Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

21.10.2011
piątek

Wszyscy wygrywają [7/10]

21 października 2011, piątek,

Thomas McCarthy to jeden z tych reżyserów, którzy za każdym razem kręcą film o tym samym. Wystarczy spojrzeć na jego bohaterów – choć kreowani są przez aktorów o odmiennym emploi, składają się na tę samą, spójną personę. Tkwią w miejscu, donikąd się nie spieszą, funkcjonują gdzieś na granicy społecznych norm, wykluczeni, samotni. Młodzieńczy entuzjazm dawno już przeciekł im przez palce, a niezrealizowane pasje pokryła wszechogarniająca rutyna.

Grany przez Paula Giamattiego  prawnik Mike na pierwszy rzut wydaje się z tego schematu wyłamywać – jako pierwszy w konstelacji McCarthy’ego nie jest samotnym, zaszczutym outsiderem, który swoją sytuację usprawiedliwia świadomymi wyborami. A przynajmniej wydaje się na pozór, bo choć Mike ma żonę, dwójkę dzieci, stałe zajęcie i oddanych kumpli, w głębi serca także czuje się niespełnionym nieudacznikiem. Z klientami krucho, w trenowanej przez niego drużynie zapaśniczej są sami przeciętniacy, a pogoda zawsze nie ta.

Pod tym względem Mike jest większym przegranym, niż tożsamy mu miłośnik pociągów z „Dróżnika” czy wdowiec ze „Spotkania” – wchodząc w społeczny układ, na który oni nie mieli szans, przegrał sromotnie. Dość powiedzieć, że bieżąca sytuacja zmusza go do chytrego, niemoralnego występku – stając się prawnym opiekunem swojego klienta, Mike wysyła go do domu starców, przejmując jednocześnie należne mu świadczenia finansowe.

Jak to jednak u McCarthy’ego bywa, wegetacyjne status quo zostanie przerwane (nie)spodziewanym pojawieniem się intruza spoza układu. W tym przypadku będzie to wnuk jego klienta – trochę zagubiony, zaniedbany przez matkę nastolatek o nieprzeciętnych zdolnościach zapaśniczych. Pomiędzy nim i Mike’em szybko pojawi się nić porozumienia, która dla tego drugiego oznaczać będzie jedno – mobilizację. McCarthy mówi nam w ten sposób, to co mówił już poprzednio – o swoje można i trzeba walczyć, ale bez czyjegoś wsparcia się nie obejdziemy. Lepiej byśmy sobie nie wmawiali, że jest inaczej.

A co z tymi, którym nie ma kto pomóc? Reżyser zdaje się wierzyć, że takich osób nie ma. Że zawsze jest lub będzie ktoś, kto wyrwie nas z letargu. I sukcesywnie tego dowodzi.

Paradoksalnie, czytelność i przewidywalność tego układu są największym atutem filmu. McCarthy to jedno z nazwisk, po których wiemy już czego się spodziewać. I dlatego możemy sięgnąć po nie bez obaw. Zupełnie, jak ma to miejsce z powrotami do ulubionych miejsc czy sięganiem po sprawdzone wino – nie będzie tu żadnej wolty, niemiłej niespodzianki czy haczyka. W kinie to wciąż niedoceniana wartość.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. no i znowu mnie pan zaskoczyl,
    dziekuje.

  2. Nie znam filmu, zatem nie o nim, ale o refleksji, ktora mnie neszla po przeczytaniu recenzji. Takiej oto, ze przez proste zaprzeczenie daloby sie sformulowac pewien wzorzec zycia, ktory autorowi omowienia wydaje sie
    byc slusznym, chwalebnym i pozadanym. Podsumujmy zatem – egzystencja
    modelowa tp przede wszystkiem taka, w ktorej nie ma miejsca dla ‚samotnosci’: bywanie sie samemu ze soba, bez ‚paczki oddanych kumlpli” wlasciewie zdaje sie dyskwalifikowac osobnika calkowicie i na dobra sprawe mozna by juz na tym poprzestac, ale na wszelki wypadek nalezy go pograzyc czyms jeszcze, na przyklad wytykajac brak zony i dzieciskow oraz na dodatek – tkwienie ‚na granicy spolecznych norm’. Gdyby zas biedak bronil sie, twierdzac, ze mu z tym dobrze, ze na przyklad normy spoleczne sa gowno warte, zony zdradzaja, a dzieci sa wredne, to zawszec mozna powiedziec, ze sie oszukuja przedstawiajac swoj stan, jako ‚efekt swiadomego wyboru’. Ba, nawet, gdyby zewnetrznie zrealizowali preferowany przez recenzenta kanaon, to
    on i tak wie, ze w glebi serca go niezrealizowali. Dlaczego? Bo nie ‚walczyli o swoje’. Autor skrzetnie jednak ukrywa, co sie pod tym pojeciem kryje i dlaczego walka ‚o swoje ‚mialaby byc szlachetniejsza niz na ten przyklad ‚walka o cudze’i w ogole czegokolwiek warta.
    Po przelozeniu takiej wykladni idei zycia godnego z recenzenckiego na nasze wrocilem jednak do swiata srebrnego ekranu, gdyz przyszedl mi do glowy f pewien pomysl fimowy, scenariusz mianowicie opisujacy swiat, w ktorym wszyscy bez wyjatku, od poczecia az do smierci realizuja mlodziencze marzenia, codziennie od switu do pozna w noc poswiecaja sie jednej za druga pasji, w miedzyczasie trenujac absolutnie topowa druzyne olimpliskich herosow co budzi niczem nieograniczony podziw ich zon, dzieci i setki z hakiem prawdziwych kumpli Nadto, przy tem wszystkiem zwsze sie do czego spieszac i nigdy nie tkwiac w zadnym miejscu. Przyznam, ze chyba bylaby to niezla komedia w neurastenicznym typie Allena W. Wszak raczej do ogladania w kinie lub w bezpiecznym zacisu domowego ogniska.Gdzyz mysle, ze jednak znacznie gorzej znieslibysmy taki stan rzeczy w tzw. realu, gdybysmy na ten przyklad potrzebowali, zeby nam dziure w rurze zatkal hydraulik, albo sklepikarz sprzedal kawal wolowiny bez kosci, zas
    przedstawiciele tych szlachetnych profesji byliby akurat zajeci realizowaniem sie wg powyzszego schematu i walczyli ‚o swoje’, zeby nie tkwic w ‚beznadziejnej rutynie’.

    Nadto, aby juz zupelnie zrobilo sie niewesolo, nasuwa mi sie jeszcze jedna refleksja, rodzaj nieprzyjemnego uczucia wynikajacego z przejawianej, choc nie wyrazonej ekspersis werbis, przez autora recenzji (a i jak rozumiem – rowniez przez rezysera) postawy nosiciela jedynie slusznej prawdy – wyrazonej powyzej – o godnej kondycji ludzkiej wartej tego miana i przez to koniecznej do narzucania i wpajania nieslusznym ‚outsiderom’. I to nawet gdyby owo wpajanie mialo sie wyrazac w formie resocjalizacyjnej ‚przyjacielskiej pomocy z zewnatrz’ zawsze nadchodzacej.
    Na koniec zatem tak sobie mysle — poza ‚glownym nurtem’ i w plyciznie wlasnego serca — ze faktycznie czasem lepiej miec wrogow. Bo z nimi jednak latwiej sobie poradzic niz ze szczerymi checiami przyjaciol, ktorymi jak wiadomo (checiami, nie – przyjaciolmi) pieklo …

  3. @byk

    Liczę, że parę razy jeszcze mi się to uda. :)

    @wlas

    Dziękuję za długi wywód, ale… przyznam, że nie bardzo rozumiem jego sens. Nigdzie w powyższej recenzji nie napisałem, że jakikolwiek wzorzec życiowy uznaję za „słuszny, chwalebny i pożądany”.

  4. Tak mi sie zdawalo, ze jak ktos okresla goscia wiodacego pewien rodzaj zywota, jako ‚zaszczutego, samotnego ousidera’, to ma o takim jego zywocie raczej
    negatywne mniemanie. Jezeli zas za kogos, kto wprawdzie ‚POZORNIE’, jednak nie jest zaszczutym
    outsiderem uwazany jest osobnik wyposazony w zone, dwojke dzieci i oddanych kumpli, jednak MIMO to ‚bardziej przegrany’, to znaczy wg mnie, iz wyrazajacy tego rodzaju opinie uwaza model: ‚zona + dowjka dzieci + kumple” za prawidlowy. Czyz nie? No chyba, ze jest odrotnie i to zaszczucie oraz samotnia uwazane sa za godne pozazdroszczenia. najwyrazniej nie mam zdolnosci czytania w myslach felietonisty.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php