Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

4.06.2013
wtorek

W ciemność. Star Trek [8/10]

4 czerwca 2013, wtorek,

Pierwszych kilkanaście minut filmu potwierdza, że J.J. Abrams jak nikt inny zasłużył na miano spadkobiercy hiperaktywnej formuły kina wypracowanej przez Stevena Spielberga i George’a Lucasa.„W ciemność” zaczyna się tak, jak większość dzisiejszych blockbusterów się kończy – szaleńczym wyścigiem z czasem, którego stawką są życie, śmierć i – a jakże – losy wszechświata. Spektakularna, odmalowana żywymi kolorami sekwencja, w trakcie której Kirk łamie tzw. Pierwszą Dyrektywę (zakazującą ingerencji w ewolucję obcych planet), a Spock omal nie ginie, wyznacza nie tylko rytm, ale i sedno całej opowieści – tu nie będzie hamulców, kalejdoskop atrakcji nigdy nie przestanie się kręcić.

O nieprzeciętnych umiejętnościach Abramsa nie świadczy jednak tempo – charakterystyczne przecież dla wielu znacznie mniej udanych produkcji – ale to, że wciąż je zwiększając, nawet na moment nie traci z oczu swoich bohaterów.

To właśnie ich rozterki, z wpisanym weń odwiecznym konfliktem pomiędzy tym, co właściwe, a co konieczne, napędzają akcję. Odtwórcy ról Kirka i Spocka, Chris Pine i Zachary Quinto, nie należą wprawdzie do aktorskiej ekstraklasy, ale na ekranie mają chemię, jakiej kultowi odtwórcy tych ról – William Shatner i Leonard Nimoy – mogą im tylko zazdrościć. Wypracowana przez nich relacja jest szorstka, a choć zderzenie ideologicznych postaw okazuje się dość typowe dla tego rodzaju więzi, to nie jest ono tylko pustym określnikiem. Linia podziału zostaje wyraźnie nakreślona; by się dogadać, trzeba będzie ją wspólnie przekroczyć.

Właściwy kurs dla relacji Spocka i Kirka wyznacza pojawienie się potężnego Khana, genetycznie zmodyfikowanego, wybudzonego z hibernacji inżyniera-terrorysty, który w pojedynkę rzuca wyzwanie całej Flocie. Podobnie jak Kirk, Khan jest brawurowym dowódcą, dla którego załoga stanowi wartość nadrzędną – celem jego szatańskiego planu jest wyswobodzenie własnych, wciąż pozostających w hibernacji ludzi.

Z werwą odgrywający tę rolę Benedict Cumberbatch daje Abramsowi to, czego zabrakło w pierwszej części – wroga absolutnego, pełnego charyzmy, targanego definiującymi go sprzecznościami. Khan to zapalczywy morderca, który nie cofnie się przed niczym, a jednocześnie walczy w… słusznej sprawie. Precyzyjny i bezlitosny, ale zaślepiony brawurą bohater Cumberbatcha stanowić ma dla Kirka i Spocka pewien drogowskaz – motywem przewodnim filmu nie jest bowiem bezpardonowa walka z panoszącym się terrorem, a wyznaczanie jej pewnych koniecznych, nieprzekraczalnych granic.

Naiwne? Infantylne? Być może. Warto jednak pamiętać, że Abrams zbiera tylko owoce rozrzucone przed laty przez Spielberga i Lucasa. Po tylu latach, w dobie kina wielkiego cynizmu, gdy przeciętny widz widział już niemal wszystko, wciąż nie są nadpsute. Jego film to bodaj najlepsze, co można dziś zrobić w kategorii filmowego „idź i patrz” – idealistyczne, trochę pretensjonalne widowisko, które nie boi się swojego optymizmu.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php