Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

11.02.2013
poniedziałek

Zjawy

11 lutego 2013, poniedziałek,

Na pierwszy rzut oka film Todda Lincolna zapowiada się całkiem obiecująco – by nakręcić sprawny dreszczowiec o nawiedzonym domu nie potrzeba przecież wielkich kompetencji czy nawet doświadczenia. I choć młody reżyser nie miał ani jednego, ani drugiego – „Zjawy” są jego debiutem pełnometrażowym, a o wcześniejszych teledyskach nie da się powiedzieć wiele dobrego – to nieumiejętność wykorzystania podjętej tu konwencji i tak zaskakuje.

Fabułę można streścić w jednym zdaniu – młoda para wprowadza się do okazałego domu na przedmieściach, w którym zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Zestaw dziwności jest tu zresztą dość standardowy – podejrzane dźwięki, przesuwające się meble, upiorne cienie. Nic, czego nie byłoby w dziesiątkach podobnych produkcji. Tym bardziej, że Lincoln sporo z nich pożycza, od siebie dodając niewiele.

Jego posklejany ze znajomych motywów horror najlepszy jest, gdy próbuje naśladować podglądacką manierę „Paranormal Activity”. Bohaterowie kluczą wówczas po domu, najczęściej w kompletnych ciemnościach, oświetlając sobie drogę telefonem lub kamerą. To zawsze działa – atmosfera jest odpowiednio zagęszczona, a zza rogu wyskoczyć (i przestraszyć na śmierć) może cokolwiek.

Gorzej, że film Lincolna nie trzyma się pojedynczej konwencji, skupiając w sobie także rozwiązania znacznie bardziej oczywiste, często niepasujące do siebie nawzajem. Obok “Paranormal…” jest tu więc także “Duch” czy “Grudge – Klątwa”. Groza łatwo przetapia się wtedy w groteskę, a intryga z minuty na minutę staje się coraz mniej przekonująca.

Co więc zostaje?

Bronią się drobiazgi, na które zapracowali inni. Daniel Pearl, autor zdjęć do „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”, zadbał by miejsce akcji – nowe osiedle w samym sercu piaszczystej Kalifornii – stwarzało wrażenie złowieszczej harmonii. Elektroniczny duet tomandandy, znany przede wszystkim z końcowych odcinków serii „Resident Evil”, robi co może, byśmy od czasu do czasu podskoczyli w fotelu. Swoich fanów znajdą też pewnie Ashley Greene (Alice ze „Zmierzchu”), która przemyka przez kolejne sceny w kusych majteczkach i za małych tunikach, oraz Tom Felton (Draco Malfoy z „Harry’ego Pottera”), pojawiający się na chwilę na drugim planie.

Problem w tym, że ogromu ich doświadczeń nie udało się w żaden sposób wykorzystać. Powstało kino zrezygnowane i zmęczone, choć liczące sobie zaledwie… 79 minut.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php