Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

13.05.2012
niedziela

7 najgorszych adaptacji Marvela

13 maja 2012, niedziela,

Dziś druga strona marvelowskiego top 7, czyli siedem najgorszych adaptacji komiksów Marvela. Zestawienie, jak zwykle, ma charakter subiektywny.

 

7. X-Men: Ostatni bastion (2006), reż. Brett Ratner

„Ostatni bastion” nie jest tak złym filmem, jak reszta w tym zestawieniu, ale z jednego powodu zasługuje, by się w nim znaleźć. Części wyreżyserowanej przez Bretta Ratnera, który przejął X-Menów, po tym jak Bryan Singer postanowił zająć się „Powrotem Supermana”, wyraźnie brakuje błyskotliwości i przenikliwości dwóch pierwszych epizodów. Ratner, będący sprawnym ale bezrefleksyjnym rzemieślnikiem, potraktował wątki Singera po macoszemu, znajdując dla nich płytkie konkluzje, wypełnione – bardziej niż dotychczas – symfonią ogłuszających eksplozji. Trylogia straciła tym samym właściwe zwieńczenie, stając się kolejnym komiksowym blockbusterem usiłującym dotrzymać tempa konkurencji.

 

6.-3. Daredevil (2003), reż. Mark Steven Johnson

Spider-man 3 (2007), reż. Sam Raimi

Ghost Rider (2007), reż. Mark Steven Johnson

Fantastyczna czwórka 2 (2007), reż. Tim Story

Każda z wymienionych adaptacji popełnia podobny błąd, zakładając, że najlepszym ich odbiorcą będzie uczeń pierwszej klasy gimnazjum. W przypadku staroświeckiej Fantastycznej Czwórki jest to jeszcze zrozumiałe, ale już reszta zasłużyła na poważniejsze potraktowanie, zwłaszcza po tak znakomitych opowieściach jak „Man Without Fear” Franka Millera o Daredevilu, „Ostatnich łowach Kravena” J.M. DeMatteisa czy „Venomie” Todda McFarlane’a o Spider-manie, które udowodniły, że komiksowe obrazki to nie tylko młócka dla małolatów.

Motywy tego ostatniego zostały zresztą dość płytko wykorzystane w filmie Raimiego, który z ikonicznego przeciwnika Człowieka-Pająka i opowieści o poszukiwaniu tożsamości uczynił mdłą i bezkształtną czytankę. Także Ghost Rider, jeden z posępniejszych herosów w uniwersum Marvela, który doczekał się wielu znakomitych historii we wczesnych latach 90., na ekranie stał się klaunem o zblazowanej fizjonomii Nicolasa Cage’a. Lata 2005-07 nie były zresztą dla bohaterów Stana Lee najlepszym czasem – polityka wydawnictwa, po zachłyśnięciu się sukcesem dwóch pierwszych „Spider-manów” Raimiego, ograniczała się wówczas do przenoszenia identycznego schematu narracyjnego na pozostałe franczyzy. Szczęśliwie, bez większego powodzenia.

 

2. Wolverine (2009), reż. Gavin Hood

„Wolverine” to ostatnia, przy czym najbardziej spektakularna, klęska Marvela na polu filmowych adaptacji. Rosomak, najpopularniejsza i najgłębiej eksplorowana przez komiksowych twórców postać z ich uniwersum, doczekał się filmu, który ma w sobie mniej fabuły, niż najgorsze z odcinków Bonda. Film Gavina Hooda, zresztą podobnie jak jego oscarowy „Tsotsi”, składa się z drażniących schematów narracyjnych, banalnych konfrontacji, kiepsko zarysowanych postaci i akcji, która plącze w sobie hałas i absurd. Poczciwie Wolvie posłużył na więcej, zwłaszcza, że na przestrzeni lat wielokrotnie – choćby w „Weapon X” Barry’ego Windsora-Smitha, „Wolverine” Chrisa Claremonta czy „Enemy of the State” Marka Millara – udowodniono, że jest to postać o ciekawej historii i psychologii, o jakiej większość mutantów może tylko marzyć.

 

1. Adaptacje z lat 1944-1998, różni reżyserzy

Pierwszym przeniesionym na ekran komiksem Marvela był oczywiście „Captain America”, który w 1944 miał stanowić część antyhitlerowskiej propagandy. O filmie szybko zapomniano, a do ekranizacji marvelowskich komiksów powrócono dopiero 20 lat później, kiedy to wydawnictwo przypuściło szturm na telewizję, sprzedając na mały ekran animowane przygody swoich najpopularniejszych bohaterów. Łańcuszek (nie)szczęścia na dobre rozwinął się jednak dopiero kolejnych 10 lat później, gdy studio Stana Lee coraz chętniej wykładało (niewielkie) pieniądze na fabularne i animowane adaptacje swoich komiksowych hitów.

Powstało wówczas wiele kultowych dziś serii, m.in. „The Incredible Hulk” z Lou Ferrigno czy „The Amazing Spider-man” z Nicholasem Hammondem, ale wszystkie bez wyjątku rozbijały się o realizacyjną tandetę i ograniczone możliwości techniczne. Festyn złego smaku trwał blisko dwadzieścia lat, a do najgorszych jego reliktów zaliczyć wypada dziś przede wszystkim „Czerwoną Sonję” z Brigitte Nielsen i Arnoldem Schwarzeneggerem, obsypanego Złotymi Malinami „Kaczora Howarda”, nieudolną „Fantastyczną Czwórkę” z 1994, czy telewizyjnego „Nicka Fury” z Davidem Hasselhoffem. Dopiero zrealizowany w 1998 „Blade” przełamał ten schemat, pokazując, że najnowsze efekty komputerowe umożliwiają rekonstrukcję skomplikowanych komiksowych światów i realistyczne odzwierciedlenie mocy ich bohaterów. Jak na złość, fakt ten stał się dla wielu adaptacji nowym balastem…

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Bardzo ciekawy wpis. Co prawda nie zgadzam się z oceną „Wolverine: Geneza”, bo jest to przyzwoity film, a na pewno lepszy niż „Hulk” Anga Lee, który do zestawienia w ogóle nie trafił, ale każdemu jego porno.

  2. Cos mi tu nie gra? jezeli te adaptacje z lat 44-98 sa rzeczywiscie takie najgorsze, to jak to mozliwe ze Punisher, ktory miesci sie w tym przedziale wyladowal na 6 miejscu ekranizacji najlepszych?? A poza tym, zaznaczam, ze nie posiadam moze jakiejs olbrzymiej wiedzy ale wydawalo mi sie ze Czerwona Sonja wywodzi sie z Howarda a nie z Marvela, a tak juz zupelnie poza tym pamietam, ze jak bylem malym chlopcem to Kaczor Howard i telewizyjny Spider-Man strasznie mi sie podobaly:)

  3. Owszem, pierwowzór Czerwonej Sonji wywodzi się z któregoś z opowiadań Roberta E. Howarda, ale w popkulturze zadomowiła się dzięki komiksom Marvela.

    Nie twierdzę, że WSZYSTKIE produkcje z lat 44-98 to dno. Jest kilka sporadycznych wyjątków, choćby wspomniany „Punisher”.

    PS. Wiek szczenięcy ma to do siebie, że mało co nam się nie podoba. Mając 10-12 lat też oglądałem na Polsacie „Kaczora Howarda” bez żenady. :)

  4. Czerwona Sonia od Howarda to zupełnie inna para kaloszy – tamta pani biegała z pistoletem po szesnastowiecznym Wiedniu.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php