Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

28.12.2012
piątek

Weekendowa rupieciarnia #1

28 grudnia 2012, piątek,

Z trzech październikowych premier komiksowych Kultury Gniewu, „Nest” Marka Turka i „Wszystko zajęte” Marcina Podolca są tymi mniej przystępnymi i słabiej promowanymi pozycjami, siłą rzeczy przesuniętymi w cień przez przebojowe „Rozmówki polsko-angielskie” Agaty Wawryniuk. Albumy Turka i Podolca okazują się lekturą nieco bardziej hermetyczną – nie tylko zamkniętą w swoim ściśle określonym koncepcie, ale wręcz niechętnie otwierającą się na przygodnego czytelnika. Zrozumieć je w pełni, to powrócić do nich więcej niż raz i wyłapać niuanse, które dotąd pozostawały w ukryciu.

Takie jest zwłaszcza „Wszystko zajęte”, obyczajowa opowieść o dwóch braciach prowadzących zakład pogrzebowy. Historia ich relacji ze sobą i innymi ludźmi utkana jest z dziesiątek pustych kadrów i niezbyt wielu słów, które raz układają się w logicznie spójną całość, kiedy indziej zaś stanowią pretekst, by wpisać część wydarzeń w nierzeczywisty nawias. Ale bez względu na to, na jaką interpretację się zdecydujemy, komiks Podolca będzie gorzką, wypełnioną silnymi doznaniami opowieścią o poszukiwaniu swojego miejsca w świecie, który nie funkcjonuje zgodnie z wpojonymi nam zasadami. Czy dlatego, że każdy stosuje w nim swoje własne?

„Wszystko zajęte” to gęsta plątanina emocji, spośród których na pierwszy plan wysuwa się niespełnienie, potrafiące sprowadzić na ziemię w najbardziej nieoczekiwanych chwilach. Autor podchodzi jednak do wymowy swojego dzieła z pewną nonszalancją i przewrotnością, już w króciutkim wprowadzeniu zaznaczając, że na pewno wiedział jedno: co by się nie działo, na końcu jego bohater (ten ważniejszy z dwóch braci) będzie się uśmiechał.

Nieco inny jest przypadek „Nest” Marka Turka. To wizualny monument, który od pierwszego kadru atakuje sugestywną mieszaniną czerni i bieli, wciągając do swojego paranoicznego świata z pogranicza sennego koszmaru i wojennej historii. Turek wykorzystuje (dość wątłą, niestety) intrygę kryminalną jako pretekst, by odpalić kalejdoskop szalonych obrazów, które z Francji lat 40. przenoszą nas do przesiąkniętego obłędem umysłu dokonującego tajemniczych zbrodni. I choć powołuje się przy tym na inspiracje stricte komiksowe, „Nest” przypomina raczej papierową wersję filmowej „Celi” Tarsema Singha. Z tą różnicą, że twór Turka okazuje się zbyt krótki i powściągliwy, by swą warstwą wizualną trwale pokryć mieliznę banalnego scenariusza.

Nieoczywistą ciekawostką jest komiksowa mini-antologia „Lucky Luke’a” od Egmontu, będąca całkiem sympatycznym, niewinnym wspomnieniem westernowego kanonu sprzed półwiecza. W albumie znalazły się trzy historie z lat 1962-64, czyli najbardziej płodnego dla duetu Morris-Goscinny okresu. Pierwsza z nich, „Rywale z Painful Gulch”, stanowi zabawną pochodną klasycznego kryminału „Krwawe żniwo” Dashiella Hammetta, w której Luke próbuje rozwiązać konflikt pomiędzy dwoma lokalnymi rodami zwaśnionych watażków. W epizodzie drugim, „Górach czarnych”, bohater towarzyszy ekspedycji naukowej, która badając dziewicze rejony Ameryki napotyka coraz to większe problemy. Historia trzecia, „Daltonowie i zamieć” to z kolei – jak tytuł wskazuje – typowa potyczka Luke’a z głupawymi braćmi-rzezimieszkami, dla odmiany jednak rozegrana w dość nietypowej, zimowej scenerii Kanady.

Całość, łącząc w sobie narracyjny sznyt, znajomość kowbojskiej mitologii i stylową, staroświecką już kreskę, stanowi sentymentalną i zabawną wyprawę do czasów, kiedy na ekranach rządził niezłomny John Wayne, Indianie byli tymi złymi, a zwycięski bohater zawsze odjeżdżał w siną dal przy zachodzącym słońcu.

Sporym zaskoczeniem okazał się „Testament Sherlocka Holmesa”, kolejna gra przygodowa z serii o słynnym detektywie. Jej twórcy nie poszli na łatwiznę i stworzyli zdecydowanie najciekawszy odcinek cyklu, rozpięty pomiędzy dojmującą atmosferą osaczenia (bohater zostaje uwikłany w szereg zbrodni), a wyjątkowo udanymi, angażującymi zagadkami. Niewiele zmieniło się pod względem graficznym – gra nadal nie dorasta do standardu oferowanego przez efektowne produkcje z gatunku TPP i FPS, ale zyskuje w detalach: doskonale odwzorowane zostały lokacje do przeszukania i ciała, na których przeprowadzać będziemy autopsje.

Plusem „Testamentu…” jest niewątpliwie fakt, że w chwili, gdy postać Holmesa przeżywa w popkulturze swą drugą młodość (tylko w tym roku premierę miały pełnometrażowa „Gra cieni” Guya Ritchiego i drugi sezon „Sherlocka” w stacji BBC), twórcy „Testamentu…” zdecydowali się na klasyczny, nieco staroświecki model opowieści, który w całym towarzystwie okazuje się najbardziej zgodny z duchem oryginału.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php