Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

27.06.2012
środa

Wspomnienie o Norze Ephron

27 czerwca 2012, środa,

Polskie media pewnie nie poświęcą jej zbyt wiele miejsca. Wspomną może, że zmarła scenarzystka „Kiedy Harry poznał Sally” i autorka „Bezsenności w Seattle”. Bo i po co pisać więcej? Dla przeciętnego Polaka Nora Ephron jest przecież kolejną anonimową postacią z Fabryki Snów. Ale już za Oceanem była prawdziwą personą. Wiele na ten temat mówi fakt, że pierwszych sześć wpisów, jakie znalazłem dziś na swoim Facebooku, pochodziło z amerykańskich fanpage’ów. O śmierci Ephron informowały m.in. satyryczna Pajiba, feministyczne Ms. Magazine i rozpolitykowana aktorka/komik Sarah Silverman. I trudno się temu dziwić – 71-letnia reżyser, scenarzystka, eseistka, pisarka, dramaturg i blogerka na stałe zapisała się w historii amerykańskiej rozrywki.

Swoje największe sukcesy odniosła oczywiście w kinie. Już pierwszy rozpisany przez nią scenariusz, do znakomitego „Silkwood” Mike’a Nicholsa, został nominowany do Oscara. Bohaterkę tego filmu, pracownicę reaktora jądrowego graną przez Meryl Streep, uznać wypada dziś za dojrzalszą wersję Erin Brockovich. Nie bez powodu. Podczas pisania tej odważnej jak na swoje czasy historii, Ephron pełnymi garściami czerpała  ze swoich dziennikarskich doświadczeń – w przeszłości publikowała m.in. w „Esquire” i „New York Timesie”, a przez kilka lat była żoną Carla Bernsteina, który odkrył aferę Watergate. W 1976 poprawiła nawet scenariusz do opartych na jego historii „Wszystkich ludzi prezydenta”, za który William Goldman dostał później statuetkę Akademii.

Największy jej sukces przyszedł jednak w roku 1989, wraz z fabułą „Kiedy Harry poznał Sally”. Jak doskonale podsumuje to po latach reżyser filmu Rob Reiner, swoim błyskotliwym poczuciem humoru Ephron wprowadziła pojęcie feminizmu do amerykańskiego mainstreamu, bez pardonu uderzając w ego wszystkich samców. Do dziś najsłynniejszą sceną komedii Reinera (i jedną z najsłynniejszych w amerykańskiej komedii!) pozostaje symulowany przez Meg Ryan orgazm w ruchliwej restauracji. „Czasami jesteście tak beznadziejni, że nawet to musimy udawać” – mówiła w ten sposób Nora. I choć na ślubnym kobiercu stawała trzykrotnie, wiary w mężczyzn nigdy nie straciła – w jej kolejnych filmach zawsze znajdzie się przynajmniej jeden taki, przy którym udawać nie trzeba. Niczego.

Przez chwilę Ephron miała opinię filmowego Midasa. Jej debiut reżyserski z 1993, „Bezsenność z Seattle”, okazał się spektakularnym sukcesem finansowym, ugruntował pojęcie komedii romantycznej, jakie w amerykańskim kinie funkcjonuje do dzisiaj i przypieczętował gwiazdorski status Ryan. Tej poprzeczki Nora już jednak nie przeskoczyła.

W kolejnych swoich filmach wciąż eksplorowała wprawdzie kobiece potrzeby, ale jednocześnie za bardzo zaufała hollywoodzkiej nostalgii, by stać się autorką absolutną. Ale choć jej kolejne filmy pozostają, w ten czy inny sposób, wadliwe, to jednocześnie trudno odmówić im ciepła i tęsknoty za staroświecką poczciwością. Niezależnie od tego, czy bohaterką Ephron była właścicielka upadającej księgarenki („Masz wiadomość”), wyklęta psotnica („Czarownica”) czy poddana publicznej ocenie kucharka-amatorka („Julie i Julia”), zawsze znajdowały dla siebie kawałek tęczy. I tego chyba właśnie w komedii romantycznej ery „po Norze Ephron” zabraknie najbardziej: szczęścia, które nie będzie tylko chłodną, hollywoodzką kalkulacją.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. za „Masz wiadomość” będzie zawsze miała miejsce w moim filmowym sercu. Nigdy później nie widziałam tak słodkiego, naiwnego ale i uroczego filmu :)

  2. To prawda. Ja sam dawno już go nie widziałem. Będzie to (przykra, bo przykra, ale jednak) okazja, by go sobie powtórzyć.

  3. Zaczęłam się nią interesować dzięki Meryl Streep, z którą lub przy filmach z którą współpracowała. Niesamowita kobieta! Co za poczucie humoru! W sieci jest sporo filmików, wywiadów i ceremonii z nią, warto zobaczyć chociażby ten, gdzie wygłasza laudację pod adresem Meryl Streep właśnie na uroczystości uhonorowanie M.S. przez AFI – rewelacja! I ten specyficzny sposób mówienia :). Jej romantycznych komedii, jak każdych, nie cenię zbyt wysoko, ale za to dialogi w „Heartburn” – rozwalają! Szkoda kobitki.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. „Kiedy Harry poznał Sally” to dla mnie feministyczna wersja filmów Woody Allena. Zresztą jedyny zarzut jaki można mieć wobec tego filmu to chwilowe zgapianie od okularnika. Ale w sumie kto na to zwraca uwagę? Fajny film.

  6. Może w związku z tym wreszcie doczekamy się wydania książek Nory w Polsce, bo naprawdę warto.

  7. cerva,
    dzięki za wskazówkę, zaraz obejrzę – zwłaszcza, że dobrze kojarzą mi się AFI-owe występy Jima Carreya :)

    Rusty,
    o ile dobrze pamiętam, w Polsce ukazały się co najmniej dwie książki Nory – „Zgaga” i… nie pamiętam drugiego tytułu, ale Google pewnie chętnie dopowie go za mnie.

  8. Dla wielu osob, ktore nie sluchaja muzyki Hendrixa lub Nirvany, Nora Ephron umiescila Seattle na mapie swiata dzieki filmowi „Sleepless in Seattle”. Dom polozony na jeziorze Lake Union w centrum miasta, w ktorym mieszkal bohater filmu grany przez Toma Hanksa, zmienil wlasciciela wiele lat temu. Turysci chetnie wyplywaja na jezioro Lake Union, aby sfotografowac ten dom.

    Chyba najpopularniejszym cytatem autorstwa Nory Ephron sa slowa z filmu „When Harry Met Sally”. Kiedy Meg Ryan skonczyla grac wiadoma scene, inna osoba w restauracji, grana przez matke rezysera filmu, Rob Reinera, powiedziala do kelnera „I’ll have what she’s having”, czyli zamawiam to samo, co ona jadla.

  9. O, to jest ciekawa uwaga. Wiele mówi się, że Seattle umieścił na mapie Cameron Crowe w nakręconych rok wcześniej „Samotnikach”, ale on przecież zmitologizował je pod kątem aktualnej mody. Tymczasem „Bezsenność…” faktycznie funkcjonuje w oderwaniu od estetyki grunge…

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php