Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

16.12.2011
piątek

Coś [6/10]

16 grudnia 2011, piątek,

Ten film miał się nie udać. Więcej – miał być wypalającą oczy i poczucie dobrego smaku kompromitacją, która oryginałowi Johna Carpentera w żaden sposób nie dorówna. Zastrzeżenia budziła obsada, reżyser – debiutant, a nawet fakt, że tytułowe monstrum wykreowane zostanie w komputerze. Do końca nie wiedziano zresztą czym film Matthisa van Heijningena jr. ma tak naprawdę być. Remake’em? Sequelem? Prequelem? Jedno było pewne – to zamach na świętość, jaką jest „Coś” z 1982. Tymczasem, jak się okazuje, gotowy film nie tylko nie próbuje zastąpić wersji Carpentera, ale wręcz podchodzi do niej z pokorą.

Pod względem chronologicznym Heijningen przybliża wydarzenia, które miały miejsce przed tymi z filmu Carpentera. W wersji z 1982 grupa amerykańskich naukowców trafia do zdewastowanej bazy Norwegów, w której odnajdują dziwnie zdeformowane ciało. Gdy zabierają je do siebie, w placówce zaczyna się jatka – upodabniający się do ludzi kosmita morduje kolejnych członków ekipy. Jak dowiadujemy się z prequela, Norwegów spotkało wcześniej dokładnie to samo. Film Heijningena cechuje się więc mało kreatywnym podejściem do oryginału, ale ujmy mu bynajmniej nie przynosi.

Pewnych bolesnych kompromisów uniknąć się jednak nie dało. 2011 to nie 1982, a debiutujący w długim metrażu Heijningen nie może równać się z doświadczonym już wtedy Carpenterem. By odgrzewany i kultowy przede wszystkim pośród entuzjastów horroru kotlet mógł przyciągnąć nowych widzów, trzeba było to i owo zmienić. Przykładowo, główną bohaterką (!) filmu jest młodziutka, miła oku pani paleontolog (Mary Elizabeth Winstead), do tego Amerykanka (!!), choć według wersji z 1982 o żadnych gościach w norweskim obozie nie mogło być mowy. Takich niuansów jest tu oczywiście więcej, ale ich wyławianie zostawię ortodoksyjnym miłośnikom oryginału.

Mnie interesuje coś innego – czy to dobry film?

Okazuje się, że… niezły. Jeśli przymknąć oko na wyjątkowo słabe efekty komputerowe (wypadek śmigłowca przyprawia o ból głowy) i fakt, że tytułowe monstrum traci w CGI całą swą dotychczasową moc, wciąż jest to całkiem przyzwoicie rozegrane widowisko psychologiczne – nigdy nie wiemy, kto jest jeszcze człowiekiem, a kto już podstępnym impostorem. O tyle trudne to przewidzenia, że galeria postaci drugoplanowych jest tu naprawdę szeroka, zaś wybory obsadowe świadome – są tu m.in. Joel Edgerton, Ulrich Thomsen czy znany u nas z serialu „Instynkt wilka” Trond Espen Seim.

Najważniejsze jednak, że film Heijningena zna swoje miejsce w szeregu. Fabuła w paru miejscach tak bardzo przypomina film Carpentera, że należy założyć, iż przynajmniej na pewnym etapie rozważano realizację luźnego remake’u. A jednak nie – ostatnie sceny z Norwegiem goniącym uciekającego psa (które, były pierwszymi scenami w „Coś” z ’82) mówią dobitnie, że cała zawarta tu historia jest tylko niezobowiązującym prologiem. Którego w żadnym wypadku nie musicie poznawać.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Byłem pełen obaw i nadziei jednocześnie, ale efekt końcowy naprawdę przyjemnie mnie zaskoczył. Nie rozumiem do końca, dlaczego narzekasz na obecność amerykańskich „gości” – chciałbyś, żeby film był po norwesku? Albo co gorsza, żeby Norwedzy mówili po angielsku, ale z akcentem? Trzeba było w tym miejscu trochę nagiąć historię i w sumie, moim zdaniem, wyszło to całkiem nieźle.

    Rzeczywiście, The Thing Carpentera było skrajnie męskim kinem (chociaż podobno rozważano obsadzenie kobiety w jednej z ról), ale za to w wersji z 1951 roku, kobiet nie brakowało. Dlatego obecność Winstead wcale mi nie przeszkadzała. Heijningen wydaje się również nawiązywać do oryginału poprzez wrzucenie do swojego filmu osoby naukowca z przerostem ambicji – podobna postać była w pierwszej ekranizacji.

    Ogólnie, spodziewałem się dużo gorszego filmu, szczególnie, że zwiastun sugerował całkowitą kopię wersji z 1982. Okazało się na szczęście, że prequel też ma kilka własnych pomysłów i trzyma wysoki poziom.

    Obraz Carpentera to dla mnie kult, bezapelacyjne 10/10 i najlepszy film o kosmitach jaki powstał (lepszy nawet niż Alieny). Prequel z kolei okazał się miłą niespodzianką i pewnie też będę często do niego wracał – 8/10 się należy. Nawet CGI nie raziło mnie tak, jak w większości współczesnych produkcji (no ale wiadomo, to już nie to samo co efekty z las osiemdziesiątych).

    Największym zgrzytem jest dla mnie sam tytuł. Serio? „The Thing”?! Tak po prostu? Do ostatniej chwili myślałem, że jednak go zmienią. Nic dziwnego, że ludzie mylą to z remake’em.

  2. Sorry, ale to jednak zwykła powtórka (pomijając nieistotne szczegóły i pieska na zakończenie – tak rozumiem, że opisane są tu niby wcześniejsze wydarzenia).
    Na 6 może i zasługuje, ale co z tego? Większą przyjemność sprawiłby mi chyba „podrasowany” oryginał. Kompletny brak pomysłu. Efekty specjalne to po prostu tragedia, a nie jestem szczególnym koneserem.

  3. Na razie dałem 3/10, w sumie nie wiem, za co, ale nie jest to dobry film. Ani traktowany osobno, ani jako prequel filmu Carpentera, do którego NIC nie wnosi i stanowi całkowicie zbędną, momentami nazbyt dosłowną, powtórkę.

    Nie ma tu niczego, co było u Carpentera – napięcia, tajemnicy, obcowania z nieznanym, atmosfery odosobnienia i wreszcie KLIMATU. Do tego beznadziejna główna bohaterka; uwielbiam Mary Elizabeth Winstead, ale nie mogłem tu na nią patrzeć.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Wg mnie za dużo tu parafrazowania arcydzieła Carpentera, aby film nazwać inaczej niż remake’m.
    Jak dla mnie nowe „Coś” jest bardziej na plus niż na minus, a więc też pozytywne zaskoczenie, ale do naprawdę dobrego filmu mu jednak daleko. Przede wszystkim bolała mnie papierowość kolejnych postaci. Aktorzy nie mieli tu co grać. Psychologiczna płycizna.
    Kilka świetnie zrobionych scen, większość jednak raczej nijaka.
    Nie chcę porównywać filmu do pierwowzoru, bo to jak postawienie w w jednym ringu Tomasza Adamka i Witalija Kliczko. Ale twórcy „prequela” rezygnując z takich walorów oryginału jak wspomniana psychologia czy totalna niejednoznaczność (zresztą oba elementy wzajemnie się uzupełniające; oczywiście nie tylko te, ale to swoją drogą) zwyczajnie strzelili sobie w stopę. Dlaczego? Czyżby tchórzostwo? W końcu arcydzieło Carpentera w czasie swojej premiery nie zarobiło zbyt dużo. Nie to co „ET”.

  6. Baaad,

    „dlaczego narzekasz na obecność amerykańskich „gości” – chciałbyś, żeby film był po norwesku?”

    A dlaczego nie? To by dopiero było coś. :) Burzę się, bo to populistyczne w gruncie rzeczy zagranie kłóci się z linią fabularną filmu Carpentera. To zupełnie tak, jak z drugą częścią „Parku Jurajskiego”. Nie było mowy o żadnej drugiej wyspie, którą wyciągnięto nagle spod ziemi, byle dało się jeszcze na tym wszystkim zarobić parę groszy.

    „Dlatego obecność Winstead wcale mi nie przeszkadzała.”

    Mi też nie, lubię ją. Ale to jest właśnie taka typowa zagrywka, którą w komentarzu do „Naznaczonego” przecież piętnujesz. Tyle dziewczyn już zmagało się z niebezpieczeństwem, że raz jeden mogliby oddać główna rolę facetowi. Wbrew pozorom, byłoby to całkiem fair.

    „Największym zgrzytem jest dla mnie sam tytuł.”

    Wydaje mi się, że trudno było tu uniknąć kompromitacji. Jakkolwiek, by tego filmu nie nazwać, byłby to zły pomysł. „Coś 2”? „Coś więcej”? „Coś – Początek”? Naaah.

    AdamJ, Mierzwiak,

    Ja nie twierdzę, że to znakomite kino. Może to trochę niedorzeczne, ale docenienie (nie tylko moje!) płynie tu bardziej z faktu, że twórcy tego filmu nie zmasakrowali oryginału. Bez czytelnej więzi z filmem Carpentera jest to kolejny sztampowy straszak. Ode mnie 5/10 + 1 za ostatnią scenę (głupi sentyment).

    Marcin,

    „Ale twórcy „prequela” rezygnując z takich walorów oryginału jak wspomniana psychologia czy totalna niejednoznaczność (zresztą oba elementy wzajemnie się uzupełniające; oczywiście nie tylko te, ale to swoją drogą) zwyczajnie strzelili sobie w stopę.”

    Pełna zgoda. Choć może nie do końca. Są tu fajne sceny, które usiłują zepchnąć film Heijningena w rejony psychologicznego dreszczowca i na parę minut się to nawet udaje. Gorzej, że reżyser jest zwykłym wyrobnikiem, przez co sporo w jego filmie przypadkowości. Momentami miałem wrażenie, że na planie urządzili sobie loterię „kto teraz będzie impostorem”, nie zawracając sobie głowy logiką i atmosferą.

  7. Ale z drugiej strony, gdyby uczynić głównym bohaterem faceta, to na porządku dziennym byłyby wszelkie porównania do McReady’ego i, co oczywiste, narzekanie, jak bardzo nowy bohater nie dorasta mu do pięt. Czyniąc kobietę postacią wiodącą udało się ustrzec takowych porównań, więc w tym konkretnym przypadku cieszę się, że stało się jak się stało. :)

  8. Piotrze, w zasadzie się zgadzamy, z tym że ja w wypadku tego filmu stawiam akcent raczej na „nie”, niż na „tak”.
    Podziękowania za odniesienie się do mojej wypowiedzi. Korzystając z okazji, chciałbym również zaznaczyć, że chociaż rzadko komentuję, to z uwagą i zainteresowaniem czytam Twoje wpisy, są dobrą wskazówką , jeśli chodzi o wybór repertuaru. Ta pochwała to nie przejaw kurtuazji.
    Pozdrawiam.

  9. Baaad, bo ja wiem, czy się udało? Kurt Russell mocno wrósł w tę markę, więc kogo by tu nie dać, zawsze „nie będzie to to samo, co McReady”.

    Adam, dziękuję, bardzo to miłe. :)

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php