Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

2.08.2012
czwartek

Kobieta na skraju dojrzałości [9/10]

2 sierpnia 2012, czwartek,

Upadek królowej balu

Przychodzi czasem taki dzień, gdy człowiek budzi się sam w swoim mieszkaniu, wokół walają się puste butelki, na krzesłach zalega brudna bielizna, a świadomość niespełnienia jest dotkliwsza niż kac. Ale nie dla Mavis Gary. Trzydziestoparoletnia bohaterka „Kobiety na skraju dojrzałości” zdążyła się już do takiego stanu rzeczy przyzwyczaić. Często budzi się w niezmytym makijażu i wczorajszych ciuchach, czasami przygnieciona ramieniem poznanego przygodnie faceta, czasami samiuteńka jak palec.

W mieszkaniu przedmioty dobrze świadczące o jej statusie: laptop, markowe ciuchy, kilka designerskich mebli. Przy łóżku ogonem merda mały piesek, jeden z tych, które kupują sobie zblazowane celebrytki, gdy znudzi im się już segregowanie kolejnych par butów. Mavis pewnie obruszyłaby się na to porównanie. Jest przecież dobrze zarabiającą autorką popularnej serii książek dla nastolatków, a jej praca nie polega na wdzięczeniu się do obiektywu, tylko używaniu mózgu.

I to jest chyba w niej najbardziej przerażające: przy potencjometrach ustawionych na autodestrukcję i pustce wyzierającej z jej materialistycznej duszy, Mavis jest kobietą inteligentną i niezależną, a przy tym atrakcyjną i pewną siebie. Przynajmniej na pozór, bo podróż, w jaką zabierają nas reżyser Jason Reitman i scenarzystka Diablo Cody, powie nam o ich bohaterce więcej, niż chciałaby tego ona sama.

Wszystko zaczyna się od e-maila. Buddy – facet, za którym szalała w ogólniaku – rozsyła znajomym zdjęcie nowonarodzonego dziecka. I jednocześnie zaprasza do Mercury, ich rodzinnej miejscowości, na stosowną uroczystość. Mavis krzywi się na wspomnienie pozbawionego perspektyw zaścianka, ale długo się nie waha. Pakuje walizkę, bierze pod pachę pieska i rusza, by… odzyskać serce swej dawnej miłości.

Rzeczywistość rozmija się jednak z oczekiwaniami Mavis, a im bardziej wrasta ona w porzucony przed laty krajobraz, tym bardziej czujemy, że się z niego wywodzi. Poza dumnej autorki kurczy się do rozmiarów znienawidzonej królowej szkolnego balu, która małomiasteczkowy kompleks pokryła grubą warstwą maskującego pudru. Wyższość, jaką czuje wobec pozbawionych ambicji ludzi z Mercury szybko przeradza się w zazdrość i frustrację – oni są tu naprawdę szczęśliwi, spełnieni. Nic dziwnego, że jedyną osobą, wobec której Mavis potrafi zdobyć się na szczerość, jest Matt, lokalny nieudacznik, z którego przed laty nieustannie drwiła. Teraz staje się on nie tylko jej kompanem od kieliszka, ale i zatroskanym powiernikiem.

To właśnie nieoczywista chemia pomiędzy tymi dwiema postaciami napędza film. Ona – kobieta sukcesu, seksowna, pewna siebie. On – otyły kuternoga, modelarz, któremu zdarzenie z przeszłości na zawsze podcięło skrzydła. Matt wie, że Mavis pozostaje poza jego zasięgiem, dlatego niczego przed nią nie udaje. Więcej: mówi wprost, co myśli o niej i jej planach zdobycia (czyt. odbicia obecnej żonie) dawnego kochanka. Ale jako człowiek ulepiony z bardzo podobnej gliny, jednocześnie dobrze ją rozumie.

Podróż, która u innego reżysera i innej scenarzystki stałaby się przewidywalną drogą ku odkupieniu, tutaj pełni rolę kolejnego, nic nieznaczącego rozdziału w życiowym status quo bohaterki. Mavis zajrzy do najciemniejszych zakamarków własnej duszy i… nic tam nie znajdzie. Podróż do Mercury, miast stać się dlań nauczką, tylko utwierdzi ją we własnych, ślepych przekonaniach. Nigdy nie dostrzeże tego, co my widzimy jak na dłoni: że jest nieszczęśliwą, samotną kobietą, która wciąż jeszcze nie wyzwoliła się z młodzieńczo naiwnych, niemożliwych do zrealizowania aspiracji.

Wiele na ten temat mówi już sam tytuł, przynajmniej ten oryginalny. „Young Adult” odnosi się bowiem zarówno do młodzieżowej prozy, uprawianej przez Mavis, jak i do terminu w psychologii, określającego przedział wiekowy 20-40 jako fazę przejściową pomiędzy dzieciństwem a dorosłością. Mavis, która czterdziestki powoli dobiega, równie dobrze mogłaby mieć lat 20. Jest niepoukładana, emocjonalnie zwichnięta i kompletnie nieprzystosowana do życia.

To wstrząsający, ale jednocześnie zaprawiony osobliwym, cierpkim dowcipem portret kobiety, która z jakiegoś powodu niezdolna jest do odnalezienia własnego miejsca.

Za sukcesem „Kobiety…” stoją trzy nazwiska. Najpierw był scenariusz autorstwa Diablo Cody, która wcześniej, za sprawą „Juno”, przebyła ekspresową drogę od… striptizerki w nocnym klubie do jednej z najciekawszych scenarzystek młodego pokolenia. Fabuła jej nowego filmu powstała pod wpływem impulsu, jako quasi-autobiograficzna próba definicji własnego ja, wpisująca się jednocześnie w zafiksowanie autorki na punkcie kobiecej (nie)dorosłości. Czyżby Mavis była krzywym odbiciem jej samej?

Scenariusz przejął następnie Jason Reitman, prywatnie przyjaciel Cody, a przy okazji reżyser wspomnianej „Juno”, który także i tym razem przekuwa jej surowy koncept w żwawy i inteligentny komediodramat. Wiązanką czarnego humoru i pogłębionych rysów postaci udowadnia przy okazji jak różnym jest reżyserem od swojego ojca Ivana, do końca wiernego stricte hollywoodzkiej formule komediowej farsy.

Najważniejsza jest jednak sama Theron, która miast podać nam swą chłodną, wyrachowaną i niezdolną do empatii postać na widelcu, namawia raczej byśmy się nią przejęli. Nie współczuli, ale właśnie przejęli. To niezwykle dojrzała, pogłębiona rola, spychająca jej oscarowe wyczyny w „Monster” w otchłań zapomnienia. Mavis w interpretacji Theron okazuje się bohaterką okaleczoną, z prawdziwymi kompleksami zakorzenionymi gdzieś głęboko, poza zasięgiem naszego wzroku. Dowiadujemy się tego z kolejnych jej konfrontacji z porzuconą przeszłością – przymusowej wizyty u rodziców, uwagi poczynionej przez wspomnianego kolegę-nieudacznika, czy spojrzeń jakimi obdarzają ją dawne koleżanki.

Okazuje się wtedy, że Mavis jest po prostu głęboko nieszczęśliwym, ślepo zaprogramowanym na sukces – tak przez oczekiwania rodziców, jak i galopującą koniunkturę – robocikiem, któremu dawno już wyczerpały się baterie. A iść do przodu ciągle trzeba.

***

Film od 11 lipca do kupienia na dvd.

Recenzja opublikowana także w Portalu Filmowym.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 14

Dodaj komentarz »
  1. poruszajaco to pan opisal;
    ja wychodzilem z tego filmu z mieszanymi uczuciami…
    ale swietnie zrobione ;)

  2. Wspaniale zarekomendowane. Mam nadzieje, ze bronie sie przed byciem takim robotem…?

  3. Cześć!
    Obejrzałam „Young Adult” wczoraj i strasznie mnie zdziwiła Twoja ocena, bo mnie osobiście film strasznie zirytował. Owszem, ogląda się świetnie i wartko, ale Reitman potrafi robić filmy, podobnie jak Cody umie sprawnie pisać. Świetne zakończenie, twist z odkupieniem. Theron wygląda momentami gorzej niż w „Monster”, więc to wszystko na plus.
    Ale nie zmienia to faktu, jaki jest nachalnie moralizatorski, jak karykaturalnie pokazuje singielkę z wielkego miasta, jak dojrzałość utożsamia z założeniem rodziny (która notabene jest idealna, jakby wysoki wskaźnik rozwodów i zdrad w ogóle nie istniał). I jeszcze apoteoza prowincji. Absurdalny wydaje mi się pomysł z rzekomo głęboką raną Mavis, która 20 lat temu poroniła i to miałoby sprawić, że stała się zgorzkniałą i wyssaną z emocji suką: większość kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadcza poronienia i jest to absolutnie normalne zjawisko, nie jest to jakaś trauma do końca życia.
    Na szczęście film raczej okazał się klapą, bo kosztował 12mln$ a zarobił niewiele ponad 16mln, więc przy takich nazwiskach to raczej mocno słabo :)

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. spoilery w komentarzach…

  6. ikona

    50 lat temu
    juz sie nie obudzila
    nasza ikona z celuloidu
    ale jej cuda
    przetrwaja

  7. Ewa, wybacz, ale nie zgadzam się z ani jedną linijką tego, co napisałaś. Sporo tu uogólnień i niepotrzebnych złośliwości (Theron wygląda miejscami gorzej niż w „Monster”? COME ON!).

    Zacznijmy od tego, ż Mavis nie jest po prostu singielką z wielkiego miasta. Jest małomiasteczkową singielką z wielkiego miasta, której kompleks owej małomiasteczkowości totalnie rozregulował „ambicjometr”. Wpisuje się to w pewien nie-taki-znowu-wynaturzony stereotyp, tutaj dodatkowo połączony z ciążową traumą i składającą na wynikającą z nich codzienność freelancerki, która ma zbyt wiele czasu dla siebie i swoich przemyśleń, ale już niezbyt wiele dla innych.

    Szczęśliwa rodzina, na prowincji czy nie, nie jest tutaj bynajmniej utożsamiana z dojrzałością. To przyziemna „rozrywka plebsu”, ukazana jako normalna, wynikająca po części z wewnętrznej potrzeby, a po części z koniunkturalnego pędu, kolej rzeczy. Poza tym oni dopiero się pobrali, dopiero zrobili sobie dziecko, są wciąż młodzi i szczęśliwi, więc skąd argument o zdradach i rozwodach? To jest schemat, który jeśli w ogóle się zmaterializuje, to znacznie później.

    Czym poparte jest Twoje twierdzenie, że „większość kobiet przynajmniej raz w swoim życiu doświadcza poronienia i jest to absolutnie normalne zjawisko”? Według statystyk tylko do 15% ciąż kończy się poronieniem, a wiążąca się z tym trauma pojawia się u 85 kobiet, z czego aż 10% objawia się po co najmniej roku od zdarzenia i potrafi rzutować na całe życie. Nie zgadniesz, ale badania dowodzą, że typowymi objawami w tego typu przypadkach są: rozpad więzi rodzinnych i towarzyskich, alienacja i permanentna depresja, w wybranych przypadkach prowadząca do socjopatii.

    Na koniec: porażkę finansową (która – nawiasem – nie jest przecież wyznacznikiem jakości) ponoszą filmy, które nie zarobiły na siebie. Wpływy z dystrybucji „Kobiety…” na całym świecie wyniosły 22 miliony dolarów, czyli ten akurat zwrócił się podwójnie. A trzeba mieć na uwadze, że w Stanach został on potraktowany jako arthouse (ok. 900 kopii, czyli 2,5-3 razy mniej od przeciętnego dużego filmu), a w wielu krajach (np. u nas) do kin nie wszedł w ogóle.

    john doe,

    sekcja komentarzy pod moimi recenzjami to od niemal samego początku miejsce przeznaczone przede wszystkim dla ludzi, którzy dany film widzieli i chcieli go przedyskutować, a trudno to robić nie omawiając wprost jego treści.

  8. 9/10? Panie Piotrze chyba Pana troszkę poniosło:) Swoją drogą, fajny film.

  9. @Ewa

    Theron wygląda gorzej niż w Monster? Opinie facetów są zdecydowanie inne:) Theron, która gra 37 letnią kobietę, wygląda w tym filmie mega sexownie!

  10. To ocena zgodna z moimi odczuciami, that’s all. :)

  11. Piotr Pluciński

    już rozumiem, przekonałem się o tym w /the hard way/. memo do siebie – nie czytać komentarzy przed obejrzeniem filmu. memo do autora – mimo wszystko krótka adnotacja przed spoilerami pod koniec tekstu/na początku komentarzy na pewno by nie zaszkodziło.
    pozdrawiam

  12. Cieszę się, że trafiłam na tę recenzję, jest b. dobra i ciekawa.
    Film jest wg mnie świetny i uważam, że powinno być o nim głośniej.
    Theron jest w nim znakomita, chyba po raz pierwszy zrobiła na mnie takie wrażenie jako aktorka (film „Monster” nie przypadł mi do gustu).

    Oglądałam ten film już po przeczytaniu interesującego wywiadu ze scenarzystką Diablo Cody. Polecam wszystkim, bo jest to kobieta niezwykle inteligentna, a jej przemyślenia na temat kondycji współczesnego człowieka, kobiety, jej roli są bardzo trafne i oddają dylematy jakie mają young adult :) Sama mam 20-parę lat i mam podobne refleksje.
    Tu jest link: http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,11151897,Eksperyment_z_wolnoscia.html

    Nie zgadzam się z komentarzem p. Ewy, która twierdziła, że film jest moralizatorski i niejako gloryfikuje „normalne” życie Buddy’ego i jego rodziny. Ja odbierałam ich jako takich małych hipokrytów, ich stosunki z Mavis były dla mnie nieszczere. Buddy oczywiście kocha swoją żonę i jest oddanym mężem i ojcem, ale podejmuje „grę” z Mavis (to, że w filmie nie mamy podanego w łopatologiczny sposób monologu wewnętrznego bohatera, w którym stwierdza, że Mavis go podrywa nie znaczy, że tego nie widzi! to samo z jego żoną), a jego żona również prowokuje dziwne, niekomfortowe sytuacje. Scena na przyjęciu (chrzcinach? nie pamiętam) jest kumulacją gęstej atmosfery między bohaterami i ostatecznym upokorzeniem Mavis, z którego „małomiasteczkwi” czerpią satysfakcję. To oni, „normalni”, stawiają bohaterkę w kontraście do siebie. Oni nie pozwalają jej na niedojrzałość (temat poruszony w wywiadzie) i inność, jej – kobiecie. Buddy, który całuje się z Mavis jest w jakiś sposób „rozgrzeszony”, może i ma poczucie winy, ale to ją oceniamy jako prowokatorkę i niszczycielkę rodzinnej harmonii.

    Piękna jest scena finałowa, w której siostra kulawego bohatera daje naszej bohaterce „błogosławieństwo”. Pozwala jej żyć tym dziwnym, niespełnionym (w powszechnym mniemaniu) życiem. To taki mały, nienachalny i prosty „manifest” feministyczny – ty, sama decydujesz o swojej drodze; ty, sama ukształtuj swoje życie nawet jeśli miałoby być miałkie, puste, bezproduktywne.

    Nie spieszyłabym się z tezą o nieszczęściu bohaterki, w końcu nie można powiedzieć, że jakiś model życia daje szczęście i satysfakcję w 100%, 24h/d. Na szczęście scenariusz nie sili się na dekonstrukcję mitu szczęśliwej rodziny (to mogliśmy oglądać już niejednokrotnie, choćby w „American Beauty”) i nie próbuje łapać dwóch srok za ogon. Liczę na więcej filmów duetu Cody-Reitman, bo to działa!

  13. Oj z tym Monsterem to miało być na plus właśnie! Ona jest przepiękną kobietą w realu, ale w Young Adult było kilka scen, w których ją mocno zbrzydzili (za dużo makijażu, ta podła treska, alko, za mało snu).
    Z tymi poronieniami to ciężka sprawa, moje prywatne statystyki mówią coś zupełnie innego, a wbrew pozorom nie jest to zbyt łatwa kwestia do statystycznego badania. Nieważne, to akurat drobiazg.
    IMDB mi mówi, że zarobił 16mln$ w Stanach, przypominam że Juno i W chmurach to były kwoty rzędu 150 mln, więc chyba ewidentnie coś nie zagrało. Ten sam arthouse.
    Swoją drogą to niesamowite, że odebraliśmy ten sam film tak bardzo opozycyjnie, gdzieś przewinął się „feministyczny manifest”, ja mówię apoteoza konserwatyzmu. Moje złe zdanie o tym filmie pewnie gdzieś bierze się w bardzo wysokich oczekiwań, zwłaszcza względem Diablo Cody. Niestety im nie sprostał. Plus nie mogę wybaczyć Charlize, że nie wzięła ze sobą siostry!

    Dzięki za odpowiedź.

    P.S wybaczcie, ale ja nie wierzę w spoilery i nic mnie nie zmusi do żadnych adnotacji. Po za tym Piotr już wyczerpał temat: to jest blog do dyskusji o obejrzanych filmach, wystarczy nie baczyć na komentarze.

  14. Ojej, chyba pierwsza recenzja z ktora w pelni sie zgadzam.

  15. Pierwsza recenzja tego filmu, czy – co gorsza – pierwsza moja recenzja? :)

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php