Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

8.06.2013
sobota

Kac Vegas 3 [6/10]

8 czerwca 2013, sobota,

„Tak powinien wyglądać cały film” – marudzili w trakcie sceny po napisach niezadowoleni widzowie. Dosadne i mało wyrafinowane post scriptum, które tak im się spodobało burzyło jednocześnie zwartą strukturę filmu, przypominając o „najlepszych” momentach całej serii – tych czysto imprezowych, najbardziej przegiętych, niesmacznych. Kto oczekiwał po trzeciej części tej samej co dotychczas dawki ostrego melanżu, mocno się zawiedzie. Wieńcząc swą trylogię, Todd Phillips niespodziewanie zmienia bowiem dotychczasową formułę i zakłada buty sensacyjnego pastiszu, z którym jego dotychczasowa widownia nie jest obeznana.

Ale nie warto słuchać jęków zawodu – sceny, w których Phillips naśmiewa się z hollywoodzkiego manieryzmu, są najlepszymi w całym filmie (a jak ktoś się uprze – pewnie także w całej trylogii).

Wiele na ten temat mówi już otwierająca scena w tajskim więzieniu – rozegrana przy ostentacyjnym zwolnieniu obrazu, z dramatyczną uwerturą w tle. Wściekły naczelnik przedziera się przez zamieszki na kolejnych piętrach swej placówki, aż w końcu dociera do celi Chowa, złego ducha serii. Ten, jak się okazuje, zbiegł z niej podobnie jak Tim Robbins w „Skazanych na Shawshank” – drążąc (zamaskowany plakatem) tunel w ścianie.

Świadomość konwencji pozwala Phillipsowi skonstruować film na podobnej zasadzie, co „Hot Fuzz” Edgara Wrighta. Przerysowana powaga ma być motywem przewodnim filmu, a mało wyrafinowana intryga zaledwie uzupełnieniem. Bez zmian pozostaje za to motyw przewodni serii – przyspieszony kurs dorastania w wersji hardcore – któremu tym razem poddano najbardziej opornego z grupy Alana (Zach Galifianakis). Niereformowalny brodaty bobas musi uporać się ze swoimi demonami (jest ich całkiem sporo – od infantylizmu poczynając, na seksualnym niedookreśleniu kończąc) i przejść tą samą ścieżką wyrzeczeń, którą wcześniej przebyli Phil (Bradley Cooper) i Stu (Ed Helms).

By przemiana mogła się dokonać, historia zatacza koło, cofając się do marginalnych wydarzeń z pierwszej części – na horyzoncie pojawia się potężny Marshall (John Goodman), dopominający się o ładunek złota skradziony mu przed laty przez Chowa. Jeśli bohaterowie go nie odnajdą, czwarty z paczki – wiecznie ułożony Doug (Justin Bartha) – zginie.

Fabuła porusza się więc po zupełnie innych torach, niż w dotychczasowych częściach. Ograniczenie (a może raczej wyzwanie?) narzuca sobie sam reżyser – nie chcąc korzystać z pretekstowości poimprezowego kaca, posiłkuje się elementami kina sensacyjnego. Jest więc w filmie scena włamania do pilnie strzeżonej willi, lot na spadochronie przez centrum miasta, a w końcu kilka… podziurawionych kulami trupów.

„Pierwszy raz widziałem, jak kogoś zabijali” – mówi jeden z bohaterów, dosadnie uświadamiając nam jak daleko seria podryfowała od brzegu.

Ale odejście od dotychczasowych zagadnień serii (czyli melanżu i anarchii) będzie wadą tylko dla tych widzów, którzy rozsmakowali się w jej dosadnym humorze. Warto pamiętać, że nigdy nie był on jednak kluczem do całości. Tym pozostają – niezmiennie! – bohaterowie. I choć konwencja się zmienia, to wataha ujada wciąż tak samo.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php