Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

27.05.2012
niedziela

Faceci w czerni 3 [5/10]

27 maja 2012, niedziela,

Sequele tego typu – realizowane po dziesięciu (i więcej) latach od części poprzedniej – powstają zazwyczaj z dwóch powodów, przy czym pieniądze są tym drugorzędnym. Znacznie ważniejsza okazuje się chęć odbudowania dawnej, utraconej pozycji na rynku.

Komu potrzebna jest trzecia część „Facetów w czerni”? Will Smith, choć na duży ekran wraca po czterech latach przerwy, zawsze już będzie bezpieczną inwestycją, więc żadna to dla niego okazja. Tommy Lee Jones? Jego kariera dawno nie miała się lepiej. Komu więc? Daleko nie trzeba szukać – najbardziej na trzeciej odsłonie cyklu skorzysta Barry Sonnenfeld, którego ostatni duży film – żeby było zabawniej: „Faceci w czerni 2” – gościł na ekranach kin w roku 2002. Widać gołym okiem, że to właśnie jemu najbardziej zależy, bo już Smith „leci” z automatu, a Jones pojawia się na niespełna… 20 minut. Czy film, którym nie interesują się nawet jego gwiazdy, w ogóle może się udać?

Sonnenfeld robi, co może, by odciągnąć uwagę od mankamentów „Facetów…”: całość rozpoczyna się ujęciem szpilek Louboutina, a potem kamera powoli wędruje po opiętym lateksem ciele Nicole Scherzinger z Pussycat Dolls, by w końcu pokazać tatuaż na jej plecach. Mając przed nosem taki widok, do tego w 3D, trudno chyba skupić się na mieliźnie prologu, w którym z pilnie strzeżonego więzienia na Księżycu ucieka niejaki Borys Bestia – przeciwnik agentów w tym odcinku. Scena ta wygląda jak marna parodia ucieczki Magneto z „X-Menów” Singera, ale dzięki obecności seksownej wokalistki zyskuje walor… estetyczny. Podobnych zabiegów jest w filmie jeszcze kilka, przy czym ciekawostką jest, że Sonnenfeld, wielki miłośnik komputerowego przepychu, tym razem stawia na aktorów.

I tak, Josh Brolin wciela się w młodszego Jonesa, z godną pozazdroszczenia ironią przetwarzając najbardziej charakterystyczne elementy jego gry aktorskiej. Świetny jest Bill Hader, grający w króciutkim epizodzie Andy’ego Warhola, czy Michael Stuhlbarg jako nadpobudliwe medium. Obecność Emmy Thompson w roli szefowej MIB nadaje z kolei całości pewnej estymy. Problem w tym, że film Sonnenfelda – głupiutki, schematyczny i na siłę zabawny film akcji – nijak ma się do dzisiejszych standardów, kiedy na ekranie na dobre zadomowiły się inteligentne superprodukcje Matthew Vaughna czy J.J. Abramsa. Czy kilka udanych epizodów aktorskich wystarczy, by uciągnąć tę machinę?

Intryga do najsilniejszych nie należy. Zbiegły z więzienia Borys cofa się w przeszłość, gdzie zabija agenta K (Jones) i doprowadza dzisiejszy świat do ruiny. J (Smith), jako jedyny dostrzegający nieobecność partnera, musi cofnąć się do roku 1969 i zapobiec nieszczęściu. Pomysł sam w sobie jest nawet ciekawy, ale Sonnenfeld nie wykorzystuje modnego ostatnio settingu i krąży wokół prostych dowcipów i mało spektakularnych wolt. Żarty zasadzają się zazwyczaj na zderzeniu J z nową czasoprzestrzenią, a rozwój fabuły nieuchronnie zmierza do konfrontacji na przylądku Canaveral, gdzie spotkają się J, młody K, Borys i jego młodszy odpowiednik.

I właśnie wtedy, na samym końcu, wydarza się coś nieoczekiwanego – scenarzyści robią prezent miłośnikom serii i w ciekawy sposób splatają wczesne losy swoich bohaterów. Ale Sonnenfeld, co dla niego typowe, nie potrafi nadarzającej się okazji należycie wykorzystać, więc następujące chwilę później post scriptum – kolejna głupiutka mini-scenka – nieco to wrażenie psuje. Tak na wszelki wypadek, żebyśmy czasem nie uwierzyli, że z tytanami pokroju Vaughna i Abramsa może się mierzyć.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php