Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

15.02.2013
piątek

Bez hamulców

15 lutego 2013, piątek,

Dla Davida Koeppa czas nie był zbyt łaskawy. Ambicjonalny niegdyś scenarzysta swoje najlepsza lata – a należą do nich te, gdy pisał „Życie Carlita” czy „Park Jurajski” – ma już za sobą. Dziś specjalizuje się w kinie łatwym, schematycznym i najczęściej pochodzącym z odzysku – dla Spielberga napisał adaptację “Wojny światów” i ostatnią część „Indiany Jonesa”, dla Sonnenfelda trzecią część „Facetów w czerni”, a dla Howarda kontynuację „Kodu Da Vinci”. Nakręcony za skromnych 20 milionów dolarów „Bez hamulców” to pierwszy od 4 lat film, który Koepp także wyreżyserował.

Bohaterem jego historii jest Wilee (Joseph Gordon-Levitt), kurier rowerowy z Nowego Jorku, który otrzymuje zlecenie dostarczenia niepozornej koperty. Gdy pakunkiem zaczyna interesować się nadgorliwy i podejrzany gliniarz (Michael Shannon), bohater zdaje sobie sprawę, że musi mieć ona dla niego osobistą wartość. Rozpoczyna się szalony wyścig do celu – Wilee usiłuje doręczyć przesyłkę, policjant chce mu w tym za wszelką cenę przeszkodzić.

W konstruowaniu swej opowieści Koepp sięga po proste schematy i znajome patenty: czyny są tu ważniejsze niż słowa, bohaterowie lekko zarysowani, a olbrzymia metropolia kurczy się do maleńkiego przedsionka, w którym nieustannie krzyżują się ich losy. Jednocześnie jednak intryga okazuje się na tyle banalna, że dla urozmaicenia wykrzywieniu ulega chronologia zdarzeń – w trakcie pościgu cofamy się raz po raz w czasie, by poznać motywację i wcześniejsze losy bohaterów. Nie ma tu jednak miejsca ani czasu na budowanie złożonych postaci, dlatego pojedynek odbywa się według sprawdzonego klucza – Gordon-Levitt gra swoim wizerunkiem bezczelnego, ale urokliwego lekkoducha, Shannon zaś niemal odruchowo staje się kolejnym świrującym desperatem.

Taki układ ma swoje przełożenie na odbiór filmu. Skoro rywalizację między aktorami napędza wyłącznie szybkość, to gdy ta momentami spada, ustępując miejsca retrospekcjom, kurczy się także potencjał filmu.  Prowizoryczny dialog i powierzchownie nakreślone postacie nie wytrzymują porównania z niebezpieczeństwami, jakie czyhają na bohaterów w zatłoczonym mieście.

I to właśnie Nowy Jork okazuje się tu prawdziwym bohaterem. Akcja filmu toczy się głównie na jego ulicach, a istotną rolę odgrywają imponujące zdjęcia plenerowe. Dzięki swobodnej pracy kamery, wraz ze ścigającymi się bohaterami przemierzamy duże fragmenty miasta – Harlem, Manhattan czy Central Park. W innych produkcjach pojawiają się na ogół tylko na ułamek sekundy, tu zaś możemy zobaczyć je z bliska, w naturalnym otoczeniu, często nieograniczonym sztucznymi dekoracjami czy dziesiątkami opłaconych statystów. Mknąc w ten sposób kolejnymi ulicami hałaśliwej metropolii, łatwo zrozumieć zawartą w tytule filozofię – hamulce to, jak mówi sam Wilee, śmierć. Także dla filmu.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Dobra rozrywka.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php