Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

5.02.2012
niedziela

Mój tydzień z Marilyn [4/10]

5 lutego 2012, niedziela,

Powieść biograficzna „Książę, aktoreczka i ja” Colina Clarka pojawiła się w sprzedaży w 1996 roku, w momencie, gdy świat wciąż jeszcze nie postanowił, czy Marilyn Monroe była wrażliwą, utalentowaną aktorką, czy może raczej głupiutką, rozkapryszoną gwiazdą. Kluczowa dla tej dysputy książka – „Blondynka” Joyce Carol Oates – jeszcze się wtedy nie ukazała, co pozwoliło Clarkowi zająć na chwilę pozycję autorytetu. Publikacja wspomnień z czasów realizacji „Księcia i aktoreczki” okazała się sprytnym wybiegiem – po blisko 40 latach, które minęły od opisanych wydarzeń, nie żył już nikt, kto mógłby historię autora potwierdzić.

Książka Clarka – przynajmniej sądząc po samym filmie i archiwalnych recenzjach, bo dziś jest praktycznie nie do kupienia (195$ na Amazonie) – miała charakter czysto tabloidowy. Pod pretekstem odbrązowienia wizerunku Marilyn, zapomniany dokumentalista i autor przytoczył szereg anegdot, z których jednoznacznie wynikało, że podczas kręcenia „Księcia…” w 1956 był nie tylko asystentem na planie, ale też największym powiernikiem i niedoszłym kochankiem gwiazdy. Po latach, jak gdyby nigdy nic, postanowił podzielić się intymnymi wspomnieniami z całym światem.

Film Simona Curtisa uzależniony jest od charakteru książki – to plotkarski panegiryk, który tyleż wynosi Monroe na należny jej piedestał, co żeruje po prostu na niepotwierdzonych doniesieniach z jej życia. Wartość filmu, nawet jako biograficznej wprawki dla laików, którzy Marilyn dobrze nie znają, jest tym samym mocno dyskusyjna. Z jednej strony, w „Moim tygodniu…” znaleźć można fakty powszechnie znane i dobrze udokumentowane (czyli, wbrew temu, czego życzy sobie reżyser, mało odkrywcze), z drugiej – takie, których nie sposób zweryfikować. Cóż nam po szeptanych na ucho Clarka wyznaniach, skoro równie dobrze mogą one być wytworem jego wybujałej wyobraźni?

Nawet reżyser nie wydaje się tym wszystkim przekonany – narrację snuje tak, że postać Marilyn od początku do końca pozostaje odległym, nieodgadnionym mitem. Nigdy nie zostajemy z nią sam na sam, a jej profil psychologiczny budowany jest głównie ze strzępków, które w swojej książce przytoczył Clark. Takie „niedopowiedzenie”, choć w pewnym sensie efektowne, wydaje się niezamierzone (to w końcu miał być także *nasz* tydzień z Marilyn, intymny, jedyny w swoim rodzaju!). Niestety, scenarzysta zmierzył się z legendą bardzo powierzchownie, podsumowując swoją bohaterkę prostym paradoksem: oto wolny duch zamknięty w hollywoodzkiej klatce. Dlatego filmowa Marilyn bez końca powtarza sloganowe banały („Dlaczego ci, których kocham, zawsze ode mnie odchodzą?”, „Ludzie widzą Marilyn, nie widzą mnie”, i tak dalej), a chybiona stylizacja na retro – rozmemłana muzyka i glamourowe zdjęcia – tylko to wrażenie pogłębia.

Jedno trzeba przyznać: grająca tytułową rolę Michelle Williams jest zjawiskowa. Do perfekcji opanowała wszystkie gesty gwiazdy, z drobną pomocą charakteryzatorów (figura!) stając się bodajże najpełniejszym jej wcieleniem w historii. Jako najsłynniejsza aktorka wszech czasów Michelle potrafi być seksowna i pewna siebie, ale też krucha i bezbronna. W jej ukradkowych spojrzeniach, drobnych szczególikach, kryje się więcej prawdy o Marilyn, niż we wszystkich koślawo napisanych dialogach razem wziętych. To właśnie dla niej (i dla aktorów w ogóle – świetni są także Kenneth Branagh jako Laurence Olivier, Julia Ormond jako Vivien Leigh i Zoe Wanamaker jako Paula Strasberg) warto ten film obejrzeć. A zaraz potem pobiec do księgarni – najlepiej po „Blondynkę” Oates.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. Cóż oglądając film miałam zupełnie, ale to zupełnie inne odczucie. Dla mnie jest to ładny film, który z odpowiednim dystansem podchodzi do amerykańskiego mitu. Marylin jest moim zdaniem specjalnie pokazana jako istota nieodgadniona, której każdy bohater nadaje inne znaczenie, a niemal wszyscy się w niej zakochują. Moim zdaniem filmowi najbardziej szkodzi beznadziejna kampania promocyjna – to nie film o skandalu, ani o romansie, tylko o robieniu filmu, dziwnej dalekiej gwieździe która pojawia się jednak w dość prowincjonalnej z Hollywoodzkiej perspektywy Anglii, w końcu o mężczyznach, którzy różnie na tą niesamowitą kobietę reagują. Dla mnie to film zrobiony z dużym wyczuciem. Anegdotyczny, ale w tym moim zdaniem jego największa siła. No i jest cudownie zagrany. Co na tle tak wielu źle zagranych produkcji w moim odczuciu daje mu zdecydowanie wyższą ocenę. Zwłaszcza Branagh jako Olivier zrobił na mnie olbrzymie i bardzo pozytywne wrażenie ( choć jestem nie obiektywna bo obu aktorów uwielbiam). A i jeszcze jedno – nie wydaje mi się by ktokolwiek mógł cokolwiek odkrywczego powiedzieć jeszcze o Marylin. Więcej, nie wiem czy ktokolwiek na takie rewelacje czeka.

  2. Ja bym się nawet zgodziła z powyższą recenzją gdyby chodziło o jakiś, rzekomo, przełomowy dokument o Marilyn – np na kanale History. Nie spodziewając się wiele zobaczyłam jednak, może odgrzaną, ale jakże rozkoszną postać aktorki, która ze swojego seksapilu korzysta jak z instrumentu władzy. Jednych pożera, innych owija wokół palca, co poniektórych doprowadza do szewskiej pasji.

    „Mój tydzień z Marilyn” dał mi dużo do myślenia – jak to kobiety sprowadzają mężczyzn na manowce, i jak łatwo, oni sami, tracą dla nich głowę (słodkiej blondynce wybacza się fochy, spóźnienia, pomyłki etc). Może to już było, może ograne – jednak wcale zgrabne no i ta fenomenalna Michelle Williams (oklaski!) – bardzo szybko przekonuje nas do swojej wersji wielkiej gwiazdy Hollywood jaką Marilyn Monroe bezsprzecznie była. Może się nie znam, ale dla mnie 7/10.

  3. na berlinale z polski tylko bryndza ;
    polecam: „iron sky”, timo vuorensola, finlandia, 7/10

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Książka Colina Clarka „My week with Marilyn” (niedługo w Polsce) zrobiła na mnie naprawdę duże wrażenie, świetna fabuła, lekki styl, klimat połowy XX wieku i świetnie zarysowana charakterologia MM. Film spłycił książkę. Ambitnym polecam – przeczytajcie.

  6. bryndza nie tylko po polsku;
    tegoroczne berlinale pokazuje dno kina europejskiego;
    tak cienko to od trzydziestu lat nie bylo;
    czasami tak poruta, ze czlowiek sie zastanawia kto na to forse daje?

  7. Zgadzam się z wieloma argumentami, zwłaszcza z tym, że Williams pokazała tym, którzy jej dotąd nie znali jak świetną jest aktorką.

    Myślę, że niepotrzebnie skupiasz się na tym czy i co jest prawdą a co nie. Ja też się zastanawiałam nad wiarygodnością tej historii ale szybko sobie zakazałam myśleć w ten sposób. To jest kino fabularne a nie dokument: tu jest miejsce na kolorowanie rzeczywistości i dorabianie historyjek, zwłaszcza jeśli służy to historii.

  8. berlinale – epilog, czyli dogrywka i rzuty karne…
    do ksiegi guinnesa:
    jeszcze nigdy w historii galaktyki i wszechswiata nie sprzedano tylu biletow na raz
    (przy czym sale byly czasami w dwoch trzecich puste,he,he…)
    do ksiegi rodzaju:
    braci taviani uwielbiam za wiele filmow,ale nie akurat za ostatni…
    ach, zamilkne lepiej…

  9. Oglądając miałem zupełnie inne odczucie. Ba liczyłem na to, że Michelle Williams dostanie Oscara, ale się przeliczyłem, ot co. Rozczarowanie.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php