Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

30.06.2012
sobota

2 dni w Nowym Jorku [3/10]

30 czerwca 2012, sobota,

Ach, Nowy Jork. Ulubiona metropolia filmowców, wiecznie żywy symbol Ameryki. Nawet po zamachach z 11 września chętnie służy za przedsionek Krainy Obfitości – to właśnie tam lądują swoimi statkami kosmici, mieszkają najdzielniejsi superbohaterowie, romansują nastolatki… Jeśli ruszać na podbój świata, to właśnie tam. Tymczasem film Julie Delpy, będący mało pomysłowym sequelem „2 dni w Paryżu”, przypomina, że Nowy Jork to także przystań filmowych rozbitków i desperatów.

Aktorka/reżyserka zamienia inteligencję i urok swojego poprzedniego film w pretekstową, boleśnie nieśmieszną farsę w stylu tegorocznego „Dyktatora” z Sachą Baronem Cohenem. Z tą różnicą, że tym razem do Nowego Jorku nie przybywa jeden barbarzyńca, a cały tabun.

Od czasu paryskiej przygody Marion (Delpy) i Jacka (Adam Goldberg) minęły przeszło cztery lata. Nie wiemy co stało się z nim, ale ona mieszka na Manhattanie z nowym facetem (nieinwazyjny Chris Rock, będący jedynym jasnym punktem obsady) i dwójką dzieci. Nauczona doświadczeniami, tym razem nie zabiera swojego wybranka do ojczyzny, a po prostu zaprasza swą francuską rodzinę do Stanów. Ale i to nie okazuje się dobrym pomysłem: ojciec, siostra i jej chłopak wytaczają się z samolotu niczym buldożer, gotowy zrównać bezpieczną przystań Marion z ziemią.

Zderzenie dwóch kultur stanowiło mądre i przewrotne clou programu już w „2 dniach w Paryżu”, tu jednak zostaje sprowadzone do najbardziej prostackich, ogranych stereotypów, zupełnie jakby Delpy Europejką wcale się nie czuła. Dlatego jej goście paradują po mieszkaniu z gołym tyłkiem, spraszają doń dilerów i opowiadają sprośne dowcipasy, na każdym kroku manifestując swój rzekomo nieujarzmiony, francuski charakter. Przywódcą stadka jest oczywiście ojciec, grany zresztą przez prawdziwego tatę Julie Delpy, swym urokiem infantylnego kloszarda przypominający Boudu, bohatera klasycznej francuskiej komedii Jeana Renoira z 1932 .

Czyżby więc satyra na turystyczną zaściankowość, eksploracja narodowych przywar? A gdzie tam, rodzinka Delpy pełni po prostu funkcję mało wyszukanego komediowego katalizatora – równie dobrze mogliby być upierdliwymi sąsiadami z mieszkania obok, czy wpadającymi w odwiedziny przyjaciółmi z Brooklynu.

Delpy nie chełpi się swą podróżą do Ameryki (trudno w jej filmie znaleźć Nowy Jork, jaki znamy z pocztówek), ale też bez większej refleksji przyjmuje amerykańską perspektywę, wpadając w wir ślepej samorealizacji i poprawnej politycznie stagnacji. Jej Marion nie szuka już idealnego partnera, bo go znalazła – nie dość, że jest mądry, opiekuńczy i politycznie zorientowany, to jeszcze czarnoskóry; co więcej, Marion nie jest już fotografką-amatorką, a początkującą artystką z własną wystawą w jednej z modnych galerii. Co ciekawe, uwagę, jaką czyni jej w jednej ze scen krytyk sztuki – zdjęcia są banalne, ale urocze – można odnieść także do samego filmu. Z tą różnicą, że uroku starcza tu na pierwszych 10 minut.

Z biegiem czasu Allenowska w zamierzeniu formuła filmu (i postaci Marion – przyjrzyjcie się tej narcystycznej neurotyczce zwłaszcza w scenach, gdy kamera skupia się tylko na niej) zatraca się doszczętnie, ulegając nadpobudliwej, wykalkulowanej i często irytującej mozaice drętwych gagów i zdawkowych, pseudofilozoficznych dysput o seksie, sztuce i własnym miejscu w zagonionym świecie. Dość powiedzieć, że kulminacją tych ostatnich jest naiwnie metaforyczna scena wyswobodzenia z uwięzi zakleszczonego gołębia. Ot, porzućmy zbędny balast, życie jest tu i teraz.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Dobra podróbka Woody Allena. Czyli OK? Polecam na niedzielny wieczór we dwoje.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php