wpuszczani na salę? Byłoby to spore ułatwienie. Ja jeszcze mogę postać dłuższy czas, ale jak na pokaz „Małej matury 1947” przyszło sporo osób w wieku moich dziadków (jak nie starszych), to jest problem spowodowany np. brakiem siedzeń, które zwykle stoją w Kijowie. Wolontariusze powinni też mówić osobom siadającym na sali, żeby się przesuwali w rzędzie robiąc miejsce dla kolejnych.

    Mam kiepskie wspomnienia z wolontariatu na Etiudzie & Animie. Miałam być na recepcji, a w praktyce okazało się, że było zwoływanie wszystkich wolontariuszy (obojętnie czy byli przydzieleni do recepcji, czy do promocji) na wzięcie plakatów, post-itów, ulotek i tym podobnych rzeczy i rozniesienie ich po mieście.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Brałam udział w przygotowaniach zeszłorocznej edycji festiwalu. Miałam być odpowiedzialna za korektę i teksty katalogowe. Siedziałam nad tym dzień i noc, gdyż człowiek odpowiedzialny za katalog nie umie pisać w ogóle (kwiatki podane w artykule i tak są „słabe”;)), szef wydzwaniał do mnie w Wielkanoc o 1.00 w nocy. A potem się okazało, że informatykowi nie chciało się nanieść tych korekt i czysta rozpacz. Chaos jest totalny, nikt nie wie, co ma robić. Tzw. dyrektorzy są tam przez koneksje i zasadniczo nic nie robią. Pieniądze dostałam oczywiście dopiero po kilku miesiącach. Mój kolega robił tłumaczenia napisów do filmów. Miał 2 tygodnie na jakieś 14 filmów. Nie spał, nie jadł, a stawkę dostał niższą nic obiecana. Przemiał ludzi jest tam straszny, bo nikt nikogo nie szanuje i każdy, kto ma trochę oleju w głowie, dziękuje za współpracę po jednej edycji…

  6. Pani Anno,

    bywalcem KFF-u jestem od kilku lat i zazwyczaj mam z nim bardzo miłe skojarzenia, tak filmowe, zawodowe, jak i czysto towarzyskie. Pisząc o jego hermetyczności miałem raczej na myśli to, iż dla Krakowa nie jest on kuszącą platformą marketingową. To festiwal o ugruntowanej pozycji, ale jednak nie generuje wokół siebie takiego szumu, jak np. Off Camera.

    KFF przyciąga przede wszystkim branżę: media, twórców, fachowców. To na nich ciągle się natykam: na widowni, w kolejkach, na bankietach… Być może jakaś oficjalna statystyka sprzedanych biletów tego nie potwierdzi, ale mnie osobiście na KFF-ie brakuje zwykłego widza.

    Oczywiście tyleż to wina festiwalu, co potencjalnej nieatrakcyjności artystycznego dokumentu i animacji dla dzisiejszej, szerokiej publiczności.

    Jeśli zaś chodzi o ten drugi koniec kija… Cóż, dyletanctwa nie brakuje. Ale nie można zakładać z góry nieprofesjonalizmu dziennikarzy, zwłaszcza jeśli powołują się oni na czołowe polskie media.

  7. Mam nadzieję, że wolontariusze KFF nie są zdezorientowani. Staramy się jak możemy – zresztą przed festiwalem jest ustalane „przypisanie” wolontariuszy do konkretnych zadań [recepcja, biuro prasowe, obsługa gości, obsługa poszczególnych jury (osoba pilnująca, żeby członkowie danego jury docierali na czas na właściwe pokazy punktualnie), fotografowie, bileterzy itp.]

  8. Off Camera to tez „raj” dla tlumaczy – szalone terminy, niekomunikatywnosc, dopraszanie sie bez konca o pieniadze, a na sam koniec informacja, ze moze i je w koncu dostaniesz, ale mniej niz ci obiecano, bo „ksiegowosc zakwestionowala umowe”.

    Przynajmniej tak bylo podczas pierwszej edycji – teraz juz nie wiem, bo od tego czasu wszyscy znajomi omijaja te kloake szerokim lukiem.

  9. Każdy dobry artykuł wymaga pomysłu. To podstawa warsztatu dziennikarskiego. Kontrowersja i skandal zawsze dobrze „łapią”. Ale oprócz „kija w mrowisko”, równie ważny jest poziom merytoryczny. Grono komentatorów już Pan zdobył. Ja życzę jednak zdobycia większego doświadczenia dziennikarskiego.

  10. Szkoda, że nie napisał Pan o tym, jak wygląda proces tłumaczenia filmów na festiwal. To, że materiały dostajemy niekompletne, dostarczane dzikimi metodami (rwąca się kopia, kopia bez końcówki / początku filmu, materiał z prawie niesłyszalnym audio – oczywiście wszystko bez listy dialogowej, często mniej niż 24 godziny przed projekcją, przysłane pociągiem DVD z JEDYNĄ kopią filmu) to już pewien standard ogólny standard festiwalowy, który jest oburzający, ale do którego można (trzeba) się przyzwyczaić, jeśli człowiek decyduje się na pracę w tzw. kulturze.

    Porażający jest jednak właśnie brak kultury osób prowadzących festiwal wobec tłumaczy: pracujemy i zdajemy materiały bez podpisania umowy (co w zasadzie jest nielegalne, swoją drogą kolejny standard festiwalowy), żeby wynagrodzenie zostało wypłacone potrzeba miesięcy nękania organizatorów telefonami, mailami itd. Jednej z koleżanek (która zresztą po roku zrezygnowała z współpracy z Offem) wypłacono zarobione dopiero kiedy wysłała kierownictwu festiwalu przedsądowe wezwanie do zapłaty.

    I tak to się kręci. Rotacja tłumaczy postępuje, często za filmy biorą się osoby zupełnie z przypadku. Ironii całej sprawie dodaje fakt, że mamy do czynienia z najdroższą tego typu imprezą w kraju.

  11. Panie Piotrze,

    Znam dobrze ludzi i mechanizmy panujące w biurze organizacyjnym OPC. Bardzo dobrze, że wreszcie powstał tekst krytyka dużego medium, który bez ogródek ocenia poziom OPC.
    Zgadzam się w 100% z tym, że podstawowym problemem jest absolutny brak idei, zastąpionej wysokim budżetem. „Festiwal kina niezależnego”, który zaprasza mainstream’owych gości drugiego sortu (vide Alicja Bachleda Curuś, Colin Farrell i inni), bęcka 100 tys. USD nagrody (miasto), nie potrafi nawet określić, co rozumie się tutaj pod pojęciem kina niezależnego.

    Nie napisał Pan o jednej, w moim przekonaniu ważnej rzeczy. Festiwal powstał nie tyle przez presję miasta, ile jako przedsięwzięcie dyrektora programowego TVN, który musiał znaleźć jakieś zajęcie dla swojego średnio rozgarniętego syna (który, będąc zaraz po studiach filmoznawczych, został dyrektorem programowym festiwalu). TVN zapewnia gigantyczną promocję festiwalowi – jak dla mnie to lekki konflikt interesów. Gdyby nie dyrektor programowa (dyr. jest dwoje), OPC byłby także mizerią programową.

    Festiwal, który robiony jest tylko i wyłącznie po to, by syn (który nomen omen nie potrafi sklecić trzech zdań po polsku) mógł podyrektorować. Chaos organizacyjny, komunikacyjny, zły podział obowiązków, goście z drugiego i trzeciego szeregu (mimo szumnych zapowiedzi medialnych), odwoływane projekcje (bo film nie dojechał) i na koniec – wielkie samozadowolenie organizatorów.

    Każdy z festiwali, które Pan wymienił, powstawał jako niewielka impreza, której motorem napędowym była pasja do kina. Gutek jest teraz w takim miejscu, w jakim jest, bo od 10 lat trzyma bardzo wysoki poziom – programowo i organizacyjnie. OPC (przypominam – festiwal kina niezależnego) powstał jako widzimisię kilku bardzo bogatych instytucji. I przez cztery lata tych kilka osób, które robią festiwal, nie nauczyło się – mimo wysokich apanaży – roboty.

  12. Byłoby miło, gdyby osoby broniące festiwal użyły konkretnych argumentów, bo na razie jedyne co z ich strony się pojawiło to inwektywy, zarzucanie autorowi braku kompetencji i doświadczenia, ewentualnie, jak w przypadku Pani Romanowskiej, mentorskie pouczenia. Chce Pani wystąpić z obroną? Proszę odpowiedzieć na zarzuty, a nie robić z siebie polskiego Eberta, który o redagowaniu tekstów wie wszystko i chętnie się wiedzą podzieli z „niekompetentnym” kolegą. W taki sposób wystawia Pani świadectwo tylko sobie, a ja, coraz bardziej się przekonuję, że absolutna racja jest po stronie Pana Plucińskiego. Stąd moja prośba: czy ktoś potrafi w sposób merytoryczny i z szacunkiem dla oponenta odpowiedzieć na postawione w tekście zarzuty?

  13. O dwóch lat każdy tłumacz dostał pieniądze wedle ustalonej stawki.
    Jeśli ktoś uważa, że jest inaczej mija się z prawdą.

  14. Nie jestem fanem Off Camery. Festiwalowi rzeczywiście można wiele zarzucić, choćby tylko organizacyjną nieudolność. Niemniej powyższy wpis z konstruktywną krytyką nie ma wiele wspólnego. To raczej publiczne wylewanie żalów przez człowieka, przed którym Off Camera nie padła na kolana, nie załatwiając wszystkich wywiadów, jakie sobie wymarzył. Nie wiem, jak takie umawianie wygląda od zaplecza, ale domyślam się, że nie wszyscy chętni je dostają i że pierwszeństwo mają największe media (o ile decyzja nie należy do osób udzielających wywiady). Jak widać, nie każdy umie przyjąć lekcję pokory z klasą…

    W miejscu konstruktywnej krytyki, o którą zaiste wcale nie jest trudno, czytamy o jakichś prywatnych utarczkach autora z biurem prasowym. Tylko co mnie to obchodzi? Nie jestem ciekawy kto kogo usunął ze znajomych na Facebooku, niewiele też mnie interesują anonimowe wypowiedzi i mejle, na których zbudowany jest niemal cały tekst i które równie dobrze mogą być zmyślone. Znamienne, że w tekście nie ma ani jednego słowa o filmach, swoją drogą całkiem nieźle wyselekcjonowanych. A przecież to o filmy powinno tu chodzić.

    Z całego wpisu o samym festiwalu nie dowiedziałem się nic. Autor coś gdzieś zasłyszał, bezmyślnie powtórzył, obraził się na gości, bo nie udało mu się z nimi spotkać, filmów najwidoczniej nie oglądał. Szkoda, że takie wpisy firmuje poważny skądinąd tygodnik jakim jest „Polityka”.

  15. Ja mam doświadczenia z edycji 2009, od tego czasu unikam kontaktu z Offem.

  16. (degrengolada opisana przeze mnie również dotyczy Off 2009)

  17. (I owszem, moje honorarium zostało pomniejszone po fakcie. Przepraszam autora bloga za ilość komentarzy, ale właśnie sprawdziłem archiwum skrzynki mailowej, żeby się upewnić co do dat i nazwisk)

  18. Ten festiwal mimo „niezależności” w nazwie jest w gruncie rzeczy bardzo korporacyjny. Paradoks polega na tym, że przez swoją korporacyjność powinien być do bólu profesjonalny !!! Niestety nie jest. Do błędów popełnianych od pierwszej edycji, braku refleksji, wyciągania wniosków i jakże czasami potrzebnej pokory, doszła arogancja. Przekonanie o własnej doskonałości, bo jesteśmy z Grupy. Nawet rozumiem, że media TVN mogą być uprzywilejowane, ale nie kosztem ostentacyjnego lekceważenia przedstawicieli innych redakcji. Świadomego lub bezmyślnego traktowania ludzi chcących porozmawiać z gośćmi jak gzy na krowiej d… Jeśli to brak profesjonalizmu „maluczkich” to pół biedy, gorzej jak to przemyślana polityka. To nie jest dobry sposób na budowę wizerunku festiwalu, domyśla się tego każdy amator. Trzeba się temu przyjrzeć.
    Dobrze, że ten temat został poruszony na blogu Piotra. Czasami się z nim nie mogę zgodzić w wielu kwestiach, ale nikt nie może zapominać, że festiwal to zwykle mrówcza praca tych „małych”, a nie dyrektorów, czy kierowników.

  19. @ Rob Roy

    Powtórzę po raz kolejny i ostatni: już w trakcie rozmowy telefonicznej z szefową PR-u, usiłującą przekonać mnie, że ewentualne załatwienie wywiadów pozwoli mi bardziej docenić ich festiwal (dodam: to ona dzwoniła!), podkreślałem, że mają one znaczenie drugorzędne.

    W swoim wpisie krytykuję szereg organizacyjnych kompromitacji festiwalu, potwierdzonych zresztą w komentarzach na blogu i wielu dyskusjach na Facebooku, gdzie powyższy link udostępniło prawie 200 osób. Pewnie też nie dostały wywiadu?

  20. Kiedy ja wcale nie bronię organizacji festiwalu, przeciwnie – uważam, że sporo jest w tej materii do zrobienia (choć mówię to z pozycji zwykłego widza). Sęk w tym, że oprócz krytyki „szeregu organizacyjnych kompromitacji festiwalu”, pisze Pan o swoich prywatnych przepychankach z biurem festiwalowym, które przesłoniły Panu całą resztę – zaproszonych gości (do których wbrew temu, co Pan pisze, był dostęp, ponieważ nawet mnie, zwykłemu widzowi, udało się zadać jednemu z nich pytanie), czy zwłaszcza – filmów. To trochę tak, jakby krytykować film za to, że fotele w kinie były niewygodne, ktoś obok rozmawiał przez telefon, a popcorn był przesolony.

  21. W całej tej dyskusji umykają dwie kwestie: udział środków publicznych w budżecie OPC, nie wynagradzanie pracowników za ich pracę, anonimowość i brak konsekwencji

    Po pierwsze OPC jest projektem realizowanym w dużej części ze środków publicznych. Pobłażliwość dla nieudolności tej imprezy, niskiej jakości artystycznej i chaosu organizacyjnego jest tutaj zupełnie niezrozumiała. Nie znam innego projektu, który przy równym stopniu braku organizacji, konsekwentnie (i hurtowo wręcz) otrzymuje publiczne wsparcie. Czasami mam wrażenie, że OPC istnieje tylko po to, aby kierownictwo ITI mogło zrobić sobie serię bankietów w Krakowie i miło spędzić tutaj czas przed jeden kwietniowy tydzień..
    Po drugie absurdalnym wydaje się, że przy tak dużym budżecie OPC opiera się przede wszystkim na darmowej pracy wolontariuszy (np pisanie do katalogu za karnet). Jest to niepoważna i karygodna praktyka, na którą nie pozwoliłaby sobie żadna szanująca się impreza kulturalna.
    Po trzecie kuriozalna wydaje się zmowa milczenia osób związanych z OPC, którzy chociaż wydają publiczne pieniądze, nie są w stanie otwarcie zwrócić uwagi na szereg nieprawidłowości przy organizacji festiwalu.

  22. Żałosna jest koordynacja wolontariatu na OFC. Dane mi było tego doświadczyć dwukrotnie, w obu przypadkach mając za przełożonego inną osobę. Za pierwszym razem po zgłoszeniu przez rekrutację dla wolontariuszy na stronie OFC najpierw odmówiono mi współpracy, a potem na dzięń przed festiwalem wezwano na spotkanie w sprawie opieki nad najważniejszymi gośćmi festiwalu. Pierwszy koordynator nie pamiętał imion współpracowników, a gdy już kompletnie się pogubił, wyłączał telefon i nie można było się z nim skontaktować. Drugi nie miał pojęcia o delegowaniu zajęć, próbował większość działań wykonywać sam prawdopodobnie tylko po to, żeby samemu zabłysnąć jednocześnie pozbawiając swoich podwładnych jakiejkolwiek odpowiedzialności i sprawiając, że czuli się całkiem zbędni.
    W międzyczasie dawane mi były ad hoc inne zajęcia, jak choćby nawet korekty dziwnych tłumaczeń, za które nawet nie padło pojedyńcze dziękuję. Za lunch i papierosy dla gości festiwalu pieniądze poszły z mojej własnej kieszeni, goście nie mieli waluty, ale mieli potrzeby za które trzeba było zapłacić. O zwrocie kosztów nie było mowy i pieniądze do mnie nie wróciły.

    Rzeczywiście, jeśli ktoś wie, jak się wokół Offowej kadry zakręcić, dostanie płatną pracę. Trzeba zapewne wśród tego towarzystwa bywać i wiedzieć, komu się podlizać. Na niby-etatach pracują tam teraz ludzie, którzy w różnych edycjach nie zabłysnęli niczym, co mogłoby zapewnić im stołek. Poza festiwalem w biurze OFC panuje grobowa atmosfera. Kilka osób na krzyż siedzi za laptopami i nawet nie raczy odpowiedzieć na „dzień dobry” wchodzącemu do pokoju gościowi, który z miejsca czuje się jak intruz.

    Nie pasuje mi nadęta (chociaż wszyscy usilnie się starają, żeby była wyluzowana i młoda duchem) atmosfera tego festiwalu ani ludzie, którzy go tworzą. Zgadzam się z niektórymi głosami, że cała idea powstania tego festiwalu stawia wiele pytań i na zbyt wiele z nich można odpowiedzieć obserwując relację tego wydarzenia z telewizją tvn i jej zarządem.

  23. Czy to jest dobry moment, żeby pomyśleć o opublikowaniu większego artykułu na ten temat w jakimś papierowym medium? Szanuję tego bloga i jego autora, ale sam tekst i dyskusję pod nim łatwo przeoczyć lub celowo zignorować.

    Wystarczy porozmawiać z wolontariuszami, tłumaczami, pracownikami tego festiwalu z ostatnich kilku lat; poprosić o komentarz osoby kierujące festiwalem, osoby przeznaczające na niego publiczne środki czy firmujące go swoim urzędem.

    Jestem przekonana, że wiele osób czytających ten wątek / uczestniczących w dyskusjach facebookowych chętnie pomoże w napisaniu takiego reportażu.

  24. Pomyślę nad tym, ale jako, że odwiedziny „Off the Record” idą w tysiące, wpis nie przepadł.

    [edytowałem tę wypowiedź, była nieprecyzyjna – patrz komentarz poniżej]

  25. I mam wrażenie, że głównie o to (czytaj: autopromocję bloga), niestety, chodziło…

  26. Jasne, edytujmy swoje posty zamiast dyskutować :/

  27. Ależ dyskutujmy. Wciąż nie widzę, by – cytując wypowiedź stajennego – „ktoś potrafił w sposób merytoryczny i z szacunkiem dla oponenta odpowiedzieć na postawione w tekście zarzuty”. Mnie jakieś drobne przepychanki nie interesują. Czekam na konkret, wtedy chętnie porozmawiam.

  28. Raczej: spróbujmy podyskutować. Bowiem edytowanie już napisanych postów i wypaczanie sensu znajdującego się poniżej, nie jest dyskutowaniem fair.

    Mam wrażenie, że swoje zastrzeżenia względem tekstu przedstawiłem klarownie: zamiast krytyki, mamy tu liczne prywatne wycieczki, w miejscu argumentów, anonimowe głosy, zamiast rzetelnej relacji (filmy, sekcje, goście, werdykt jury itp.) – same uprzedzenia i Facebooka. Powtórzę: o festiwalu nie dowiedziałem się z tekstu nic.

    Trzymając się analogii do recenzenckiego fachu, krytykuje Pan dobry film za nieprzyjemnego w obejściu biletera i bałagan na kinowej sali.

  29. Jeśli już zmierzać w kierunku takiej analogii, to za nieprzyjemnego biletera i bałagan na sali krytykuję kino (w sensie: miejsce), nie film. Nie tylko mam do tego prawo, ale wydaje mi się to kwestią nadrzędną.

    Od razu przypomina się niesławna sytuacja, kiedy jeden z krakowskich kibiców rzucił nożem w głowę Dino Baggio. Każdy to skandaliczne zajście kojarzy. Jakie znaczenie ma z kim grała wtedy Wisła i jaki był wynik?

  30. Tyle że ja czytając recenzję nie jestem ciekawy, w jakim kinie recenzent film obejrzał, tylko jego opinii o samym filmie. Podobne oczekiwania mam wobec relacji z festiwalu.

    Jeśli dobrze rozumiem Pana intencje, w drugim porównaniu chodzi o to, że jeden incydent przesłania całą resztę. Czyli co? Jednak te nieszczęsne wywiady przesłoniły Panu cały festiwal?

  31. Panie Piotrze,

    bardzo dobry wpis! Myślę, że wielkim brakiem krytyki w Polsce jest pomijanie kwestii tego jak coś jest zorganizowane, krytyki instytucji, jej wizji, programu, ale także i sposobu organizacji. Dlatego doceniam to, co Pan napisał.

    Sama zajmuję się sztukami plastycznymi i mogłabym napisać to samo o krakowskich priorytetowych imprezach z tego zakresu, np. o festiwalu ArtBoom. Wydaje się na to mnóstwo pieniędzy i nikt się z tego nie tłumaczy. Kompletna nieprzejrzystość, kolesiowatość, niski poziom, przypadkowe prezentacje, chaos organizacyjny.

    Pozdrawiam

    Maja

  32. Rob Roy – zdaje się Pan ignorować fakt, iż nie tylko Piotr ma do powiedzenia wiele gorzkich słów o festiwalu, a wpis jest symptomatyczny dla ogólnie panujących nastrojów, co widać chociażby po komentarzach. Mówią same za siebie.

  33. Sam mam do powiedzenia kilka gorzkich słów o festiwalu. Z wieloma zarzutami opisanymi w postach jestem skłonny się zgodzić. Nie zgadzam się natomiast z wpisem Pana Piotra.

    Po pierwsze, nie akceptuję formy, o czym już pisałem w poprzednich postach. Po drugie – skrajnej subiektywności, prywatnych animozji, uprzedzeń, urazów, złośliwości, które aż rażą po oczach. Tekst nie jest obiektywną krytyką, a skrajnie subiektywnym dowalaniem, wyliczonym na zrobienie szumu i wypromowanie bloga (co Autor zresztą między słowami przyznał, tyle że później wpis edytował).

    Swoją drogą, jestem to nawet w stanie zrozumieć, takie czasy, „Życie na gorąco” się sprzedaje lepiej niż „Tygodnik powszechny”. Ja jednak ciągle wybieram ten drugi rodzaj dziennikarstwa.

  34. Panowie, nie karmmy trolla, bo dyskusja robi się jałowa.

  35. Ja Rob Roya trochę dla odmiany wesprę, ponieważ po części rozumiem jego zarzuty.
    Po pierwsze – to bardzo dobrze, że ktoś wreszcie skrytykował Off Camerę, aż dziwne, że stało się to dopiero po czwartej, paradoksalnie najlepszej (pod względem programowym i frekwencyjnym) edycji. Tajemnicą poliszynela jest, że ten festiwal to, pod względem organizacyjnym i od samego początku, burdel na kółkach.
    Pytania o organizację tego festiwalu są bardzo ważne, idą na niego pieniądze nie tylko od sponsorów, ale też z kasy miasta. On po prostu musi być dobrze i przejrzyście zarządzany, zwłaszcza, że finansowo cierpią inne krakowskie festiwale, bardziej hermetyczne, ale przynajmniej liczące się w świecie – znakomity Krakowski FF jest tego najlepszym przykładem.
    Trudno jest polemizować z większością przedstawionych tu zarzutów, ponieważ są one prawdziwe. Festiwal jest bałaganem, kumoterstwem itd. Ale trzeba go skrytykować rzetelnie, nie jechać po nim, jak po starej szmacie.

    Tak więc problemem, i tu się zgadzam z Rob Royem, jest forma krytyki. Organizacja Off Camery to temat na potężny i dobrze udokumentowany tekst, nawet jeżeli nie stricte śledczy, to śledztwa wymagający. Czy publiczne pieniądze są wydawane rzetelnie? Według jakiego klucza zatrudnieni są ludzie pracujący przy festiwalu itd.? Czy łamane są prawa pracownicze? Nie mam wątpliwości, że można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy, o których rozmawia cały Kraków ;) Ale trzeba je udowodnić. Przedstawić fakty, sumy itd.
    Ten tekst to oczywiście „tylko” wpis na blogu, prywatna i (skrajnie) subiektywna opinia autora, do której ma, a jakże, prawo. Mi jednak brakuje małej nawet iskierki obiektywizmu, próby wyjścia poza własny, emocjonalny odbiór całej imprezy. Czy autor próbował skonfrontować ten tekst z organizatorami i poprosić ich o komentarz do niego? Nawet brak takowego ze strony biura PR, byłby wymowny. Jasne, na razie oficjalnie biuro nie odpowiedziało na zarzuty i to jest znamienne, ale czy mieli szansę skomentować tekst zanim się ukazał na blogu?

    Irytujące jest to, że problemy niezmiernie istotne i warte pogłębienia, mieszają się w tekście z błahymi lub takimi, które dotyczą większości festiwali. W efekcie tekst odbiera się jak wypracowanie pt. „Off Camera: Co złego na ten temat wiesz ty i twoi znajomi” co paradoksalnie osłabia jego siłę rażenia. Czy brak wypłaty należnego wynagrodzenia jest zawsze brakiem szacunku dla współpracowników? Być może, ale być może warto też dowiedzieć się, co stoi za takim opóźnieniem. Legendy krążą o paniach z księgowości pewnego dużego festiwalu z bajecznym budżetem (który w tym tekście służy jako przykład tego „dobrego festiwalu”), które do perfekcji opanowały sztukę odwlekania przyjemności związanej z wypłatą należnych pieniędzy. Brak szacunku? Nie, brak przelewu od sponsora tytularnego, sytuacja powtarzająca się rok w rok.
    Pewnie, że obciachem jest odcinanie ważnych gości od widzów, ale czy warsztaty w tym roku nie były fajne, ciekawe i czy nie umożliwiały kontaktu z ludźmi z branży? Panie Piotrze, czy chodził pan na te spotkania? Pytam bez grama złośliwości, po prostu z ciekawości. Mnie osobiście nic nie obchodzi wywiad z Peterem Weirem, który faktycznie przyjechał tu na wakacje i pewnie nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Gwiazdy gwiazdy w ogóle mają rzadko coś ciekawego do powiedzenia. Chętnie bym za to przeczytał relację ze spotkania np. z Rogerem Christainem, ponieważ przyjechał on tu właśnie podzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Zgaduję, że odpowiadał na zadane mu pytania, a żaden inny festiwal w Polsce, o ile mi wiadomo, wcześniej z tym panem kontaktu nie umożliwił.
    Czy nie było w tym roku żadnego pozytywnego akcentu, czegoś czego organizatorzy nie dali rady spieprzyć? Nic, serio? Szukałem Pańskiej relacji z tego festiwalu, ale hmm… nie znalazłem (przyznaje nie szukałem zbyt długo, więc może przegapiłem, jeżeli tak – przepraszam). Na WP są jedynie informacje prasowe, wiadomo na jakim poziomie. Czy jeżeli dział PR to banda amatorów, pisujących dla konkurencji (zgadzam się, że to fatalne rozwiązanie), a gwiazdy nie mają ochotę na rozmowę, to już nie ma o czym pisać? Przecież na festiwalu były dziesiątki dobrych a nawet znakomitych filmów. Większość stara i już obejrzana, mógł Pan coś polecić – tak jak zrobił to chociażby Michał Oleszczyk na swoim blogu (nie wspominając o swoich doświadczeniach z pierwszej edycji festiwalu). Jak napisałem w komentarzu do poprzedniego wpisu, moim zdaniem u twórców festiwalu trudno dostrzec pasję do kina. Pan tę pasję przypuszczam ma, więc po co strzelać focha? Jest festiwal, są filmy, są ludzie, którzy chcą o tym czytać. Warunki? Partyzantka, ale siadamy i piszemy.

    Jasne, że Off Camera to blichtr, dość żałosny, nawet jak na skalę krakowską. Ale zajście spod klubu Diva nawet jeżeli przykre, chyba nie jest do końca zweryfikowane, po co więc je przytaczać? Dysponujemy jedynie relacją anonimowej osoby. Jeżeli to ma być kolejny dowód na to, że Off Camera jest badziewna, to może warto się pokwapić po komentarz do klubu. Każdy ma prawo do obrony, nawet „taki klasyczny dresiarz”. BTW, ochroniarze rzadko są hipisami, wszędzie wyglądają podobnie, a tym, którzy nie zostali wpuszczeni, natychmiast zaczynają przypominać chamskich dresiarzy. Again – na „dobrym festiwalu”, ochroniarze są wielcy, łysi i też bezpardonowo nie wpuszczają ludzi na imprezy.
    Prelegenci nie dostają pieniędzy? To nieelegancko ze strony organizatorów, ale prelegenci chyba się na to zgodzili.
    Chodzi mi o detale, ale z dziennikarskiego punktu widzenia, detale niezmiernie istotne, zwłaszcza, że autor nie jest stroną obiektywną, ale pisze pod wpływem silnych negatywnych emocji.

    PS O tym, że rzetelnie krytykować jest trudno, przekonał się Wojciech Surmacz, autor tekst o Agnieszce Odorowicz (AO – Wielka Reżyserka) z Newsweeka. Tekst oczywiście negatywny, ujawniający patologie i kolesiostwo, w wymowie „symptomatyczny dla ogólnie panujących nastrojów” używając słów Kill All Movies (parę wpisów powyżej). PISF i AO mają kiepski PR.
    To make a long story short, jak zapewne wszyscy już wiedzą, parę dni temu Newsweek sprawę w sądzie przegrał. Straci wizerunkowo, a potrzebna przecież krytyka PISFu i władzy jaką jednoosobowo posiada pani dyrektor, rozbiła się o parę niesprawdzonych plotek, szukaniu łatwej sensacji i jechaniu po prywatnym życiu pani Odorowicz. Uzasadnienie wyroku? Warte przytoczenia. „Wojciech Surmacz publikując sporny artykuł kierował się w znacznej mierze dążeniem do stworzenia możliwie bulwersującego materiału prasowego, przedstawiającego w jednoznacznie niekorzystnym świetle PISF i jego Dyrektora, a nie chęcią informowania społeczeństwa czy wyrażeniem krytyki.”

  36. Chciałbym dołączyć do dyskusji, chociaż na Off Camerze nigdy nie byłem. Otrzymuję jednak systematycznie fatalnie zredagowane informacje prasowe dotyczące festiwalu, co w dużym stopniu świadczy o jakości pracy biura PR.

    Przeraża mnie natomiast inna rzecz – zaangażowanie coraz większej liczby dziennikarzy do pracy przy festiwalu. I to nie w charakterze prelegentów czy współtwórców opisów katalogowych, lecz właśnie w biurach PR i do kontaktu z mediami. Szczególnie gdy ludzie ci piszą potem relacje z prowadzonych przez siebie imprez w mniej lub bardziej wpływowych tytułach. To trochę tak, jakby pisali recenzję filmu, którego dystrybucję i promocję koordynowali. Wiem, że w branży ciężko o pieniądze i trzeba szukać różnych zajęć, ale czy ten konflikt interesów naprawdę nikomu nie przeszkadza?

    Zarzut o kolesiostwo można by w dużej mierze rozciągnąć na inne festiwale i pewnie – zakładam w ciemno – Panu Piotrowi też przyszło ze znajomości korzystać czy to przy umawianiu wywiadów, czy przy ustalaniu ich czasu. Zawsze wtedy wychodzi, które media są ważniejsze, pierwszeństwo mają patroni, bo i tak wiadomo, że napiszą o festiwalu pozytywnie…

    Symptomatyczna wydaje się ta zmowa milczenia wokół ENF i OPC – szczególnie Gutek może liczyć na bałwochwalcze uwielbienie, a moim zdaniem impreza z pewnością „coś” straciła na wrocławskiej komercjalizacji. O programie też można by dyskutować. Dyskutuje się, ale w ramach najwyżej subtelnej krytyki. Niestety, niektórzy dziennikarze mieliby nawet do powiedzenia kilka gorzkich słów, ale blokują ich zobowiązania tytułów, do któych piszą. Albo nie można napisać źle, albo taki tekst nie zostaje opublikowany w ogóle lub bez narzuconych zmian.

    Im więcej na plakacie logotypów znaczących mediów, tym mniejsza szansa na obiektywną ocenę festiwalu. Filmu. I każdego innego wydarzenia.

  37. Marcinie, dzięki za wypowiedź. To pierwsza próba sensownej i przemyślanej polemiki z krytyką festiwalu. Cieszę się także, że przytoczyłeś przykład konfliktu na linii Newsweek – PISF, do którego sam chciałem się odnieść.

    Zacznę od tego, że moją ambicją nigdy nie było napisanie tekstu śledczego. Jest różnica między dużą publikacją tego typu, a prywatnym wpisem na blogu, który już z założenia zakrzywia rzeczywistość do perspektywy jego autora.

    Dlatego też powyższy tekst jest zapisem głównie moich doświadczeń i obserwacji odnośnie mechanizmów panujących w strukturach organizacyjnych Off Camery, ALE wspartym wypowiedziami przeszło 30 osób – zarówno dziennikarzy uczestniczących w festiwalu, jak i ludzi pracujących przy nim na takim czy innym szczeblu.

    Nie jest więc tak, że wziąłem coś z powietrza albo zdenerwowałem się wywiadami (naprawdę nie rozumiem tego argumentu – czy ewentualną rozmowę z Peterem Weirem bądź Rose McGowan traktować winienem jako zawodowe spełnienie, którego tu nie dostąpiłem?).

    Dodam też, że dwukrotnie proponowałem szefowej PR-u konfrontację z moimi zarzutami (nie spotkało się to z zainteresowaniem) oraz przepytałem większość osób, które – zdaniem organizatorów – miały wyrazić pozytywne zdanie o przebiegu imprezy. Niemal każda z nich w sposób grzeczny, acz zdecydowany odmówiła.

    Jeśli zaś chodzi o PISF i Newsweek…

    Podstawowa różnica między tekstem moim a pana Surmacza polega na tym, że ja nie zakładam niczego z góry ani tym bardziej nie bazuję na prywatnych animozjach. Nie zdobyłbym się na przykład na opinię z jednego z powyższych komentarzy, że „festiwal powstał (…) jako przedsięwzięcie dyrektora programowego TVN, który musiał znaleźć jakieś zajęcie dla swojego średnio rozgarniętego syna”, tak jak nie twierdzę jednoznacznie, że Stopklatka dostała wywiady, bo przy Off Camerze pracuje ich dziennikarz. Czy tak było naprawdę? Nie wiem, dlatego zwracam tylko uwagę na rażący konflikt interesów.

    Ponadto, kwestie programowe czy fakt, iż odbyły się tu takie i inne warsztaty/spotkania, są dla mnie w tym przypadku drugorzędne. Powtórzę raz jeszcze: to nigdy nie miał być tekst stricte przekrojowy ani śledczy. Zależało mi na zwróceniu uwagi na skandaliczne praktyki organizatorskie, które w skali kraju nie mają sobie równych.

    Patrząc na odzew, nie tylko się to udało, ale znajduje także potwierdzenie w słowach innych.

  38. Do Ma-ja, A., kapryśnego i innych.
    Tekst pana Plucińskiego nie jest niestety ani pierwszy, ani tak bardzo odkrywczy. Już kilka lat temu, w o wiele ostrzejszej formie, zarówno Off Camerę, jak i festiwal Nowe Horyzonty zaatakował pan Łukasz Maciejewski, który szczerze i bezkompromisowo pisał o snobizmach, blamażu organizacyjnym i artystycznym festiwalu.
    Wtedy, o ile dobrze pamiętam, będąc rzeczywiście jedynym który odważył się sprzeniewierzyć większości (a w kwestii ENH w zasadzie do dzisiaj jedynym) na autora wylały się na kubły pomyj.
    Nie wspominałbym o tym, gdyby nie fakt, że jeszcze kilka miesięcy temu, jednym z czołowych oponentów Maciejewskiego był niejaki …Piotr Pluciński.
    Bez komentarza wklejam kilka cytatów z jego wpisu umieszczonego na blogu „Z górnej półki”. Ostatnio, cóż za zbieg okoliczności, zlikwidowanego…
    Niestety, Panie Piotrze, musi Pan pamiętać, że w internecie tak naprawdę nic nie ginie…
    Cytat pierwszy: „intryguje mnie niezmiernie polityka otwartej nienawiści (no dobrze, niechęci) uprawiana względem niektórych podmiotów przez Łukasza Maciejewskiego (…) Maciejewski, zdający się tego nie zauważać, prowadzi żywą krucjatę wymierzoną, co zaskakujące, przeciwko festiwalowi i wszystkiemu co z nim związane. Nie traci przy tym żadnej okazji, co samo w sobie problemem nie jest. Bunt rzecz ludzka. Bulwersuje fakt, że autor nie decyduje się na otwartą polemikę czy choćby zasadną argumentację jasno sformułowanego sprzeciwu, a przemycanie w obrębie ich ułudy pokątnych złośliwości.

    Cytat drugi: I tak, w dość skandalicznym felietonie, tym razem poświęconym festiwalowi Off Camera, arogancko zdyskredytowany zostaje jego ówczesny dyrektor artystyczny, przez autora widziany „niegdyś dobrze zapowiadającym się krytykiem filmowym”. (…)
    Rozdzielając razy nieumiejętnie, impulsywnie, Maciejewski miast zobrazować upadek branży, doświadcza raczej upadku własnego – inteligenta sprowadzonego do parteru. Bo czy przypadkiem jest, że najbardziej ostentacyjne ze swych zarzutów wysunął (i wciąż wysuwa) na łamach niechętnie walczącego ze swym populistycznym charakterem Filmwebu?”

  39. Wszystko super, tylko że:

    a) nigdy nie ukrywałem, iż z pamiętnymi felietonami Łukasza Maciejewskiego się nie zgadzam, czego dowodem fragmenty przytoczonej wyżej, OFICJALNEJ polemiki

    b) moja polemika w 95% dotyczyła ataku Maciejewskiego na festiwal Era Nowe Horyzonty (i nie chodzi tu tylko o jego felietony, lecz także – jeśli nie przede wszystkim – o złośliwości przemycane w recenzjach i innych formach publikacji, np. tekście dotyczącym boxu z filmami z – jeśli dobrze pamiętam – 9. edycji ENH)

    c) bodajże jedyny kontekst w jakim pojawia się w mojej polemice Off Camera dotyczy bezpodstawnego zdyskredytowania rzeczonego dyrektora artystycznego, którego Maciejewski określił właśnie „niegdyś dobrze zapowiadającym się krytykiem” – wspomnianym dyrektorem był wówczas Michał Oleszczyk, tak wtedy, jak i dziś jeden z czołowych i najbardziej opiniotwórczych krytyków filmowych w naszym kraju

    d) dodam – coby nie było nieścisłości – że swego czasu, prywatnie faktycznie nie zgodziłem się z miażdżącą krytyką pierwszej (!) edycji Off Camery w wydaniu Maciejewskiego, bo niesprawiedliwością było zestawianie jej z imprezami mającymi wieloletnie doświadczenie; co więcej, pomimo rozczarowania stroną organizacyjną (czego już wtedy nie ukrywałem!), po pierwszej edycji Offu żywiłem nadzieję, że stanie się profesjonalnym eventem na miarę ENH czy Camerimage, bo jak każdy lokalny patriota, chciałem mieć w swoim mieście festiwal filmowy na najwyższym poziomie – niestety, po trzech kolejnych edycjach widać, że Maciejewski miał rację

    e) „zawiesiłem” udostępnianie wspomnianej polemiki z Maciejewskim na moim drugim blogu (zgornejpolki.blogspot.com) już ok. 6 marca, gdy wysyłałem ją na tegoroczny konkurs im. Krzysztofa Mętraka, czyli półtora miesiąca przed rozpoczęciem tegorocznej edycji Offu – jednym z wymogów rzeczonego konkursu było podesłanie przynajmniej jednego niepublikowanego tekstu; każdemu kto chciałby ów tekst, zatytułowany „Dziwny przypadek Łukasza Maciejewskiego”, przeczytać i ocenić w kontekście powyższych zarzutów, chętnie go udostępnię – w tym celu proszę o stosownego maila na adres off-the-record@wp.pl

    Michale, proponuję zatem nie szukać taniej sensacji i podobnych, zerowej wartości „brudów”, tylko skupić się na ewentualnej polemice.

  40. Piotrze, jasne, że wpis na blogu zakrzywia rzeczywistość do perspektywy autora. Ale zgodzisz się, że każdy tekst (nieważne czy to felieton, artykuł, wpis na blogu itd.), który jest dobrze udokumentowanym wywodem, logicznie i obiektywnie starającym się ująć sprawę, jest zawsze lepszy, niż tekst, będący strumieniem świadomości, prezentujący problem z jednej tylko strony.
    W każdym razie blog to wygodna forma krytyki i skuteczna, sądząc po rozgłosie. Krytyki subiektywnej, bazującej na doświadczeniu i obserwacji. Dla mnie to zakrzywienie jest jednak zbyt duże i owszem, uważam, że służy z góry założonej tezie – że Off Camera to jedno wielkie szambo. Opisujesz nie tylko swoje doświadczenie z biurem prasowym, zaludnionym przez przypadkowych amatorów. Punktujesz wszystkie złe rzeczy, które usłyszałeś o festiwalu. Tylko złe! Tak można załatwić prawie każdą imprezę, każdego pracodawcę. Skandaliczne praktyki należy ujawniać, jestem za! Ale np. po zdaniu „Paradoksalnie, z biegiem lat sytuacja nie uległa wcale polepszeniu’, chciałbym się dowiedzieć, co się działo z biegiem lat. Ludzie dalej nie dostają kasy? Proszę o wypowiedź, nawet anonimową. Ale nie, koniec akapitu.
    Cały fragment o Divie, merytorycznie nie wnosi wiele do sprawy. Wiele klubów szczyci się selekcją na wejściu, część imprez na każdym festiwalu jest dostępna tylko dla szczęśliwych posiadaczy zaproszeń. To nie jest ujawnienie skandalicznych praktyk, to przytyczek w nos, jeden z paru w tym tekście, składający się na efekt końcowy.
    Końcówka tekstu przenosi ciężar na Twoje doświadczenie z poprzednich edycji – jako widza. Oczywiście, bywało różnie, ale obserwując tegoroczną edycję, zauważyłem jednak znacznie wyższą sprawność organizacyjną. Ludzie byli usadzani błyskawicznie, projekcje odbywały się o czasie itd. Więc coś tam się jednak zmieniło, mimo, że twierdzisz, że nie („Do dziś niewiele się w tym względzie zmieniło.”). Ja twierdzę, że się zmieniło, a byłem na wszystkich offach; parę osób, z którymi rozmawiałem też tak twierdzi.
    Argument z wywiadami – podtrzymuję go. Piszesz, że żaden z wywiadów, o które się starałeś, nie doszedł do skutku. Ponieważ oprócz dwóch krytycznych wpisów (na tym blogu), nie ma innej Twojej relacji dziennikarskiej z festiwalu, wygląda więc na to, że przybyłeś wyłącznie po wywiady, a kiedy one się nie powiodły, zabrałeś się za krytykę.
    Nie mogę pojąć, jak obsługując tak dużą imprezę, przez 10 dni nie napisałeś żadnej (?) relacji z tego, co działo się w salach kinowych. Nie ma wywiadów? No to cześć, nie ma relacji z festiwalu, a pisujesz do ważnych tytułów – jedne ma odsłony (wp), drugi jest opiniotwórczy (Polityka). Trochę tak to wygląda, musisz przyznać. I dlatego mam z tym tekstem zgrzyt.
    Nie rozumiem dlaczego coś co na Offie się udało, a więc program i warsztaty, mają być dla Ciebie drugorzędne. Dlatego, że się udały? To jest efekt pracy iluś tam ludzi mimo wszystko i organizacji festiwalu. Więcej – to jest sens festiwalu, bo mimo skandalicznych praktyk, wyszło parę fajnych rzeczy. Po raz pierwszy (o ile się nie mylę, nie chce mi się sprawdzać) w Polsce zostały pokazane chociażby Poezja i Hanyo, które sam uznałeś za jedne z najlepszych w roku 2010. Off Camera jest fajna, jeżeli olejesz cały ten blichtr, i skupisz się na filmach – nie można zapominać, że mimo wszystko, powtórzę to raz jeszcze, program jest b. dobry. Więc może dobrze by było najpierw zacisnąć zęby i zrelacjonować imprezę, a potem obnażyć szemrane mechanizmy nią rządzące. Jak pisze pani Anna Dziedzic, każdy kij ma dwa końce, profesjonalizm jest wymagany od wszystkich. W biurze prasowym przestano odbierać telefony po paru dniach, z drugiej strony dziennikarze olali festiwal i poszli sobie w siną dal. Remis.
    Jeżeli chodzi o dziennikarzy, którzy mieli dostęp do gwiazd – no jasne, zapewne doszło do prostego barteru – my wam dajemy naszych ludzi, wy nam dajecie wywiady. Wiele festiwali zatrudnia dziennikarzy filmowych, to jest raczej norma, chociaż faktycznie na Off Camerze doprowadzona do extremum. Być może Stopklatka miała ustawione wywiady, ale miała też codzienną relację z festiwalowych filmów. Skromną, ale całkiem przyjemną, autorstwa pani Anny Bielak. Żeby opisać filmy, nie musiała stawać na głowie, tylko odwiedzać salę kinową. Filmowy serwis WP milczał. I dlatego osobiście wchodzę codziennie na Stopklatkę i cenię ją, mimo, że do doskonałości jej daleko. Jako medium branżowe, WP Film dla mnie nie istnieje. Piszę to bez cienia złośliwości, po prostu nigdy go nie odwiedzam, nie jest dla mnie opiniotwórczy, ani nie dostarcza takich informacji, jakich potrzebuję.
    W kwestii Newsweeka, chodziło mi o uzasadnienie wyroku. Uważam, że słowa te można też odnieść od wpisu który komentujemy; przedstawiasz festiwal w jednoznacznie negatywnym świetle, taka jest logika doboru materiału. Oczywiście, masz do tego święte prawo. Jednak przy odrobinie złej (lub dobrej) woli wszystko można opisać w czarnych (lub jasnych) barwach.
    Zgadza się, patologie związane z Off Camerą należy nazwać i zlikwidować, ale nie popadając w takie skrajności.

  41. I jeszcze jedna mnie naszła refleksja. Swoją przygodę z tegoroczną Off Camerą zacząłeś od bardzo mocnego akcentu, krytykując ją i skreślając już po pierwszym dniu, słowami: „Przestaję lubić ten festiwal”, a potem cytując niewybredne wręcz komentarze o brandzlowaniu i zapowiadając bojkot sal kinowych „Póki co, jest to już czwarta edycja, podczas której niechętnie odwiedzam kinowe sale – znam w końcu większość pokazywanych tu filmów”.
    Z PRowego punktu widzenia dla festiwalu taki wpis to katastrofa. Jak zadowolić dziennikarza, który już widział większość filmów i wydał wyrok na festiwal na samym jego początku? Jak rozumiem, biuro prasowe zareagowało natychmiast, ofertą wywiadu. W sumie jest to prawidłowe postępowanie, jeżeli chodzi o zarządzanie kryzysem. Czy można to nazwać próbą przekupstwa? Czy to znaczy, że mieli niczego nie proponować i obrazić się?

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php