Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

5.11.2011
sobota

Przygody TinTina [kino, 9/10]

5 listopada 2011, sobota,

Czyżby niespodzianka roku? Po serii wystawnych kompromitacji – na poczet których wypadałoby zaliczyć tak dokonania reżyserskie („Wojna światów”, czwarty „Indiana Jones”), jak i producenckie („Transformers 1-3”)  – Steven Spielberg nieoczekiwanie wraca na tron króla filmowej rozrywki. I to w jakim stylu! Jego animowana, klasyczna w treści i spektakularna w formie opowieść przygodowa zmiata całą tegoroczną konkurencję, z „X-Men: Pierwszą klasą”, „Genezą planety małp” i „Super 8” na czele.

Zaskakujące to o tyle, że Spielberg nie próbuje tu niczemu hołdować ani tym bardziej niczego nie redefiniuje, co dziś wydaje się przecież podstawą każdego udanego filmu rozrywkowego. Doświadczenia związane z letnimi blockbusterami uczą ostatnio jednego – jeśli tradycji nie wywróci się na lewo lub w jakiś sposób się jej nie przewartościuje, to same efekty filmu nie uciągną. Bo wszystko już było. Pomysły się wyczerpały, a nowi „wizjonerzy” nie mają za grosz wyczucia – są za głośni, zbyt pyszni i w gruncie rzeczy do siebie podobni.

Spielberg tymczasem podszedł do „Przygód TinTina” tak, jakby od zgonu Kina Nowej Przygody nie minęło wcale dwadzieścia lat. Nawet przez minutę nie czuć tu zmęczenia materiału, a opowiadana sto razy historia staje się dziewiczą podróżą przez magiczne zakątki celuloidu. Film Spielberga jest dynamiczny, brawurowy i pełen błyskotliwych pomysłów. A przy tym w ogóle nie infantylny. Zupełnie jak stare części „Indiany Jonesa” czy perypetie Marty’ego McFly’a z „Powrotu do przyszłości”. Pure fun.

Oczywiście można się zastanawiać ile w tym zasługi scenarzysty Edgara Wrighta, który jest przecież mistrzem kreatywności („Scott Pilgrim kontra świat”), czy ceniącego sobie przywiązanie do szczegółu producenta „Przygód…” Petera Jacksona, ale sam film podbity jest przede wszystkim specyficznym stemplem Spielberga.

Są tu zabawne, nienachalne auto-cytaty (wynurzająca się z wody fryzura TinTina przypomina płetwę rekina), arcydzielne miniatury (sekwencja ze statkiem na wzburzonym morzu przechodzi w ujęcie kałuży, którą ktoś rozchlapuje obcasem), staroświecki, lekko melancholijny humor (wątek z podstarzałym kleptomanem, który kolekcjonuje portfele) a w końcu niepohamowana frajda tworzenia, której u Spielberga można było ostatnio doświadczyć w… „Indianie Jonesie i ostatniej krucjacie” z 1989.

Animowany „TinTin” to przygoda, przygoda i jeszcze raz przygoda. W najlepszym stylu – jedna scena potyczki morskiej ma w sobie więcej energii niż wszystkie części „Piratów z Karaibów” razem wzięte.

W pewnym sensie nie mogło być inaczej. TinTin, stareńka już (publ. 1929-1976) postać młodego detektywa z belgijskich komiksów przygodowych, jest przecież praojcem całej współczesnej popkultury. U nas nie jest to seria specjalnie znana, ale Spielberg, Wright i Jackson musieli ją za młodu namiętnie wertować. Zacne korzenie.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Miałem pisać o „Przygodach Tin Tina” u siebie, ale wyszłaby mi chyba kopia Twojego tekstu – pełna zgoda z powyższym, Piotrku. Od siebie dodam tylko, że finałowa walka dźwigów przypominała mi potyczkę jakichś ogromnych robotów z filmu science-fiction. Świetne kino, porywająca przygoda.

  2. Mnie skojarzyło się z pojedynkiem na szpady. :) Jaką wersję widziałeś? Ja z dubbingiem i, co też warto zaznaczyć, jest ona naprawdę pierwszorzędna. Przynajmniej, póki nie zna się oryginału.

  3. „Po serii wystawnych kompromitacji – na poczet których wypadałoby zaliczyć tak dokonania reżyserskie („Wojna światów”, czwarty „Indiana Jones”), jak i producenckie („Transformers 1-3″)” – trochę przesadziłeś przy Transformersach, jakby na tym nie zarobił, a wtedy to była by kompromitacja, raczej wpadkę miał producencką z „Kowbojami i obcymi”. Producent się nie kompromituje gdy zarabia i to nawet gdy zarabia na kupie.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Również widziałem wersję z dubbingiem i jestem jak najbardziej usatysfakcjonowany poziomem wykonania.

  6. „zmiata całą tegoroczną konkurencję, z „X-Men: Pierwszą klasą”, „Genezą planety małp””

    Nie wierzę.

    „jedna scena potyczki morskiej ma w sobie więcej energii niż wszystkie części „Piratów z Karaibów” razem wzięte”

    W to tym bardziej :)

    @ech:
    „Producent się nie kompromituje gdy zarabia i to nawet gdy zarabia na kupie.”

    Bzdura roku?

  7. „@ech:
    „Producent się nie kompromituje gdy zarabia i to nawet gdy zarabia na kupie.”

    Bzdura roku?” ta tysiąclecia, producent jest od inwestowania pieniędzy w projekty które mogą przynieść zyski, jak sfinansuje parę klap szybko przestaje być producentem i zaczyna szukać innego zajęcia

  8. oczywiście producent wydaniu hollywoodzkim

  9. Idąc twoim tokiem rozumowania producent który produkuje świetne filmy, ale niebędące sukcesami kasowymi się kompromituje.

  10. @ ech

    „Producent się nie kompromituje gdy zarabia i to nawet gdy zarabia na kupie.”

    Nie zgadzam się. To tak, jakby napisać, że piosenkarz nie kompromituje się, póki nagrywa płyty. Naprawdę nieważne, że jest to akurat zbiór tandetnych kolęd?

    @ Mierzwiak

    „Nie wierzę”

    Ale Ty oceniłeś drugą i trzecią część „Piratów” na 9, a ja na tych filmach ziewałem (dla mnie odpowiednio: 6 i 3). Z kolei na „TinTinie” pierwszy raz od dawna czułem, że wyprawa do kina była wielką przygodą. Mam nadzieję, że go mimo wszystko docenisz – będę wypatrywał oceny na fw (albo blogu).

  11. Producent ma inne cele, za zły film w oczach ogółu odpowiada reżyser, tak było zresztą w przypadku drugiej części Transformers. Jęśli film nie zarabia winny jest producent, pamiętacie sytuacyjnie z „Obywatelem Kane’m”. Producent w oczach środowiska (szefów wytwórni) skompromitował się wykładając pieniądze na tak wielką klapę.

    Bogaci producenci nieraz angażują się w bardziej ambitne przedsięwzięcia, ale zwykle takie które i tak przyniosą pieniądze (patrz tzw. film pod Oskary). Oczywiście są inwestorzy, którym marzy się wyprodukowanie filmu, nie ważne jakiego, ale z gwiazdą. Zwykle działają jak hobbiści, prawdziwe pieniądze zarabiają gdzie indziej. Zarobią, czy nie ciszy ich powstały film. Tak jest w USA.

  12. Moja ulubiona scena to kiedy pustynia stopniowo zamienia się we wzburzony ocean – mistrzostwo!

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php