Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

14.01.2012
sobota

Dziewczyna z tatuażem [8/10]

14 stycznia 2012, sobota,

Thriller Davida Finchera potwierdza to, co wiadomo już co najmniej od dwóch lat – pisarstwo Stiega Larssona jest nieprzekładalne na filmowe realia. Jego trylogia „Millennium”  to rzecz tak upolityczniona, że nie sposób byłoby przenieść na ekran choć fragment jej bogatego kontekstu społeczno-obyczajowego. Na zachodzie zrozumiano to od razu. Tytuł pierwszej części sagi, „Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”, odwołujący się do szerzącej się w Szwecji agresji na tle seksualnym, był dla Amerykanów na tyle nieczytelny, że już w wersji książkowej zmieniono go na bardziej wygodny i, co tu dużo pisać, atrakcyjniejszy: „Dziewczynę z tatuażem”.

Doszło tym samym do pewnego nadużycia. Tytułowa bohaterka, Lisbeth Salander, u Larssona będąca tyleż ofiarą nieustannej represji seksualnej, co odrzutem wadliwego systemu, nieoczekiwanie stała ponurą maskotką całej serii. Pomogły jej w tym trzy quasi-telewizyjne części „Millennium”, które Szwedzi nakręcili w roku 2009, dzieląc w nich czas ekranowy pomiędzy ekspozycję atrakcyjnej (przede wszystkim wizualnie) bohaterki, a pobieżnie zakreślone wątki kryminalne. Efekt tego taki, że dziś łatwiej chyba znaleźć w Internecie porady dotyczące stosowanego przez Salander makijażu, niż refleksję nad jej prawdziwą naturą.

W pierwszej chwili wydaje się, że Fincher popełnia błąd Szwedów. Okropnym (w tym kontekście) pomysłem jest już sama czołówka – efektowna, rozegrana w rytm coveru „Immigrant Song” Zeppelinów – która sprawia wrażenie, jakby reżyser usiłował wepchnąć treści Larssona w bondowski gorset. Szczęśliwie, niefortunny wstęp okazuje się co najwyżej przewrotną miniaturą, zaś tytułowa dziewczyna z tatuażem to niewątpliwie najlepiej rozpisana postać całego filmu.

Młodziutka, 26-letnia Rooney Mara, kojarzona do tej pory co najwyżej z nową wersją „Koszmaru z Ulicy Wiązów” czy epizodem w „Social Network”, daje popis dojrzałego, przemyślanego aktorstwa – jej Salander nie jest tu po prostu socjopatycznym dziwadłem, a złamaną, nieszczęśliwą dziewczyną, usiłującą przekonać wszystkich wokół, że jest to jej świadomy wybór. Świetnie napisana postać butnej hakerki zajmuje przestrzeń zarezerwowaną dotychczas dla Mikaela Blomqvista (Craig), właściciela gazety „Millennium”. U Larssona to właśnie on, ze swoim ego i szafą pełną problemów, znajdował się w centrum zainteresowania. Tu wypełnia tylko puste miejsca, łącznie z – co wspaniale podkreśla oficjalny plakat – emocjonalnymi potrzebami samej Salander, której postać staje się swego rodzaju manifestem, ekwiwalentem krytyki społecznej szwedzkiego pisarza.

Fincher i będący na fali Steve Zaillian nie tylko pojęli, że wątek kryminalny pełni u Larssona rolę co najwyżej katalizatora, ale też nie stępili jego pazurów, wzbogacając całość o autorskie detale. Jest więc w „Dziewczynie…” scena brutalnego gwałtu, ale i morderca słuchający Enyi. Wspaniała to prognoza dla dwóch kolejnych części. Scenariusz „Dziewczyny, która igrała z ogniem” już ponoć powstaje.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 12

Dodaj komentarz »
  1. Rooney lepsza, okej, ale jednak czegoś mi w niej brakuje z tej szwedzkiej Lisbeth… Mam do niej jakiś sentyment, może dlatego, że widziałem film przed przeczytaniem książki. I to jedyny element (elemencik) ze szwedzkiej wersji, za którym tęsknię. Sposób, w jaki Fincher to nakręcił i wzbogacił totalnie kompromituje poprzednika. :) No i TRENT.

  2. Aha, i dwa elementy zasługują na 11/10 – „fuck you you fucking fuck” i Enya.

  3. Jestem kompletnie zdumiona stwierdzeniem Pana, ze w Trylogii odebral Pan postac Salander jako „socjopatycznego dziwadla” przed postacia tragiczna, obdarzona niecodziennymi, niemal nadludzkimi zdolnosciami, ofiare straszliwej meskiej opresji. I ze zajmuje ona w filmie miejsce zarezerwowane (w powiesci jak rozumiem) dla Blomquista.
    Alez Salander jest absolutnia centralna postacia Trylogii. Filmu jeszcze nie widzialam, obejrzalam trailer i Salander wyglada na nim dokladnie tak jak ja sobie wyobrazalam, nie pamietam czy wyobrazenie to powstalo dzieki bardzo plastycznemu opisowi bohaterki, sadze, ze tak wlasnie.
    Tak czy inaczej, nie moge sie doczekac zobaczenia filmu. Wszystkie trzy powoiesci przeczytalam ciurkiem poltora roku temu i nawet tam gdzie prawdopodobienstwo zdarzen zawieszone zostalo na kolku, postac glownej bohaterki zostala, moim zdaniem, skonstruowana po mistrzowsku.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Ode mnie krótko:

    Män som hatar kvinnor – 8/10
    The Girl with the Dragon Tattoo – 5/10

  6. Jakub,

    wydaje się, że tym razem Trent sprawdza się tylko w połączeniu z filmem. Przesłuchałem wstępnie kilka utworów i – pozwól, że posłużę się eufemizmem – nie jest to muzyka łatwa w odbiorze.

    Helena,

    ależ ja nic takiego nie napisałem. Uznałem tylko, że Salander mogła być w interpretacji Mary socjopatycznym dziwadłem, ale nie jest. Poza tym dziewczyna jest oczywiście centralną postacią całej trylogii, ale już tylko drugoplanową „Mężczyzn…”.

    Mierzwiak,

    tak, widziałem na FW. Jakieś uzasadnienie? U mnie jest prawie dokładnie odwrotnie.

  7. Domyślam się. :) Ja jestem wielkim fanem takich ambientowych dziwactw, więc pewnie samo słuchanie by mnie również kręciło, ale chyba wiem co masz na myśli. Za to soundtrack z „The Social Network” samodzielnie daje radę nieziemsko!

  8. Zgadzam się, że proza Larssona jest nie przekładalna na język filmu. Dlaczego? Bo taki Larsson jakiego nam zafunodwano to średni kryminał w którym mamy za długą ekspozycję i koszmarnie rozwleczony koniec. To ujdzie w powieści nie na ekranie. Poza tym odnoszę wrażenie że scenariusz tego filmu dyktował lęk przed fanami a nie filmowcy. Z resztą o sukcesie Larssona przesądziło tło społeczne i podejmowanie problemów pozornie cudownej szwecji a nie intryga kryminalna. Kto wie może nie będzie się dało od tego uciec w następnych filmach. I o co chodzi z tym przyznawaniem punktów czy naprawdę każdy film da się ocenić na skali od 1 do 10?

  9. Kontynuując eufemizmy, muzykę łatwą w odbiorze można znaleźć w Radiu Zet na przykład, ale chyba nie o take Polske walczylyśmy?

  10. ratyzbona,

    oczywiście, że nie każdy. Ale większość – tak. Ten na pewno. Ocena to pewien wyznacznik dla czytających recenzje.

    DarkMan72,

    To akurat nie eufemizm, tylko prosty fakt.

  11. Oprocz oczywistych merkantylnych przyczyn powstania „amerykanskiej” wersji Dziewczyny, nie widze zadnych innych, dla ktorych ten film powinien byl powstac. Film jest typowym produktem hollywodzkiej fabryki bubli gdzie przerost formy nad trescia jest glowna miara sposobu produkcji. Film ten pozbawil historie Larssona autentycznosci, jaka nadala mu szwedzka wersja a aktorstwo Mara, swoja droga kolejnego hollywodzkiego beztalencia, jest tylko mizerna proba podrobienia intensywnosci i oryginalnosci Lisabeth Salander wykreowanej przez Noomi Rapace.
    Amerykanska szmirzysko, nie dosc, ze ma zmienione zakonczenie odbiegajace calkiem od tego jakie posiada powiesc, to jeszcze na dodatek efektowna stylistyka swietlna, elektroniczne dzwieki i wypakowany na silowni Craig (ni to alien ni to kowboj, napewno miernota aktorska) nie oferuja zadnych glebszych emocji zwiazanych z historia glownej bohaterki.

    To co sie natomiast stalo z Reznorem, prywatnie i muzycznie (How to Destroy Angels) jest zaprawde smutne….

  12. Ależ „dziewczyna która igrała z ogniem” już powstał z Noomi Papace świetnie grającą Lisbeth produkcji szwedzkiej.Nie jestem taki pewny by Fincher lepiej zrobi remake.

  13. Ja chciałem tylko powiedzieć, że nie widziałem szwedzkiej wersji, nie czytałem też książki i dla takiej osoby jak ja, pójście na film nie było obarczone jakimś ciężarem.

    Moja niewiedza na temat treści książki przełożyła się na niesamowite wrażenia na samym filmie.
    „Dziewczyna z tatuażem” urzekła mnie jako całość. Rola Mary powinna zostać uhonorowana Oscarem (choć i tak pewnie Meryl Streep go dostanie).
    Historia była opowiedziana świetnie, trzymała mnie w napięciu do końca, a zakończenie przerosło moje wszelkie oczekiwania.
    Już dawno nie widziałem tak dobrego filmu, ale z tego co widzę po komentarzach, to wszyscy mówią o wyższości książki nad filmem – to oczywiste, że nigdy film nie przebije książki, więc nie wiem po co te dywagacje.

    Pozdrawiam

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php