Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

22.04.2013
poniedziałek

Panaceum [7/10]

22 kwietnia 2013, poniedziałek,

„Panaceum” mogłoby być kontynuacją poprzedniego filmu Stevena Soderbergha – „Contagion”. Tak pod względem tematycznym, jak i stylistycznym są to tytuły bliźniacze – skupione na aktorach, podporządkowane określonemu rytmowi, przytłaczające sugestywną atmosferą. W pierwszej chwili może się nawet wydawać, że ci sami bohaterowie przetrwali atak śmiertelnego wirusa z poprzedniego filmu i obudzili się w nowym, ale równie nieprzyjaznym świecie. Wrażenie to znika, gdy z powłóczystego dramatu powoli zaczyna wyłaniać się gatunkowy szkielet. 

Nie jest to bynajmniej zarzut – Soderbergh zawsze był lepszym rzemieślnikiem, niż eksperymentatorem, a w konsekwentnym budowaniu opowieści na ogół odnajdywał więcej przyjemności, niż w trakcie szukania dla niej odpowiedniego środka wyrazu. Takie można odnieść wrażenie, oglądając „Panaceum” – film po części konceptualny, uzależniony od przemyślanej formy, niedopuszczający prób czy błędów, a w końcu cierpliwie odsłaniający przed nami kolejne swoje warstwy.

Młoda, niestabilna psychicznie dziewczyna (Rooney Mara), po tym jak z więzienia wychodzi jej skompromitowany mąż-oszust (Channing Tatum), uzależnia się od silnego leku psychotropowego. Gdy zaczyna on znacząco wpływać na jej zachowanie, w opowieści następuje zwrot, a na pierwszy plan wysuwa się postać psychiatry (Jude Law), który ów specyfik przepisał.

W swoim nowym filmie Soderbergh opowiada o tym samym świecie, co w „Contagion” – kruchym, postrzępionym, uginającym się pod własnym ciężarem. Tam człowieka zawodziło ciało, zaatakowane przez nieznany wirus, tu zawodzi go umysł, przeciążony zbyt wieloma impulsami. Ratunkiem okazuje się współczesna medycyna, najpierw pozwalająca przezwyciężyć codzienność coraz to nowymi pigułkami, a w końcu stająca się jej nieodzowną, wyniszczającą częścią.

Pierwszych 30-40 minut filmu robi pod tym względem największe wrażenie. Akcja rozgrywa się wtedy pod lupą – na bliskich planach, bez zbędnych słów, z soundtrackiem wybijającym senny, ale zdecydowany rytm. Przyglądając się swej niepotrafiącej nadążyć za światem, otumanionej lekami bohaterce, Soderbergh pokazuje nam świat z jej perspektywy – mglisty, wrogi i odległy. Łatwo zrozumieć chęć natychmiastowej ucieczki od takiej codzienności – chorej, pozbawionej właściwej diagnozy – w stronę zbawiennego, permanentnego haju.

Szkoda tylko, że to arcyciekawe tło – świat chory na lekomanię – zatraca się, gdy Soderbergh zmienia perspektywę opowiadania i skupia na kryminalnej intrydze, która w międzyczasie wykiełkowała mu na pierwszym planie. Obligatoryjny finał przynosi pewne rozczarowanie, ale nie ma to już znaczenia – pierwsza połowa, sugestywna pod względem stylistycznym, przekonująca aktorsko (świetna, autentyczna  Mara!), pozostanie w głowie na dłużej.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Najbardziej podobała mi się konkluzja gdzieś w tle: dopóki okazujemy oznaki ludzkich słabości, nadajemy się do leczenia. Gdy tracimy te słabości i stajemy się zwykłymi socjopatami, leczenie nie jest już potrzebne – taki stan jest jak najbardziej normalny.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php