Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

24.09.2011
sobota

Porwanie [2/10]

24 września 2011, sobota,

Stało się! John Singleton, niedoszły następca Spike’a Lee, nakręcił film, w którym niemal wszyscy są biali. To spore zaskoczenie – kwestie rasowe od zawsze determinowały przecież jego reżyserski dorobek. Singleton opowiadał już o chłopakach z getta, o studenckich szykanach i ulicznych romansach, o niezłomnych gliniarzach i nawróconych gangsterach, a nawet o prześladowanej mniejszości miasteczka na głębokim południu Florydy.

Jego bohaterów zawsze łączyło jedno – kolor skóry i wynikająca z niego, silnie zakorzeniona, rasowa tożsamość. U Singletona czarni nikomu się nie kłaniali. Nie musieli – przeważnie grali pierwsze skrzypce, krocząc dumnie przez świat pozornie tylko zarezerwowany dla białych. Nawet stricte komercyjny sequel „Szybkich i wściekłych” stał się dzięki nim rasowym tyglem, w którym biali szli pod rękę z etnicznymi mniejszościami. Przekaz był prosty – ot, bez kolorowych braci ani rusz!

Tymczasem w „Porwaniu” jedyny bohater o odmiennym kolorze skóry dość nieoczekiwanie podpada pod hollywoodzki stereotyp „zabawnego czarnucha” – szwenda się na drugim planie, gestykuluje, komentuje, czasem rzuci drętwym dowcipem. Jego rola jest ściśle określona – pozostając na usługach (czyt. przyjaźniąc się z nim) pierwszoplanowego bohatera, ma mu w odpowiednim momencie dostarczyć to, czego ten będzie potrzebował. Bez zbędnych uprzejmości.

Zaskakujące to o tyle, że ten właściwy, pozostający na pierwszym planie bohater – grany przez Taylora Lautnera nastolatek Nathan – jest białym, bezrefleksyjnym i pozbawionym tożsamości mięśniakiem z bogatego domu, postacią, która przeczy wszystkiemu, z czym kino Singletona było do tej pory utożsamiane. Wydawać by się wręcz mogło, że „Porwanie” to wielka zgrywa, przewrotny zabieg uwypuklający rasowe podziały w branży, ale nie – to film na serio. Zrealizowany za grubą kasę i z typowym dla Hollywood tyłkościskiem.

Lautner gra tu chłopaka, który niespodziewanie odkrywa, że w dzieciństwie został adoptowany, a może nawet, kto wie!, uprowadzony swoim właściwym rodzicom. Prawda okazuje się zresztą mocno zagmatwana – jeszcze tego samego wieczoru w jego domu pojawiają się killerzy w idealnie skrojonych garniakach, a znajoma psycholog stwierdza, że jest on potomkiem zdekonspirowanego agenta CIA.

Postać głównego bohatera skonstruowana jest jednak, znowuż nietypowo dla reżysera, bez polotu i konsekwencji – rozpięta gdzieś pomiędzy pijackimi balangami i wybuchami niekontrolowanej agresji, a kryzysem osobowości i niezdarnym romansem z sąsiadką. Kim on tak właściwie jest? Zagubionym dzieciakiem czy młodym Bourne’em? Singleton nie ma na białego osiłka z bogatego domu żadnego pomysłu – nie zna go, nie rozumie, mnożąc tylko zapożyczone z młodzieżowego kina komunały.

Szkoda, bo Nathan dysponuje wszystkim, za co uwielbia się herosów kina sensacyjnego – ma jasno określone cele (prawda, zemsta, miłość) i na tyle rozmazaną tożsamość, że może być/stać się kimkolwiek, ma wyrzeźbione ciało i skupione spojrzenie, ładną dziewczynę i wymagających przeciwników. Dlaczego więc to nie działa? Gwóźdź do trumny wbija sam Lautner, który nie jest typem aktora pierwszoplanowego – to słodki cukiereczek, który rozpływa się w ustach na tyle szybko, że potrzebujemy ich całą paczkę.

Pytanie: czy cokolwiek by zmieniło, gdyby główną rolę zagrał jakiś utalentowany, czarnoskóry młodziak, a Singleton miał większą kontrolę nad zawartością swojego filmu? Pewnie nie. Nawet wtedy „Porwanie” wspierałoby się na zbyt wielu kliszach i skrótach fabularnych, by pozytywnie wyróżniać się na tle dziesiątek podobnych filmów. Z jedną, znając „czarny” dorobek reżysera, różnicą – miałoby charakter.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. „biali szli pod rękę z etnicznymi mniejszościami” – może w tym problem, czarnoskórzy, a w Ameryce to trochę szersze pojęcie (także Latynosi, czy Hindusi, a nawet Żydzi o ciut zbyt ciemnej karnacji), nie są już mniejszością, to biali powoli nią się stają, a według niektórych badaczy już są. Takie naburmuszenie czarnych reżyserów staje się powoli anachroniczne, a z drugiej strony reżyser tak tworzący ma pewien kłopot.

  2. To prawda, dziś co trzeci dorosły Amerykanin nie jest biały, a pośród rodzących się dzieci – co drugi. Ale zwróć uwagę, że ich dostęp do polityki i mediów wciąż jest utrudniony. „Czarny” Singleton dziś nadal miałby o czym kręcić filmy, podziały etniczne/rasowe wcale nie są skrajnością.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php