Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

18.05.2013
sobota

Wielki Gatsby [6/10]

18 maja 2013, sobota,

Kluczem do filmu Baza Luhrmanna jest nazwisko producenta wykonawczego – Shawna „Jaya-Z” Cartera. Majętny muzyk miał najwyraźniej całkiem sporo do powiedzenia, bo wyprodukowany przez niego film zachowuje subtelność hip-hopowego teledysku: jest hałaśliwy, przesiąknięty kiczem, pełen nic nieznaczącego przepychu. Reżyser okazuje się tu figurą czysto symboliczną – rzemieślnikiem najętym do realizacji rozpasanej wizji. Ale jak to u Luhrmanna bywa, od gotowego spektaklu trudno oderwać wzrok.

Wypadałoby zaznaczyć, że nie jest to ani dobry film, ani udana adaptacja powieści F. Scotta Fitzgeralda. Luhrmann i Jay-Z przetaczają się po jej niuansach z gracją buldożera – miażdżą kolejne aspekty „Gatsby’ego”, robiąc miejsce  dla ogromnej sceny i wystawnych dekoracji, a następnie rozstawiają między nimi orkiestrę, tancerki i spadające z nieba konfetti. Treść podporządkowana zostaje sile spektaklu – przez blisko dwie i pół godziny oglądamy ożywioną i puszczoną w przyspieszonym tempie odę na cześć epoki, która dawno odeszła. To szalone lata dwudzieste w całej swojej dosłowności: lejące się szampanem, tętniące muzyką, przepełnione rozpustą. Łatwo się w tym wielkim balu zatracić.

Nie obowiązują tu jednak żaden szyk i dyscyplina, dlatego poszczególne elementy spektaklu Luhrmanna gryzą się ze sobą: piękne kostiumy, niedbałe efekty komputerowe i znakomity, stylizowany na retro soundtrack idą pod rękę. Czy ów przetaczający się przez ekran rozgardiasz oddawać ma ducha niespokojnych, chaotycznych czasów – ostatnich lat próżniactwa i beztroski przed wielkim krachem gospodarczym w 1929 roku? Jeśli tak, w tym szaleństwie jest metoda.

Niektóre z pomysłów na ożywienie epoki są jednak dyskusyjne. Przykładowo, Luhrmann każe swoim aktorom – podobnie jak wcześniej w „Romeo i Julii” – mówić zdaniami wyjętymi z literackiego pierwowzoru. Ale jednocześnie odgrywają oni swoje role z teatralną manierą sprzed stulecia. Efekt wprawia w konfuzję: sztuczny jest nie tylko język, ale i sami bohaterowie, wiecznie deklamujący, trwający w nadąsanych pozach.

Trudno mówić tu o postaciach z prawdziwego zdarzenia. Tobey Maguire, narrator i, przynajmniej teoretycznie, główny bohater opowieści, nie pierwszy raz okazuje się zatroskanym poczciwcem z niedowierzaniem wymalowanym na twarzy. Lepiej wypada DiCaprio jako Gatsby – człowiek wielkich ambicji, impostor i kochanek fatalny zarazem.

Drugi plan zapełniają znakomici aktorzy, obsadzeni jednak w rolach zbyt oczywistych dla ich dotychczasowego dorobku, by mogły one czymkolwiek nas zaskoczyć. Carey Mulligan raz wtóry gra „damę w opałach”, Joel Edgerton dumnego twardziela, a Jason Clarke użytecznego prostaczka. Miłą niespodzianką jest za to zaledwie drugi w karierze występ 22-letniej Elizabeth Debicki w roli golfistki Jordan Baker. Mająca polskie korzenie aktorka jest żywiołowa i enigmatyczna, ale jej wpływ na rozwój pozostałych postaci – w przeciwieństwie do książki – okazuje się marginalny.

Film Luhrmanna, będący piątą już adaptacją ponadczasowego dzieła Fitzgeralda, dowodzi, że wciąż jest to powieść nie do końca zrozumiana. Po części autobiograficzna, przytłaczająca i wciąż aktualna historia milionera-oszusta Jaya Gatsby’ego nie jest tylko – jak chce to widzieć Luhrmann – barwną kroniką towarzyską swoich czasów. To druzgocąca przypowieść o sile ideałów i niezgodzie na zmianę, za które płacić trzeba najwyższą cenę; przypowieść, która – patrząc na kryzys gospodarczy z roku 2008 – niewiele nas nauczyła.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 5

Dodaj komentarz »
  1. 150 minut?! jezus, maria…

  2. Film Luhrmanna ma być „tylko” barwna kroniką towarzyską swoich czasów? Nic bardziej błędnego! Współczesna muzyka, estetyka nowoczesnego wideoklipu i atmosfera jakby sprzed kryzysu 2008 roku – to ma być kronika lat 20.? Luhrmann zrobił naprawdę wiele, żeby trafić w sedno tego, co miał do przekazania Fitzgerald, bynajmniej nie o tamtych czasach opowiedział tę historię, ale o owym wiecznym trwaniu przeszłości, w nurcie której płyniemy wszyscy. Fakt, że wielu recenzentów tak o tym pisze, wynika raczej z faktu, że uprzedzili się do filmu przed jego obejrzeniem, już po trailerze zamykając się na jego rzeczywistą treść. Jak dla mnie Luhrmann jako adaptator wywiązał się ze swojego zadania obronną ręką.

  3. Film wybitny jako propozycja na rozrywkowy wieczór.
    Francis Scott Fitzgerald napisał powieść o vanitas, marzeniach – wszystkich w tym American Dream, upływie czasu, zazdrości i innych namiętnościach
    – wiele z tego już w postmodernistycznym sosie pokazuje ekranizacja Luhrmanna.
    PS Nieznośna u recenzentów filmowych jest maniera dostosowywania się do opinii mądrali-krytyków z zagranicy. Na jakiś film krzywo spojrzą i nikt już nie chce wyjść przed szereg i odważyć się na pochwały. Przypominam, że np. taką „Mechaniczną pomarańczę” najpierw zmieszano z błotem – a dzisiaj jest uznawana za legendarne arcydzieło. Po fatalnej „Australii” Luhrmann wrócił do formy z „Moulin Rouge” – dodał nawet kontekst historyczny i socjologiczny (to Gatsby swymi machlojkami wywołał kryzys z 1929; ciekawie pokazano awansujących w społeczeństwie czarnych-Afroamerykanów)

  4. Trzeba spojrzec na ten film bez uprzedzen, jak w wypadku Pana Plucinskiego,filmy Tarantino wywoluja zachwyty,mimo oczywisteych przerysowan i kiczu, a tu nagle „jakis”hiphopowiec odwazyl sie nakrecic wielkiego Fitzgeralda.Sountrac jest niewyjety, film jest tez ok. jesli wpisze sie go we wspolczesnosc.Mam 61 lat a ogladnalem ten film z przyjemnoscia.

  5. Szkoda, że recenzję przeczytałam przed obejrzeniem filmu bo chcąc nie chcąc lekko się do niego uprzedziłam Po zwiastunie oczekiwałabym naprawdę dobrego kina. Mimo to obejrzę ten film i sama wyrobię sobie o nim opinie.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php