Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

27.11.2011
niedziela

Your Movie Rocks! Szpieg

27 listopada 2011, niedziela,

W kinach zagościł właśnie znakomity „Szpieg” Tomasa Alfredsona. Z tej okazji bierzemy go pod lupę z Bartkiem Czartoryskim, krytykiem filmowym i tłumaczem, autorem bloga „Kill All Movies”.

PP: „Szpieg” – mało zachęcający tytuł.

BC: Nijaki. Rozumiem jednak decyzję dystrybutora i jego obawy przed całą litanią „Druciarz, krawiec, żołnierz, szpieg” widniejącą na plakatach.

PP: Gorzej, że decyzja dystrybutora wymogła zmianę także na wydawcy. Re-edycja książki Johna Le Carre’a, która trafiła właśnie na sklepowe półki, również korzysta z tego skrótu. Sam tytuł odnosi się zresztą do popularnej brytyjskiej rymowanki i w dobry sposób podsumowuje fabułę filmu.

BC: Tak, to jest niezwykle interesujące, bowiem wyliczanka ta, w nieco dłuższej formie, służyła niegdyś dzieciom do wróżb. A w filmie mamy czterech podejrzanych, zaś ślady i poszlaki wskazują, że każdy z nich może być tak samo winny, a więc trudność w namierzeniu podwójnego agenta wyrażona jest właśnie poprzez nawiązanie do dziecięcego wierszyka. Innymi słowy – to istne mission impossible.

PP: Uproszczenie tytułu to oczywiste posunięcie marketingowe, ale też swego rodzaju strzał w stopę. Jasne, łatwiej wybrać się na „Szpiega” niż „Druciarza, krawca i coś tam, coś tam” (cytat spod kasy kina), ale rodzi to także pewne oczekiwania. Na moim pokazie część widzów wyglądała na zdezorientowanych formułą filmu, spodziewając się raczej tego, co obiecuje polski tytuł – przejrzystej sztampy. Tymczasem fabuła filmu Tomasa Alfredsona do najklarowniejszych nie należy, przynajmniej nie na pierwszy rzut oka.

BC: Myślę jednak, że i pełny tytuł nie powiedziałby polskiemu widzowi wiele. Problemu upatrywałbym raczej w tym, że obecnie niemalże od każdego filmu oczekuje się przejrzystej sztampy.

PP: No właśnie, ja też dałem się na to złapać. Przyzwyczajony do repertuaru multipleksów, zdziwiłem się, że tutaj nikt nie prowadzi mnie za rękę i niczego nie podpowiada.

BC: Za to dla wyspiarzy powieść Le Carre’a i jej telewizyjna adaptacja z Alecem Guinessem to kawał historii. Może faktycznie dla nich „Szpieg” jest nieco bardziej klarowny, chociażby ze względu na fachową terminologię, której znaczenia trzeba domyślać się z kontekstu (choć nie pamiętam, może polskie tłumaczenie uprościło niektóre rzeczy).

PP: Musimy też wziąć pod uwagę, że Le Carre jest dość oszczędnym autorem. Na kartach powieści tego jeszcze nie widać, ale już gotowy film dość jednoznacznie polemizuje z pojęciem szpiegostwa, jakie wynieśliśmy z hollywoodzkiego kina.

BC: No tak, można powiedzieć, że to antyteza fabuł w rodzaju filmów z Jamesem Bondem. Tutaj powodzenie akcji zapewnia nie długopis z wbudowanym laserem i kilka kolejek martini, ale mozolna praca śledcza.

PP: Okazuje się, że szpiegostwo to strasznie nudna robota – ponure gmachy wypełnione papierzyskami, narady, podsłuchy… A przy tym stresująca, bo nigdy nie możesz nikomu w pełni zaufać. Alfredson pokazuje te niuanse bezbłędnie.

BC: A jednak „Szpieg” trzyma w nieustannym napięciu, bowiem odkrywa środowisko widzowi nieznane, obserwujemy metodyczne działania agentów MI6 bez efekciarskiego ubarwienia. Postaci są żywe i pełne, nie ma dychotomii źli/dobrzy, panuje zimnowojenna atmosfera wzajemnej nieufności i wiszącej w powietrzu paranoi.

PP: Już w „Pozwól mi wejść” Alfredson pokazał, że potrafi obnażyć podejmowaną konwencję i stworzyć odpowiednią atmosferę z samych tylko dialogów i interakcji. W „Szpiegu” akcji z prawdziwego zdarzenia jest jeszcze mniej, a jednak trudno oderwać oczy. Nie chodzi tu już nawet o zdemaskowanie podwójnego agenta, to sprawa drugorzędna. Liczą się przede wszystkim emocje towarzyszące poznawaniu kolejnych postaci – kim tak naprawdę są, jakie wyznają wartości, co są w stanie poświęcić dla sprawy… Nie bez powodu roi się tu od wyśmienitych aktorów, którzy potrafią te niuanse wygrać.

BC: Alfredson dał się poznać jako reżyser o spójnej, konsekwentnej wizji. Po raz drugi jestem pod wrażeniem jego wewnętrznej dyscypliny, która nie pozwala mu na pójście na łatwiznę, żadne uproszczenia i skróty. I tak jak „Pozwól mi wejść” nazwałbym kinem demaskatorskim, przewartościowującym mitologię wampiryczną, tak „Szpieg” robi to samo dla kina sensacyjnego. Ogląda się to siedząc na brzeżku fotela, bo w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że faktycznie zaczyna cię obchodzić, co się z tymi ludźmi stanie, co ich spotka. Spora też w tym zasługa genialnej obsady.

PP: No właśnie, aktorzy tworzą tu niesamowity kolektyw. Kto podobał Ci się najbardziej?

BC: Każesz mi wybierać spośród całego legionu świetnych, brytyjskich aktorów? Rewelacyjny był Mark Strong, Gary Oldman to chodząca charyzma, a Toma Hardy’ego sam nazwałeś „człowiekiem kameleonem”. Mi szkoda Colina Firtha, który nie miał zbyt wiele do zagrania.

PP: Takiego „marnotrawstwa” jest w „Szpiegu” więcej, ale też nie chodzi o to, by aktorzy grali tu popisowe role, tylko by uwiarygodnili swoją obecnością tło tej historii. To bardzo sprytny film – korzystając z prostej w gruncie rzeczy fabuły, przerzuca cały jej emocjonalny ciężar właśnie na obsadę. W na pozór tylko pokerowych twarzach znakomitych aktorów wyryte są cynizm, paranoja, czasem bezradność, kiedy indziej beznamiętność… Mówi to bardzo wiele. O tamtych czasach, tamtym miejscu, tamtych ludziach.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Blog Pana Czartoryskiego aż kipi i przelewa się od komentarzy do Jego odkrywczych i wyrafinowanych wpisów o kinie. Pańskie opinie, Panie Pluciński też przyciągają tabuny zainteresowanych, a tutaj taaaaaaaki dialog.

    „Ja krytyk Tobie, krytykowi” – sztuka dla sztuki, snob dla snoba, w duecie.

    Najważniejsze jest jednak dobre samopoczucie, którego chyba Panom nie brak. Tylko uważajcie we framugach drzwi, żeby zmieściły się w nich Wasze głowy.

  2. W odpowiedzi chętnie również zwróciłbym się do Pana po nazwisku, ale zapomniałem, że wirtualna przestrzeń sprzyja przede wszystkim zachowaniom tchórzliwym. Te zaś same najlepiej świadczą o sobie. A na brak odwiedzających (i komentujących) nie narzekam, uprzejmie dziękuję.

  3. Panie Krytyku,

    a od kiedy na blogu wymagane jest identyfikowanie się z imienia i nazwiska ? Od kiedy to występowanie pod nickiem stanowi przejaw tchórzostwa ?

    Coś się Panu Krytykowi pomerdało.

    Co do ilości komentarzy to istotnie: szczyty popularności blogowej. Ale skoro Pan nie narzeka, to spoko ;)

    Ale kino…

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Wymagane? Absolutnie nie jest. Ale w przypadku osób, które wypowiadają się w podobnym tonie, jest to co najmniej wskazane. Bo anonimowo wysuwać bezpodstawne złośliwości i zarzuty to każdy potrafi, naprawdę.

    Poza tym zastanawiam się, skąd pomysł, że wyznacznikiem popularności bloga jest ilość komentarzy na nim? Ale żeby nie było – pozwolę sobie uściślić: od 27 lutego 2011 na Off the Record pojawiło się prawie 700 komentarzy. Nie wiem jakie są Pańskie standardy, ale mnie to w pełni zadowala.

    Pozdrawiam.

  6. obydwoje panowie są koszmarnie pretensjonalni :) ale film świetny!

  7. obydwaj wlaściwie :) nie obydwoje hehe

  8. Wydaje mi się, że blogi filmowe nie rozogniają tak do komentarzy. To nie polityka ani religia, a nawet nie gotowanie, żeby zaliczać w komentarzach niekończące się spory bez rozstrzygnięć.

    Tak przy okazji, czy nazywanie kogoś krytykiem ma tu coś z obelg?

  9. Och panie Szpilberg, trochę luzu. I może kultury – tak, tak, wiem że nie przeklął pan, ale komentarzami wyżej wystawia pan sobie nie najlepsze świadectwo.

  10. @ech – święta racja. Polacy są narodem rozpolitykowanym a nie rozfilmowanym. Najlepszym na to dowodem jest fakt, że na blogu Michała Oleszczyka wpis o Skandalu wokół książki M.B.B. Biskupskiego zgromadził aż 63 komentarze (większość pełna obrzydliwego jadu) mimo, że średnia komentarzy do innych wpisów nie przekracza 10.
    Szkoda, bo przecież sztuka łagodzi obyczaje, polityka wręcz przeciwnie.

  11. A mnie komentarz (rozmowa o filmie) bardzo sie podoba. Film zreszta tez.
    Ktos trafnie powiedzial o nim, ze przedstawia „odchodzaca w przeszlosc Wlk. Brytanie..”
    nie rozumiem postawy p. Szpilberga- skoro ton rozmow o kinie w tym blogu mu nie odpowiada, to przeciez chyba internet jest wystarczajaco rozleglym i pojemnym narzedziem, w ktorym moze on znalezc cos odpowiedniego dla jego (p. Szpilberga) poziomu?

  12. A mnie się wydaje – jeśli wciąż mowa o komentarzach – że wszystko zależy od tematu. Ostatnio piszę głównie o filmach – świeżych premierach, które trudno komentować czytelnikom, bo najczęściej sami ich jeszcze nie widzieli. A i nie zawsze mają chęć i potrzebę komentować. Co innego, gdy temat jest bardziej złożony, dotyczy jakiegoś wydarzenia, zjawiska lub filmu powszechnie znanego. Ale zgodzę się z Marcinem, o filmach rozmawia się zdecydowanie za mało.

    Katarzyno, dziękuję za miło słowo.

  13. No włąśnie, nie zapominajcie o tych, którzy nigdy się nie wypowiadają ale skrzetnie czytają, porównują swoje opinie i nade wszytko, regularnie odwiedzają chociażby ten blog.

    P.S.
    Za 3 godziny ide na Szpiega, a przeczytawszy powyższy wpis obawiam się ze te 3h to będzie jedno z dłuższych oczekiwań ;)

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php