Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

25.02.2013
poniedziałek

Spokojnie, to tylko Oscary!

25 lutego 2013, poniedziałek,


Koniec ceremonii oscarowej to na ogół początek narzekań. Emocje związane z typowaniem nagród zastępują utyskiwania na ich wyniki, a pośród opinii o gali trudno znaleźć taką, która składałaby się z samych tylko zachwytów. To normalne – przy tak wielu kategoriach, końcowe wyniki muszą, w mniejszym lub większym stopniu, rozminąć się z naszymi gustami. Za co Oscar dla X? Dlaczego Y, a nie Z? Dawniej łatwo było tendencję przeoczyć. Dziś, gdy z każdej strony oplata nas sieć, a opinię na dany temat wydać może dosłownie każdy, trudno tego uniknąć.

Od rana zaroiło się w polskich mediach od mniej i bardziej zaangażowanych opinii na temat tegorocznej imprezy. Ciekawostką jest, że niemal żadne z tych wypowiedzi się nie pokrywają. Jedni piszą, że oto Akademia idzie w politykę, chwaląc jej odwagę, inni widzą w jej decyzjach konserwatywne pobudki i brak głębszej refleksji. Przeczytać można zarówno, że tegoroczna gala stanowi triumf przyziemnego patriotyzmu, jak i to, że stała się odskocznią od rzeczywistości. Że Jennifer Lawrence była czarująca. Lub trywialna. Że Affleck nie zasłużył na Oscara za najlepszy film, lub że nie zasłużyli wszyscy pozostali. Ilu ludzi, tyle opinii.

Co jednak najbardziej uderzające, wszystkie te komentarze utrzymane są w poważnym tonie. To bardziej informacyjny donos i reporterska relacja, niż swobodna wizyta w hollywoodzkim lunaparku. Zupełnie, jakby wszyscy zapomnieli, że prowadzenie tej wielkiej i doniosłej imprezy przypadło facetowi, którego najnowszym hitem jest komedia o wiecznie klnącym, palącym jointa za jointem pluszowym misiu.

Wystarczy jednak szybka wizyta w którymś z zachodnich portali poświęconych kinu, by zrozumieć, że tam Oscary to przede wszystkim niezobowiązująca zabawa. Owszem, wpisane są weń pewne oczekiwania i zasady, a otrzymanie samej statuetki to wciąż kwestia prestiżu, ale w mediach rzadko podejmuje się poważne debaty na temat samych wyników. W podsumowaniach królują zdjęcia zza kulis, opinie dotyczące sukni, cytaty z prowadzącego galę Setha MacFarlane’a. Zaproszeni do studia eksperci nie prawią – jak to jest u nas – czy Oscar dla „Operacji Argo” to zwiastun regresu, objaw patriotyzmu, czy może nowy rozdział w najnowszej historii Hollywood.

Sam często wmawiam sobie, że Oscary mają jakieś większe znaczenie i do wyborów Akademii dorabiam ideologię – jeśli nagrodzono „Meridę Waleczną”, to pewnie po to, by utrzeć nosa twórcom animacji poklatkowej; jeśli nagrodę za reżyserię dostał Ang Lee, to dlatego, że w Hollywood ceni się masywne ornamenty. Oscary to tymczasem zachodnia wersja Eurowizji – konkursu, w którym nagradza się tych najbardziej lubianych, którzy tylko od czasu do czasu są jednocześnie tymi, którzy najbardziej na nagrodę zasłużyli.

Większe znaczenie ma tam rewia oscarowych strojów, emocje towarzyszące przemówieniom i – po prostu – radość towarzysząca wynikom. Nikt tam nie zgrywa mądrali, bo świadomość lokalnego targowiska próżności jest tak silna, że dawno wzięto je już w stosowny nawias. Nadęte gadki zarezerwowano na Cannes.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php