Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

19.08.2012
niedziela

Merida Waleczna [7/10]

19 sierpnia 2012, niedziela,

Niesforny rudzielec

Gdy w 2006 roku Disney przejmował udziały w Pixarze, w Internecie zawrzało. Oto sterany twórczym kryzysem gigant ratuje się wykupując niezależne studio, które właśnie wypracowało sobie własną, rozpoznawalną markę. Początkowo jeszcze obawy, że moloch zamieni pixarowską kreatywność w maszynkę do zarabiania łatwych pieniędzy okazały się nieuzasadnione: w latach 2007-2010 studio Eda Catmulla stworzyło swoje największe i najlepsze filmy, a każdy kolejny łamał więcej utartych przez Disneya schematów od poprzedniego. Bańka oczekiwań w końcu jednak pękła, i oto przed rokiem światło dzienne ujrzała pierwsza naprawdę średnia i – jak się wydaje – podyktowana głównie względami zarobkowymi animacja Pixara: „Auta 2”. Słowom krytyki nie było wówczas końca, a co odważniejsi zapowiadali nawet rychły zmierzch artystycznych sukcesów studia.

Tymczasem wchodząca właśnie na polskie ekrany „Merida Waleczna” zadaje kłam tym sądom, dowodząc, że nawet pod okiem starszego brata Pixar wciąż jeszcze potrafi nieźle napsocić. „Merida…” to swoisty paradoks: Brenda Chapman i Mark Andrews biorą prosty disnejowski schemat historii o zbuntowanej księżniczce i przeciągają go przez magiel, pozbywając się typowej dla tego typu opowieści męskiej perspektywy.

W baśniach Disneya walka o niezależność była najczęściej ułudą, a wyswobodzenie się z jednych więzów odbywało się kosztem wpadnięcia w kolejne. Bohaterki – naiwne, rozpuszczone szlachcianki – buntując się przeciwko zaborczym rodzinom i/lub obyczajowym konwenansom, robiły to w najprostszy znany im sposób: wdając się w romanse z nieakceptowanymi przez otoczenie mężczyznami. Nieważne, czy byli oni akurat wyrzutkami, czy rycerzami w lśniących zbrojach: deklarowana im miłość miała zazwyczaj charakter czysto poddańczy i wiązała się ze świadomą, dobrowolną rezygnacją z dotychczasowego życia.

Merida tymczasem ulepiona jest z zupełnie innej gliny. Jako córka szkockiego wojownika, bunt ma we krwi. Niesforny rudzielec wdał się zresztą w ojca – ten lubi sobie wypić, fangę w nos potrafi sprzedać, a z kindersztubą od zawsze jest na bakier. Na swą matkę dziewczyna spogląda raczej podejrzliwie: jak na królową przystało, jest zawsze opanowana, do przesady kompromisowa, a jednocześnie zaocznie zarządza królestwem męża. Czyżby ojciec porwał ją przed laty z jakiegoś szlacheckiego dworu? Może prosto od Disneya?

To właśnie status społeczny odróżnia bohaterkę animacji Pixara od jej disnejowskich koleżanek. Królestwo jej rodziców to prowizorka, a dla świata zewnętrznego są po prostu nieokrzesanymi dzikusami. Dlatego też Merida jest wolnym duchem, dzieciakiem biegającym po lesie z łukiem, wiecznie żądnym przygód. Gdy dorosłość puka do jej drzwi, nieskrępowana dotąd żadnymi normami dziewczyna wpada w panikę. Obyczajowy gorset bardzo dosłownie dusi ją i uwiera: jest w filmie ładna symboliczna scena, w której bohaterka narzeka na krępującą jej ruchy suknię, zaś kolejne próby wyswobodzenia spod szczelnego nakrycia głowy kosmyka włosów stają się dla niej małą ideologiczną wojenką.

Niespodzianką jest jednak, że Merida nie szuka rozwiązania swojego problemu w ramionach mężczyzny. Ba, to właśnie płeć przeciwna jest tu największym zagrożeniem. Rodzice usilnie próbują wyswatać ją z synem przywódcy jednego z konkurencyjnych klanów, ale ona nie jest żadnym zainteresowana. Podsuwani jej pod nos śmiałkowie nie są ani przystojni, ani odważni, ani nawet specjalnie inteligentni.

Twórcy „Meridy…” nie do końca radzą sobie z tak śmiałym założeniem. Gdy przychodzi im obrać dla swojej bohaterki właściwy oręż w walce o własną autonomię, posiłkują się rozczarowującą fabularną woltą, która niepotrzebnie spycha całą historię do poziomu fantastycznej przygody z kompromisowym morałem. I choć z filmu płynie mądre przesłanie, że wolność nie zawsze trzeba sobie w pocie czoła wywalczyć, czasem wystarczy do niej dorosnąć, to film kończy się w wygodnym – dla uznania go za feministyczny manifest – momencie. Osiągnięte zostaje pokoleniowe porozumienie, ale walka o niezależność wciąż pozostaje nierozstrzygnięta.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php