Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

22.05.2013
środa

American Horror Story. Sezon 1 [7/10]

22 maja 2013, środa,

Obietnica zawarta w tytule jest bardzo precyzyjna – ma być Ameryka, horror i opowieść – a pierwszy odcinek natychmiast ją spełnia. Nie jest to jednak kolejna opowiastka o nawiedzonym domu; ten pełni tu tylko rolę rozrywkowego sztafażu i wygodnej metafory. Sedno serialu leży nieco dalej, a sama fabuła nie bez powodu zakorzeniona jest wokół największego amerykańskiego lęku wszech czasów – nieuchronnego rozpadu rodziny.

„W społeczeństwie jednorazowego użytku małżeństwo jest aktem kontrkulturowym” – stwierdził kiedyś ceniony ekspert i terapeuta William H. Doherty. Nie ma w tym wiele przesady: szacuje się, że blisko 50% wszystkich małżeństw w Ameryce kończy się rozwodem lub trwałą separacją. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest całkiem sporo – od nieprzemyślanych, młodzieńczych decyzji, po zbyt wygórowane oczekiwania – ale w ostatnich latach coraz częściej wymienia się wśród nich także… rozwód własnych rodziców. Badania dowodzą, że jeśli dwoje ludzi pochodzi z rozbitych rodzin, ich szanse  na udany związek maleją aż trzykrotnie.

Postacie z „American Horror Story” dobrze się w ten schemat wpisują. Gdy poznajemy małżeństwo Harmonów, głównych bohaterów serialu, ona (Connie Britton) przyłapuje jego (Dylan McDermott) na zdradzie z dużo młodszą dziewczyną. Kryzys, przynajmniej na pozór, udaje się jednak zażegnać – Harmonowie, wraz z córką (Taissa Farmiga), przeprowadzają się do okazałego domu w odległym Los Angeles, gdzie próbują rozpocząć nowe życie. Nie będzie to jednak łatwe – kupiony za ułamek faktycznej wartości dom okazuje się nawiedzony.

Tym, co odróżnia serial Brada Falchuka i Ryana Murphy’ego od dziesiątek podobnych historii o przepracowywaniu osobistej straty lub rozłamu w upiornym miejscu, są postacie duchów. Czasem straszą, ale kiedy indziej… chcą po prostu porozmawiać. W domu Harmonów mieszka ich całkiem sporo – od roku 1922 tragicznie zmarło w nim kilkanaście osób. Śmierć wielu z nich motywowana jest właśnie schematem rozbitej rodziny i wynikających z tego komplikacji. Dysfunkcyjne małżeństwo, które dom wybudowało, wychowany przez patologiczną matkę nastolatek, przeżywająca kryzys para gejów – wszyscy oni zmuszeni są zajmować tę samą przestrzeń, wchodząc w interakcję ze sobą i kolejnymi mieszkańcami domu.

Co ciekawe, najbardziej tajemniczą i upiorną postacią w serialu nie jest żaden z duchów, a sąsiadka Harmonów, Constance Langdon. Znakomicie odegrana przez powracającą po latach do wielkiej formy Jessicę Lange, zawistna, impulsywna i zaborcza Constance jest prawdziwym nasieniem zła i pośrednim prowodyrem wielu zachodzących w domu wydarzeń. Jako morderczyni własnego męża i matka czwórki dzieci, z których każde urodziło się z jakimś genetycznym defektem (od zespołu Downa, po ciężką deformację ciała), nawiedzona sąsiadka jest modelowym przykładem rodzinnej patologii.

Eksplorując zagadnienia dysfunkcyjnej lub rozbitej rodziny twórcy serialu decydują się na umieszczenie ich w ramach autotematycznej, gatunkowej zabawy. Pomimo sporego ciężaru tematycznego, serial nie jest jednak utrzymany w zwartych ryzach gotyckiego horroru. Sporo tu popkulturowych naleciałości, nawiązań do prawdziwych zbrodni, filmowych cytatów. W kolejnych odcinkach, czasem rozgrywających się w przeszłości, czasem w teraźniejszości, pojawiają się więc słoje z noworodkami w formalinie, zamieszkujące strych dziwadła, psychopaci ganiający z nożami, tajemnicza postać w lateksowym kostiumie, a nawet słynna Czarna Dalia, która okazuje się kolejną ofiarą nawiedzonego domu.

W tym słoju iście halloweenowym słoju z łakociami nie brakuje nawet osobliwego humoru. Tylko na przykładzie pierwszego właściciela domu – obłąkanego chirurga – autorzy serialu bawią się mitem szalonego stwórcy, miksując grozę (motyw przewodni postaci to zapożyczona z „Draculi” Coppoli charyzmatyczna uwertura Wojciecha Kilara) z groteską (w kapitalnej, pastiszowej scenie z początku serialu bohater przyszywa martwej świni skrzydła, krzycząc coś o niespełnionym akcie stworzenia).

Po drodze zdarzają się twórcom pewne potknięcia, bo w korzystaniu z dobrodziejstw tak rozległego gatunku nie zawsze mają umiar, ale taka jest też poniekąd tradycja amerykańskiego horroru – rozpasanego, hałaśliwego, przytłaczającego grozą rzeczywiste, namacalne problemy. Tak jest i w tym przypadku: nawiedzony (w pewnym stopniu: pęknięty) dom stanowi metaforyczną nadbudowę dla motywu rozpadającego się małżeństwa.

Osobną ciekawostką jest, że pierwszy sezon stanowi zamkniętą całość, a opowiedziana w nim historia kończy się wraz z ostatnim odcinkiem. Ot, wszystko zostaje w rodzinie.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 2

Dodaj komentarz »
  1. a w drugim sezonie, Ci sami aktorzy a inna historia:) Ciekawy pomysł i według mnie lepsza opowieść. W pierwszym sezonie po paru odcinkach, gdy wszystko się już wyjaśnia, scenariusz się trochę rozłazi i brakuje akcji.

  2. bardzo dobry serial, aczkolwiek o ile pierwszy sezon był niezły, ale zbyt niekoherentny, to drugi sezon już nie pozostawia złudzeń. warto wspomnieć jeszcze, że każdy sezon jest o czymś innym – pierwszy o nawiedzonym domu, drugi o szpitalu dla obłąkanych, zaś trzeci ma być o czarownicach. czekam z niecierpliwością. fajne jest też to, że we wszystkich sezonach w zupełnie nowe role wcielają się ci sami aktorzy. Jessica Lange jako zakonnica w szpitalu psychiatrycznym? Gimme more!

    no ten sztos > http://www.youtube.com/watch?v=GOgNkrQBrdU

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php