Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

1.03.2013
piątek

Psychoza Hitchcocka

1 marca 2013, piątek,

Wchodzący właśnie na polskie ekrany „Hitchcock”, biograficzny szkic słynnego reżysera, nosił początkowo tytuł zaczerpnięty bezpośrednio z książki Stephena Rebello, na podstawie której powstał – „Alfred Hitchcock and the Making of Psycho”. W tłumaczeniu dosłownym oznacza on tyle, co „Alfred Hitchcock i realizacja >>Psychozy<<”, ale już przy odrobinie dobrej woli końcówka łatwo zmienia się w „…narodziny szaleńca”. Z pełnego tytułu ostatecznie zrezygnowano, ale sam film pozostał wierny książkowej tezie, jakoby kultowy shocker wyzwolił długo tłumione lęki i obsesje reżysera, znacząco wpływając na jego pracę i życie osobiste.

Zaczęło się – jak to zwykle bywa – od kryzysu. „Zawrót głowy”, najbardziej ambicjonalny projekt Hitchcocka od lat, poniósł finansową klęskę i spotkał się z niezrozumieniem prasy. Na domiar złego, nakręcony zaraz po nim bardziej widowiskowy, ale i zrealizowany według bezpiecznej formuły thriller szpiegowski „Północ, północny zachód” nadal nie zadowalał części wpływowych krytyków. Hitchcock rzadko się do tego przyznawał, ale zawsze liczył się z opiniami prasy, a w tym konkretnym przypadku humoru nie poprawiły mu nawet bardzo dobre wyniki finansowe „Północy…” – 60-letni wówczas reżyser był zdruzgotany sugestiami, jakoby jego talent się wypalił, a on wkroczył w „starczy” etap swojej twórczości, kiedy to kolejne wymęczone produkcje nie idą w parze z dotychczasową magią nazwiska. Hitchcock wiedział, że by zamknąć usta sceptykom i raz jeszcze poderwać widzów z foteli, kolejny jego projekt musi być wyjątkowy.

Na etapie poszukiwań idealnej fabuły Hitch zdążył odrzucić blisko tuzin wyselekcjonowanych przez jego współpracowników propozycji, w tym dwie głośne adaptacje – „Dziennik Anne Frank” i bondowskie „Casino Royale”. I właśnie wtedy jego asystentka, zaintrygowana recenzją w prasie, podsunęła mu powieść Roberta Blocha pt. „Psychoza”. Olśnienie było natychmiastowe – desperacja w poszukiwaniu odpowiedniej historii ustąpiła szczerej fascynacji. Thriller Blocha okazał się błyskotliwy, bezkompromisowy i emocjonujący do samego końca. Hitch miał swój kolejny film, ale wtedy nie wiedział jeszcze, jak wiele prób i wyrzeczeń kosztować go będzie realizacja tego kultowego dziś dreszczowca.

Szefostwo studia Paramount nie było zachwycone ani tematem, ani tym bardziej bohaterem filmu i przystało na jego dystrybucję kinową tylko pod warunkiem, że to reżyser zapewni liczący 800 tysięcy dolarów budżet produkcyjny. Decyzja o samodzielnym finansowaniu „Psychozy” była jedną z najważniejszych i najtrudniejszych w karierze Alfreda Hitchcocka i przełożyła się bezpośrednio na relacje z żoną Almą.  Groźba ewentualnego bankructwa i utraty materialnego bezpieczeństwa była kolejną ciężką cegłą w ich niełatwym, pełnym seksualnej i zawodowej frustracji związku. Pojawiły się wzajemne pretensje, kłótnie o scenariusz, a nawet podejrzenia o romanse – Alma nie czuła się spełniona ani jako kobieta, ani jako współpracownica Alfreda.

Sytuację pogłębiły problemy z cenzorami, którzy już na etapie czytania scenariusza mieli zastrzeżenia zarówno do sceny prysznicowej, jak i kwestii prozaicznych, dotyczących np. pojawiającego się w filmie odgłosu… spłuczki. Stres, presja i piętrzące się problemy nie pozostały bez wpływu na zachowanie Hitchcocka. Członkowie ekipy coraz częściej znosić musieli kłopotliwe kaprysy sfrustrowanego reżysera, zaś aktorzy uginali się pod coraz to nowszymi i trudniejszymi do spełnienia żądaniami.

Napięta sytuacja na planie „Psychozy” przez lata obrosła wieloma mitami, które pomimo wysiłków niezliczonych biografów, dziś trudno jednoznacznie zweryfikować. Twórcy „Hitchcocka” (premiera w polskich kinach: 1 marca) zdecydowali się na umieszczenie w scenariuszu zaledwie jednej tego typu sytuacji, ale już autor książkowego oryginału sugerował, że mogło ich być znacznie więcej. Do dziś żywe są opowieści, jakoby Hitch prześladował i poniżał występującą w roli drugoplanowej Verę Miles (rzekomym powodem miało być to, że aktorka wybrała rodzinę zamiast roli w „Zawrocie głowy”), a prysznicową scenę z udziałem Janet Leigh filmował wiele dni, korzystając m.in. z lodowatej wody i odmawiając jej występowania w częściowym odzieniu.

Doniesienia o poszczególnych wybrykach reżysera często wzajemnie się wykluczają, a on sam miał reputację trudnego we współpracy już wcześniej, ale wypowiedzi świadków tamtych wydarzeń dowodzą, że to w trakcie realizacji „Psychozy” jego zachowanie po raz pierwszy stało się problematyczne. Hitchcock, bardziej niż dotychczas, miał dopuszczać się seksistowskich uwag i niewybrednych żartów na planie, zaś poza nim obsesyjnie kontrolować każdy aspekt filmu.

Najwięksi specjaliści i znawcy biografii Hitchcocka, m.in. autorzy poświęconych mu książek Donald Spoto i Patrick McGilligan, przyczyn jego nagłej erozji doszukują się w piętrzących się przez całe dziesięciolecia problemach seksualnych. Nie jest tajemnicą, że większość życia słynny reżyser spędził w celibacie, a krótki okres swej aktywności seksualnej (początek małżeństwa z Almą, poczęcie córki Patricii) wspominał jako „nieprzyjemny” i „mechaniczny”. Będąc już w średnim wieku, znajomym często obwieszczał – pół żartem, pół serio – że jest impotentem, a seks w ogóle go nie interesuje.

Stagnacja seksualna miała swoje przełożenie na stosunek reżysera do kobiet, które otaczał obsesyjnym wręcz uwielbieniem, ale i… pogardą. Upodobał sobie zwłaszcza jeden typ, któremu przez lata był wierny – pięknej, posągowej i niedostępnej blondynki. Patrząc na kolejne dokonania Hitcha łatwo zaobserwować postępującą degradację wizerunku kobiety w jego filmach – z silnej, niezależnej i pełnowartościowej bohaterki, hitchcockowska blondynka coraz częściej stawała się bierną figurą, którą mężczyźni traktowali z wyższością lub wręcz nią pogardzali. Kulminację tej tendencji Hitchcock osiągnął właśnie w „Psychozie”, gdzie bezpardonowo zabija swoją bohaterkę po niespełna półgodzinie seansu.

W filmowym „Hitchcocku” pojawia się nawet dość dosłowna interpretacja tej sceny, w której będący na skraju wytrzymałości psychicznej reżyser po jednym z wielu niesatysfakcjonujących dubli chwyta za nóż-rekwizyt i wymierza swojej przerażonej aktorce ciosy, myśląc o wszystkich „złych” tego świata – wścibskich reporterach, cenzorach, opornych producentach, a nawet własnej żonie, którą w tym okresie podejrzewał o romans z młodszym i przystojniejszym scenarzystą. Twórcy filmu bezpiecznie interpretują całą sytuację jako typowy objaw przemęczenia i załamania nerwowego, ale niektórzy z biografów Hitcha sugerują raczej, że przyczyną tego i wielu innych wybuchów była jego seksualna frustracja i niskie poczucie wartości.

Otyły, łysy i bełkotliwy 60-latek był przez swoje piękne aktorki traktowany z daleko idącą pobłażliwością, a nie – jakby sobie tego życzył – uległością i admiracją. Rola u niego oznaczała uznanie i sławę, być może nominację do jakiejś ważnej nagrody, dlatego kolejne aktorki przymykały oko na mało subtelne zaloty, ale odrzucając je, prowokowały go też do coraz śmielszych zachowań. Co ciekawe, wchodzący na nasze ekrany film Sachy Gervasiego – podobnie jak i książka, na której jest oparty – kończy się na chwilę przed znacznie bardziej niepokojącym i owianym złą sławą epizodem z jego życia.

W „Hitchcocku” tego nie zobaczymy, ale w wydanej w 2008 roku książce „Spellbound by Beauty: Alfred Hitchcock and His Leading Ladies” Donald Spoto opisuje nie tylko skomplikowane i często zabarwione relacje reżysera z kolejnymi aktorkami, ale rzuca też nieznane dotąd światło na wydarzenia, do jakich doszło na planie „Ptaków” i „Marnie”. Grająca w nich główną rolę kobiecą Tippi Hedren wspomina pracę z Hitchem jako pasmo upokarzających epizodów o silnym zabarwieniu seksualnym, które zadecydowały o jej stosunku do branży i dalszej, niespełnionej karierze.

Jak było naprawdę? Które z opisanych przez aktorkę i autora książki sytuacji miały miejsce? Dziś, gdy z domniemanych świadków tamtych wydarzeń przy życiu pozostaje właściwie tylko osoba rzucająca oskarżenia, nie sposób tego zweryfikować. Ale w Hollywood nic nie ginie – wybryki słynnego reżysera niespodziewanie stały się łakomym kąskiem, dlatego czekając na premierę kinowego „Hitchcocka”, na kanale HBO zobaczyć można już oparty na tych wydarzeniach dramat telewizyjny Juliana Jarrolda, zatytułowany „Dziewczyna Hitchcocka”. Innymi słowy, psychoza trwa.

***

Tekst ukazał się także na łamach miesięcznika HIRO. Najnowszy numer w wersji online można znaleźć TUTAJ.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 6

Dodaj komentarz »
  1. Jak opowiadam dzieciom, że Sokorski z Radiokomitetu sprowadzał w latach sześciesiątych kolejne odcinki cyklu „Alfred Hitchcock przedstawia”, to patrzą na mnie jak na raroga. Każdy film obowiązkowo rozpoczynał sam reżyser króciutkim, przezabawnym wstępem. Ten terror kulturalny komuny już se ne vrati !

  2. Rewelacyjne zdjecie! Domyslam sie, ze powstalo do promocji Psychozy, by zmylic przyszlych widzów?

  3. @Jerzy z O

    Sokorski a Hitchcock?

    a opowiadal Pan dzieciom, co mowil Wlodzimierz Sokorski z kompozytorze Witoldzie Lutoslawskim w 1949, kiedy Maestro przedstawil I Symfonie?
    To prosze przekazac: „Takiego kompozytora nalezaloby wrzucic pod tramwaj”.
    Prosze tez zapytac p.Andrzeja Wajde o wiecej o tymze „ministrze socialrealizmu”.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Terror dzisiejszych nawiedzonych półgłówków, to jest dopiero realizm. Zwłaszcza jak opuszczają znaki diakrytyczne !

  6. Nie mam zadnych uwag co do meritum artykulu. Ale znowu denerwuje mnie fakt jak wiele obcojezycznych tytulow (zwlaszcza filmow) jest masakrowanych przez tlumaczy.
    W przypadku „Psycho” etymologicznie jest to kolokwialny skorot od psychotic lub psychopath, czyli psychopata albo po prostu wariat. Na pewno nie psychoza.
    Mieszkajac bardzo dlugo w anglojezycznym kraju, zdaza mi sie od czasu do czasu obejrzec angielski czy amerykanski film i z polskiego dubbingu lub napisow wieje groza. Polski widz wiele traci na ewidentnie pospiesznych i niedokladnych tlumaczeniach. NIestety szkolna znajomosc czy nawet erudycja jezykowa nie wystarcza do wylapania i odpowiedniej interpretacji slangu, odwolan kulturowych, historycznych, etnicznych, regionalnych itp itd.

  7. Akurat „Psychoza” to doskonałe tłumaczenie; jeśli film ochrzczono by – jak w przypadku nieszczęsnego remake’u – „Psychol” lub „Wariat”, otrzymalibyśmy niefortunny spoiler. Angielskie „Psycho” jest bezosobowe.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php