Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

9.09.2012
niedziela

Ted [5/10]

9 września 2012, niedziela,

John i Ted: Friends 4 Life!

„Ted” to film jednego gagu. Miś pali, miś podrywa, miś pije. Żart nie polega jednak na tym, że czynności te – zarezerwowane najczęściej dla mało rozgarniętych, drugoplanowych bohaterów szczeniackich komedii – stają się udziałem pluszowej maskotki. Chodzi o to, że na Teda nikt nie zwraca uwagi, zupełnie jakby był on po prostu kolejnym mówiącym, pijącym i kopulującym misiem, jakich pełno na świecie. Owszem, w krótkim wprowadzeniu, rozgrywającym się w roku 1985, dowiadujemy się, że Ted „ożył” pod wpływem życzenia 8-letniego Johna i na chwilę zyskał z tego powodu ogólnokrajową famę, ale dziś, w roku 2012, stało się to pewną normą.

Ted (komputerowy miś z głosem reżysera filmu Setha MacFarlane’a) korzysta więc z uroków codzienności, wiodąc żywot rozkapryszonego hedonisty, a kolejne dni dzieli pomiędzy browar, trawkę i wygłupy z dorosłym już Johnem (przeciętny Mark Wahlberg). Przez lata obaj wypracowali sobie dziwaczną relację – z dziecięcej maskotki Ted przeistoczył się w kumpla od imprez, podrywu i najszczerszych zwierzeń, John zaś pozostał niedojrzałym emocjonalnie dzieciakiem, wciąż niepotrafiącym przystosować się do reguł panujących w dorosłym życiu.

Taki stan rzeczy ma swoje konsekwencje. Będąc w poważnym związku z kobietą swego życia, John musi w końcu wybrać pomiędzy uczuciem do poukładanej Lori, a lojalnością względem rozbrykanego Teda.

Film MacFarlane’a, jak większość komedii o dzisiejszych trzydziestoparolatkach, opowiada o późnym dojrzewaniu. Zestaw zachowań świadczących o domniemanej niedorosłości jest tu dość standardowy: niekończąca się bumelka, piwna pogaducha o wszystkim i o niczym, szczypta obowiązkowego szowinizmu. Jest też oczywiście popkultura, ale i – tutaj chyba największa niespodzianka – ustawiona przez autora pod pręgierzem wielkiej odpowiedzialności. To właśnie kiczowate filmy, mało ambitna muzyka i ogłupiająca telewizja obarczone zostają winą za kiepskie przystosowanie do życia całego pokolenia zdziecinniałych, niemyślących obiboków.

Codzienność Teda i Johna ma to na swój sposób potwierdzać. Obaj wychowali się na „Gwiezdnych Wojnach”, znają na pamięć „Flasha Gordona”, a w rozmowach ciągle powołują się na rozrywkowe standardy z lat osiemdziesiątych, zupełnie jakby na nich świat się zatrzymał. Potrafią godzinami uskuteczniać gry słowne, ale tylko pod warunkiem, że oscylują one wokół piwa. Rzadko schodzą z kanapy, a najlepiej im się myśli na haju. Ot, typowe ofiary demonicznej popkultury…

Teza postawiona przez MacFarlane’a jest zuchwała i z pewnością nie bezpodstawna, ale już jej argumentacja – skrótowa i przerysowana. Oto wierzyć mamy, że 35-letni facet nie potrafi poukładać sobie życia, bo w telefonie ma melodię z serialu z Davidem Hasselhoffem, a zamiast pracować, woli pooglądać dodatki na dvd. Co więcej, przeciwwagą dla niego ma być jego „odpowiedzialna” i „dojrzała” partnerka – korporacyjna dziunia w idealnie skrojonej garsonce, niby niezależna i oddana – bo któryś raz z rzędu nie godzi się na prostacki flirt z pracodawcą – ale jednocześnie nie dość konsekwentna, by problematyczną sytuację rozwiązać wypowiedzeniem.

Zaskakujący to koncept, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że MacFarlane jest twórcą kultowego serialu „Family Guy”, w którym niejednokrotnie już diagnozował stan współczesnej amerykańskiej rodziny, a po części także ideę związku samą w sobie, doszukując się ich potencjalnej dysfunkcjonalności daleko poza strefą popkultury.

„Ted” jest w tym kontekście zaledwie ubogim kuzynem znakomitego serialu, sprowadzonym do błyskawicznej przeglądówki gagów. Jedne są lepsze (np. cały motyw z Flashem Gordonem), inne słabsze, ale ponad przeciętność typowej wakacyjnej komedii na ogół się nie wznoszą. MacFarlane ma zresztą wyraźny problem z uformowaniem swojego filmu – po tylu latach spędzonych w telewizji, jego debiut pełnometrażowy jest rozchwiany i niekonsekwentny; kluczy gdzieś na peryferiach współczesnej baśni, buddy movie, a nawet komedii kryminalnej.

Nie wchodząc w żadną z konwencji do końca, MacFarlane tylko uwypukla największy problem swego filmu – koncept gadającego, wiecznie świntuszącego misia wyczerpuje się… po 15 minutach.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 7

Dodaj komentarz »
  1. W „South Park” jest jeden odcinek, a w nim rozmowa o „Głowie rodziny”. Jedna z postaci uwielbia ten serial, inna dość trafnie krytykuje, że ten serial to seria niezbyt ze sobą powiązanych gagów (linia fabularna jest często bardzo nikła, choć nie zawsze). Czyli główny zarzut i wada „Teda” istniała już w serialu MacFarlanea. Tylko odcinek serialu jest zdecydowanie krótszy niż film fabularny.

    Taka mała uwaga, Amerykanie są zdecydowanie bardziej rozrywkowi niż Polacy. To podobno u nich duży problem, żeby z tego stanu wyjść. My biedni europejczycy tego nie rozumiemy.

  2. Nie zgodzę się. Po roku mieszkania w USA (konkretnie w śródmieściu Chicago), uważam, że Amerykanie, owszem, są zabawowi, ale przy tym pozbawieni polotu i rzeczywiście w ogromnym stopniu sterowani przez popkulturę. Może w złym towarzystwie się obracałem, ale naprawdę trudno było tam znaleźć ludzi o szerszych popkulturalnych horyzontach.

  3. Ta recenzja jest tak słaba jak ocena jaką dałeś Tedowi. jest zupełnie odwrotnie, właśnie w Tedzie w końcu świetne gagi z Family Guya ubrane zostały w fabułę. Coś ty taki spięty człowiek z pretensjami do świata? Ta komedia ma dobry humor, raz ambitny raz „toaletowy”, ale poza paroma średnimi żartami jest wypełniona perełkami. Dzięki motywowi z dorastaniem odchodzi od trywialności. Owszem jest tam prosty schemat, ale rozegrany ze świadomością. A ty masz jakieś pretensje że oto powinna być satyra upolityczniona z przesłaniem… jakbyś kij od szczotki połknął. Family Guy diagnozował stan amerykańskiej rodziny? W którym odcinku? Obejrzałem wszystkie i były to głównie jaja na luzie, a nie jakieś głębsze manifesty. Jedyne co mnie w Tedzie irytowało to komentarz narratora i nie do końca perfekcyjna gra aktorów (główny i porywacz mnie jakoś razili), ale w na tym się nie znam (znam się na humorze)

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Póki co, jedynym człowiekiem z pretensjami jesteś tutaj Ty.

  6. „spójrzcie co uczynił Jezus” chyba jeden z lepszych tekstów w filmie……

  7. Nie wiem czemu, ale nawet reklama Teda nie była mnie w stanie zachęcił do obejrzenia filmu. Jakiś taki… nic ciekawego. A mówię to jaka osoba która ogląda amerykańskie komedyjki typu Kac Vegas a nie tylko WYBITNE (koniecznie wielkimi literami) kino.

  8. Ted jest to fajny film polecam oceniam ten film 10/10.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php