Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

24.03.2012
sobota

Igrzyska śmierci [8/10]

24 marca 2012, sobota,

Ekranizacja pierwszej części młodzieżowej sagi Suzanne Collins, choć płynie na tej samej fali, co filmowe perypetie Harry’ego Pottera i nastolatków ze „Zmierzchu”, znacząco się od nich różni. Autorka „Igrzysk śmierci” na kartach swych książek kontruje zwyczajowe zagadnienia literatury teen fantasy kontekstem politycznym. Umieszczając akcję w dystopijnej przyszłości, Collins utożsamia inicjację z jakże przyziemną potrzebą buntu i autonomii (tu: względem represyjnego państwa), podczas gdy bohaterowie Stephenie Meyer i J.K. Rowling wchodzili w dorosłość, mierząc się z problemami dalece bardziej iluzorycznymi.

Katniss Everdeen, nastolatka z ubogiego Dystryktu 12, już na wstępie wie wszystko, czego oni dowiedzą się dopiero na końcu. To postać nad wyraz dojrzała, ale świadomość siebie i otaczających ją zasad bynajmniej niczego nie ułatwia. Wręcz przeciwnie, bo w tej odysei, oprócz własnego życia, na szalę rzucony zostaje także ukształtowany, ale wciąż jeszcze młody światopogląd. Ten ocalić najtrudniej, zwłaszcza w świecie takim, jak ten.

Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości, która w swojej konwencji nie jest niczym nowym. Ot, Amerykę Północną zniszczył nieznany (czyt. nieopisany przez Collins) kataklizm, doprowadzając do powstania na jej zgliszczach nowego państwa, Panem, składającego się z zamożnego Kapitolu i 12 podlegających mu dystryktów. Bogaci zarządcy z Kapitolu trzymają władzę żelazną ręką – gdy pewnego razu ludność jednego z dystryktów podniosła bunt, został on nie tylko bezlitośnie stłumiony, ale posłużył też za pretekst do rozpoczęcia tytułowych Igrzysk Śmierci (w oryginale zwanych Głodowymi).

Zasady są proste. Co roku każdy z dystryktów losowo wybiera dwójkę swoich reprezentantów – nastolatków obojga płci w wieku 12-18 lat. Dzieciaki przechodzą krótki, ale intensywny trening w Kapitolu, po czym wysyłane są w dzicz, gdzie walczą między sobą o przetrwanie. Stawka jest wysoka – z dwudziestu czterech uczestników przy życiu zostaje zawsze tylko jeden. Specyficzne zawody odbywają się na monitorowanym obszarze, zaś ich przebieg transmitowany jest w całym Panem.

Także ten pomysł do przesadnie oryginalnych nie należy. Kino i literatura wielokrotnie już przetwarzały motyw gladiatorskiej, znajdującej się pod okiem kamer areny , choćby w „Uciekinierze” Stephena Kinga czy japońskim, powstałym na kanwie popularnego czytadła thrillerze „Battle Royale”. Ten ostatni jest zresztą wulgarną, choć zrealizowaną wiele lat wcześniej, wersją historii Collins. Uczniowie jednej klasy wyrzynają się tam w imię rządowego dekretu, będącego karą za studencką rebelię sprzed lat.

Porównania są więc nieuniknione, ale podstawową różnicę wyznacza tu fakt, że film Gary’ego Rossa stoi w wyraźnej opozycji do gloryfikującego przemoc „Battle Royale”. Tutaj brutalność nie stanowi żadnej atrakcji. Nie tylko dlatego, że film został zrealizowany pod kategorię wiekową PG-13. Główna bohaterka, zdolna łuczniczka Katniss (w tej roli subtelna, przetwarzająca elementy swojego występu w „Do szpiku kości” Jennifer Lawrence), zabija tylko, jeśli musi zrobić to w obronie własnej. Lub… czyjejś. Jej podstawowym celem jest przetrwanie – nawet, gdy zostaje przyparta nieubłaganymi zasadami do muru, wybiera sprzeciw, wierność własnym przekonaniom.

Film Rossa jest prostą, ale przy tym bardzo zgrabną historią narodzin buntu, a co za tym idzie krytyką politycznej represji. Na ekranie przyjmuje ona poręczną formę totalitarnego supermocarstwa, które skutecznie rozwarstwia społeczeństwo, dzięki czemu film zyskuje uniwersalne, choć w gruncie rzeczy mało odkrywcze przesłanie. Są też „Igrzyska…” jakimś głosem w sprawie prymitywizacji mediów i wychowanego na nim społeczeństwa, ale także tutaj nie można mówić o czymś nowym – już „Uciekinier” Kinga, zwłaszcza w filmowej wersji z Arnoldem Schwarzeneggerem, przestrzegał przed telewizją przyszłości, sprowadzoną do niemoralnych, prymitywnych rozrywek.

Ale z „Igrzysk…” dowiadujemy się jeszcze jednej, często pomijanej w podobnych przypadkach rzeczy: media i społeczeństwo to w dzisiejszych czasach współzależna, samonapędzająca się machina. Rozrywka nie istnieje bez ludzi, ludzie nie istnieją bez rozrywki. I to właśnie oni wyznaczają jej poziom, nie na odwrót. Jeden z bohaterów pyta w pewnym momencie: „A gdyby nagle wszyscy przestali Igrzyska oglądać?”, wiedząc jednocześnie, że to niemożliwe.

Specjaliści od gatunku głoszą, że „Igrzyska…” to next big thing po „Zmierzchu” i „Harrym Potterze”. Zapominają jednak, że saga Collins ma więcej wspólnego z bogatymi w kontekst „Mrocznymi materiami” Philipa Pullmana, które oscylowały wokół zagadnień związanych z religią, niż z banalnymi w gruncie rzeczy czytadłami Meyer i Rowling, przenoszącymi swoje rozterki w rejony tak odległe, że momentami trudno było się z nimi identyfikować.

Tymczasem odmalowana w filmie Gary’ego Rossa dystopia, choć jest mieszaniną orwellowskiej architektury i stylistyki punkowego, zatopionego w kiczu Wersalu, bliższa jest rzeczywistości, niż mogłoby się to wydawać. Żądny władzy (i krwi) Panem to tylko trochę podrasowana wersja świata, który mamy za oknem – istny krajobraz podziałów, trudnych wyborów i nieustannej walki o wierność własnym przekonaniom. Pozostaje nadzieja, że naszym dzieciom albo wnukom nie przyjdzie szarpać się o nie z łukiem.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Chętnie zobaczę, bo rzadko się zdarza, żeby blockbuster był dobrym filmem a wiele wskazuje na to, że tak właśnie jest w tym przypadku :)

    Nie mogę się jednak zgodzić że stwierdzeniem, ze Battle Royale gloryfikuje przemoc. Nie widziałem wszystkich filmów Fukasaku (kto widział? ponad 60 tytułów przez 40 lat), ale te, które znam są pełne przemocy. W żadnym przypadku nie ma ona sprawiać przyjemności widzowi (ani być atrakcją), ale jest komentarzem i wściekłą krytyką społeczną, najpierw powojennej Japonii a w przypadku BR – tej współczesnej. Ja po seansie BR nie byłem podjarany fajnością tego, co się działo na ekranie, raczej zszokowany. I taki był zamiar reżysera.

  2. Na razie nie czytałam książki Suzanne Collins, oglądałam tylko film, niemniej zasadniczo w jego ocenie zgadzam się z Panem.
    Wysuwam jednakże protest w sprawie Pottera – jestem osobą dorosłą, po studiach filologicznych, parę miesięcy temu czytałam cały cykl potterowski – byłam absolutnie zdumiona, że jest to lektura taka… głęboka, polifoniczna – można ją odbierać na poziomie dziecięcym, ale można doszukać się dużo głębszych znaczeń.

  3. Ja również nie mogę się zgodzić z Piotrkiem co do tak jednoznacznej oceny prozy pani Rowling i zestawieniu jej z książkami Stephenie Meyer.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php