Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

23.06.2012
sobota

Cosmopolis [5/10]

23 czerwca 2012, sobota,

To problematyczny film. Czy udany? Raczej nie, ale też z pewnością nie tak jednoznaczny w ocenie, jak chcieliby tego widzowie, którzy wybrawszy się do multipleksu na nowego Pattinsona, wyszli z Cronenberga (najczęściej przed końcem seansu). Pierwsze opinie z forów internetowych to potwierdzają – „Cosmopolis” wystawia na ciężką próbę, zwłaszcza widza, który nie jest przyzwyczajony, że bohaterowie filmu, na który zabrał ze sobą kubeł popcornu i litrową colę, mogą przez blisko dwie godziny rozmawiać, do tego na tematy egzystencjalne. Problem w tym, że to, co subiektywnie zniechęca przypadkowego odbiorcę, okazuje się też całkiem obiektywną słabością samego filmu.

Cronenberg adaptuje „Cosmopolis”, niespecjalnie znaną i dość surowo przyjętą przez krytykę powieść Dona DeLillo z 2003, z zaskakującym namaszczeniem. Nawet nie czytając pierwowzoru, z łatwością rozpoznać można charakterystyczną dla tego rodzaju przypadków wierność literackiemu oryginałowi. Film Cronenberga stanowi bardzo dosłowne odbicie książkowej fabuły i dialogów – ilość scenerii jest ściśle ograniczona, a dialogi wylewają się z ust aktorów w nieskończoność, tworząc filozoficzną dysputę o losach współczesnego, upadłego świata.

Bohaterem filmu jest 28-letni multimiliarder Eric Packer (ciekawa, nieoczywista rola Roberta Pattinsona), który feralnego – biorąc pod uwagę wynikające z tego następstwa – dnia przemierza swoją limuzyną Manhattan, by ostrzyc się u ulubionego fryzjera. Tymczasem wizyta prezydenta, antykapitalistyczne zamieszki i uroczysty pogrzeb słynnego rapera sprawiają, że cała podróż wydłuża się w nieskończoność. W jej trakcie Packer spotyka kolejnych ludzi – pracowników, kochanki, przyjaciół, a nawet świeżo poślubioną żonę. W limuzynie, a czasem także poza nią, toczą się kolejne rozmowy – o kryzysie finansowym, polityce, technologii, o fobiach i obsesjach współczesnego społeczeństwa. To niekończący się strumień świadomości: usta nie zamykają się tu nawet podczas seksu czy posiłku.

Ciekawe, że przy takiej konstrukcji, film ma w zasadzie jednego tylko bohatera z krwi i kości – jest nim oczywiście Packer, który w trakcie swej nowojorskiej odysei przeżywa radykalną światopoglądową przemianę. Ludzie, z którymi się w jej trakcie spotyka, nie są… ludźmi. Rozmówcy Packera reprezentują po prostu szereg społecznych/ideologicznych postaw.

Często nie muszą wiele mówić – definiujące są dla nich już poszczególne elementy zachowania czy wyglądu. Przykładowo, piękna żona odmawia Packerowi seksu, by – jak mówi – nie tracić energii potrzebnej na pracę. Jest niewątpliwie wyedukowana, elokwentna i ma swój gust, ale jednocześnie pozostaje ofiarą systemu katorżniczej samorealizacji, dobrze zaprogramowanym robocikiem, który na drodze do ściśle określonego celu nie znajduje już czasu na próżne przyziemności. Strój i wygląd – oszczędna, ale elegancka pastelowa sukienka, idealnie ułożone włosy i perfekcyjny makijaż – mówią nam to, zanim grająca ją Sarah Gadon otworzy usta.

A skoro bohaterowie są chodzącymi sloganami, to i wypluwane przez nich kwestie nie mają wiele wspólnego z typową rozmową. To przemyślane do ostatniego przecinka i wyrecytowane ze sceniczną pasją tyrady, których egzaltacja rozdziera film Cronenberga od pierwszej do niemal ostatniej sceny. W „Cosmopolis” się nie rozmawia, tu się wygłasza wielkie prawdy.

Tak skonstruowany film szybko staje się zbiorem truistycznych banałów o świecie opętanym kapitalistycznymi ideami – świecie współczesnym, choć u Cronenberga jest to raczej bliżej niedookreślona, niedaleka przyszłość (lub po prostu alternatywna teraźniejszość). W tej rzeczywistości pieniądze stały się niewolniczą religią, a wszyscy niewierni – wyrzuconymi na margines nędzarzami. Zaniknęły autorytety, a ich miejsce zajęli duchowi populiści, szarlatani i gwiazdorzy show biznesu. Pojawiły się nowe obsesje, kulty i fetysze. To świat, w którym – jak mówi Peckerowi jego doradczyni – nawet słowo „komputer” jest już przestarzałe. Ale czy naprawdę potrzebujemy „Cosmopolis”, by zdać sobie z tego sprawę? Moim zdaniem nie.

To oczywiście tylko jedna perspektywa. Już teraz nie ulega wątpliwości, że Cronenberg stworzył dzieło kultowe – jedno z tych, które długo jeszcze będą poddawane rozmaitym analizom i interpretacjom. Zwłaszcza, że jest tu kilka scen naprawdę wspaniałych, wliczając w to dramatyczny, ucięty finał. Być może kiedyś „Cosmopolis” doczeka się nawet wersji reżyserskiej, w której Cronenberg – śladem Ridleya Scotta, który po latach odczarował klęskę „Blade Runnera” – zmieni to i owo, a za 10-15 lat stanie się ona wstrząsającym, napiętnowanym nowymi znaczeniami podsumowaniem dnia dzisiejszego. Być może.

Dzisiaj, 23 czerwca 2012, wydaje (mi) się, że jest to przede wszystkim ambitna porażka – zbyt dosłowna wykładnia problemów współczesności, by pod całym tym rozegzaltowanym fetyszem znaleźć coś dla siebie.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 4

Dodaj komentarz »
  1. Oceniam ten film jako intelektualną wydmuszkę pełna pretensjonalności.
    Jak ujął to mój partner – z czym się zgadzam w 100%: „Multimilioner przed trzydziestką, Eric Parker, postanawia się ostrzyc. Rozliczne przeszkody stają na drodze Parkera do fryzjera. Przypadkowe spotkania z żoną, ekscentryczną miliarderką, która jeździ taksówkami, mniej lub bardziej przypadkowy seks, tort na twarzy, zabójstwo, korki z powodu pogrzebu. Wszyscy cały czas mówią, mówią, mówią, seks – nie seks, zamieszki – nie zamieszki. A wypowiadają się tajemniczo, absurdalnie, wieloznacznie – głębia w tym jest niezmierzona. „Znalazłeś metodę na utrzymanie balansu zmiennych, ale system upada, bo nie uwzględniłeś potencjału chaosu”. To wyssane z palca, ale w duchu 90% wypowiedzi bohaterów. Los Parkera jest przesądzony, a tylko nam, prostym ludziom wydaje się, że wcale tak nie jest. Ale Parker nie jest człowiekiem, jest jakimś szewcem z Witkacego, jakimś widmem Becketta, ucieleśnieniem jakiejś abstrakcji, która tylko udaje, że żyje, bo tak naprawdę jest wyschnięta jak płatek róży przytrzaśnięty w książce autorstwa DeLillo.

  2. A mnie zastanawia, dlaczego krytyka ciepło przyjęła konwencje Baby są jakieś inne, zaś tutaj wytykają sztuczność i banał. To akurat nie celuje w recenzję Piotra tylko w pewien portal filmowy:)

  3. Bo Koterski to święta krowa. A jak „Cosmopolis”? Podobało Ci się?

  4. Czytałem książkę, jeszcze przed seanse i od początku wątpiłem, żeby materiał był ściśle filmowy. Fajnie, że Cronenberg pojechał „w teatr”, Pattison też się sprawdził, ale trudno nie odnieść wrażenia banału. Całkiem możliwe, że odbiorca Polak nie jest w stanie zidentyfikować się z bohaterem i otoczającą go estetyką „kultu pieniądza”.
    Trudno jest mi odmówić Cosmopolis metafory, konwencji, która jest powiewem świeżości po ostatnich dokonaniach Cronenberga.
    Osobiście nie nudziłem się na tym filmie, świat w nm wykreowany jest dokladnie takim, jaki widzi go główny bohater. I stąd zapewne sklonność do samodestrukcji, która przybiera charakter bo ja wiem, odrodzenia, oczyszczenia?
    Podobnie było z Super 8, o którym pisałeś u siebie.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php