Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

15.06.2013
sobota

Tylko Bóg wybacza [9/10]

15 czerwca 2013, sobota,

Histeryczne reakcje krytyków po tegorocznej premierze na festiwalu w Cannes są w pełni zrozumiałe. Sukces „Drive”, za sprawą którego Nicolas Winding Refn wypełzł z artystycznej niszy, spowodował, że dla wielu film ten stał się synonimem jego twórczości. Ale oceniać ją tylko na podstawie hitu z Goslingiem to jak przyglądać się dorobkowi Quentina Tarantino przez pryzmat „Jackie Brown”. Nie dziwi więc, że po przelotnym romansie z mainstreamem Refn powraca do estetyki, która zdefiniowała go jako twórcę – dusznego, brutalnego rollercoastera emocji, pędzącego gdzieś po szynach gorszego świata. Nigdy nie chcielibyśmy się w nim znaleźć, ale od jego prymitywnej urody trudno odwrócić wzrok.

„Tylko Bóg wybacza” jest tak różny od „Drive” jak tylko może być – powolny, wycofany, ale zarazem poukładany i monumentalny. Jest jak scena w windzie puszczona na zapętleniu, piękna i przerażająca. Taki kontrast nie zadowoli ani przypadkowych widzów tamtego filmu, ani wielbicieli zawadiackiego uroku Ryana Goslinga – Refn odcina się od ich sympatii jednym precyzyjnym cięciem.

Podjęta przez reżysera stylistyka sennego koszmaru sprawia, że wszystko wydaje się tu w mniejszym lub większym stopniu oderwane od rzeczywistości. Stąd być może płynące pod adresem filmu zarzuty – że jest on groteskowy, źle zagrany, niekoherentny. Jeśli przyłożyć do niego miarę „Drive” to pewnie faktycznie tak jest. Ale “Tylko Bóg…” rządzi się swoimi prawami – jest jak senna mara, z której trudno się wybudzić; atakująca dosadnymi obrazami, wywołująca poczucie dyskomfortu, kumulująca w sobie niechciane emocje.

Bangkok nie jest tu przypadkowym miejscem akcji. To serce filmu – stolica grzechu i piekło na Ziemi zarazem. Przypadkiem nie jest także to, że konsultantem na planie był Gaspar Noe, twórca dusznego, buddyjskiego „Wejścia w pustkę”. Refn wyraźnie trzyma się stylistycznego klucza tego filmu, wypełniając kolejne kadry pulsującymi neonami, wnętrzami barów karaoke, opływającymi przemocą ulicami. Ciasnota i brud tego świata są niemal groteskowe, ale przy tym niebezpiecznie namacalne – dzięki zdjęciom Larry’ego Smitha i wybijającej rytm ścieżce Cliffa Martineza (tej, o dziwo, bliżej do „Epidemii strachu” Soderbergha niż „Drive”) zaułki tajskiej metropolii uwodzą, przyciągają swoim lepkim odorem.

„Pora spotkać się z Diabłem” – słyszy w jednej z pierwszych scen bohater Goslinga. Jeśli uznać, że Bangkok pełni tu rolę filmowego piekła, to trafił on tam prosto z „Drive”. Romantyczna wyrwa w zbroi współczesnego ronina, którą aktor czarował w tamtym filmie, tutaj bezpowrotnie zarosła. Julian, amator tajskiego boksu i handlarz narkotyków, jest pustą skorupą, z której czas wypłukał wszelkie emocje, zaś Bangkok staje się jego osobistym miejscem potępienia, gdzie w nieskończoność przeżywa rozmaite upokorzenia. Sparaliżowany, niezdolny do buntu, przyjmuje jeden cios za drugim. Rola Goslinga zaskakuje. Choć jest to – przy bardzo dużym uogólnieniu – kino zemsty, to wcale nie on ją wymierza.

Źródłem wszelkich nieszczęść jest jego rodzina – przesiąknięta złem, zepsuta, toczona kompleksem Edypa. Gdy Billy, starszy brat Juliana, pada ofiarą lokalnych rozrachunków, do Tajlandii przylatuje matka – głowa rodziny, żądna krwi za śmierć pierworodnego syna. Grająca ją Kristin Scott Thomas jest rewelacyjna – jej chłodna, bezlitosna i wynaturzona postać jest jak wąż zaciskający się na szyi Juliana, sączący w jego serce śmiercionośny, paraliżujący jad.

Wywrócone na lewo, symboliczne (dość dosłownie potraktowana postać kroczącego po trupach Anioła Zagłady jest tylko wierzchołkiem) kino zemsty Refna nie każdemu przypadnie do gustu.Ospały, festiwalowy, a przy tym bardzo azjatycki rytm filmu daleki jest od mainstreamu, przywodząc raczej na myśl wczesne dokonania Parka Chan-wooka czy pojedyncze tytuły z filmografii Johnniego To. A jeśli dodać do tego Noego, pojedyncze akcenty „Samuraja” Melville’a czy kino Alejandra Jodorowsky’ego, w którym Refn także jest zadurzony (przed napisami pojawia się nawet stosowna dedykacja), to stosunkowo łatwo ulec przeciążeniu. Pewnym paradoksem jest w tej sytuacji fakt, że pomimo tylu oczywistych zapożyczeń, Refnowi raz jeszcze udało się stworzyć coś dogłębnie swojego, rozpoznawalnego na kilometr.

***

Recenzja do przeczytania także na Z górnej półki

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. no, no, brzmi to u pana jak 12/10, he,he…
    dobry film, serio, dawno sie tak swietnie nie nudzilem (a to juz cos znaczy)

  2. Coś za dużo tych inspiracji – kino azjatyckie, Melville, Noe, Jodorowsky ;)
    Za kinem tego ostatniego nie przepadam, ale Melville, którego filmografię zacząłem nadrabiać dopiero niedawno, bardzo przypadł mi do gustu, mimo ospałego tempa.
    Bardzo podobał mi się „Drive” Refna, ale to oczywiście dobrze, że „Only God Forgives” jest filmem zupełnie innym, dzięki czemu jest szansa że może mnie czymś zaskoczyć.

  3. Ja ostatnio słyszałem taką opinię, że Refn jest jak młodszy, dużo mniej zdolny brat Tarantino. Zgodzicie się z tym? Filmu tylko Bóg wybacza jeszcze nie oglądałem, jednak po obejrzeniu Drive raczej bym się z tą opinią zgodził.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php