Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

20.06.2013
czwartek

James Gandolfini (1961- 2013)

20 czerwca 2013, czwartek,


Rola, jaką James Gandolfini zagrał w jednym ze swoich ostatnich filmów, „Zabić, jak to łatwo powiedzieć” Andrew Dominika, na tle dzisiejszej informacji o śmierci aktora niespodziewanie zyskuje nową perspektywę. Jako zapijaczony i życiowo przegrany cyngiel mafii, niezdolny do wykonania powierzonego mu zadania, Gandolfini wygląda okropnie: wielodniowy zarost, mętne spojrzenie i nalana twarz zdradzają symptomy spektakularnego upadku. Oto przegrany tytan, którego sukcesy są już odległym wspomnieniem. Odnalezienie w tym analogii do zawodowego życia aktora będzie atrakcyjne zwłaszcza dla tabloidów, ale pojawiające się od jakiegoś czasu sugestie jakoby jego kariera skończyła się wraz z „Rodziną Soprano” są niewybaczalnym uproszczeniem.

Owszem, Gandolfini to Tony Soprano. Tak zostanie zapamiętany, jako taki przejdzie do historii – dzięki wielkiej roli w jednym z najpopularniejszych seriali amerykańskiej telewizji.

Jeśli istnieje stereotyp dotyczący wyglądu włoskiego gangstera, to Gandolfini spełniał każde kryterium: charakterystyczna łysina, nadwaga, owłosiona klata i mysie, świdrujące spojrzenie.Podobno to właśnie wygląd pozwolił mu wyrwać rolę Tony’ego z rąk przymierzanego doń Anthony’ego LaPaglii. Ale szybko okazało się, że Gandolfini dał swej postaci coś więcej niż tylko odpowiedni wygląd; coś, co na zawsze ją zdefiniowało – serce.

Gdy 14 lat temu po raz pierwszy pojawił się na ekranie telewizorów w rozchełstanym szlafroku, szukając gazety na podjeździe swojej posesji, odmienił oblicze telewizji na zawsze. Tony Soprano – przeżywający kryzys gangster, niewierny mąż i kochający ojciec – przełamał tabu, wypełniając lukę pomiędzy dobrem a złem, sympatią a odrzuceniem. Dzięki Gandolfiniemu Soprano stał się wzorem telewizyjnego antybohatera – refleksyjnego i bezwzględnego zarazem – bez którego Walter White, Hank Moody czy Dexter Morgan nie mogliby istnieć.

Ale Hollywood straciło dzisiaj kogoś więcej, niż „tylko” gwiazdę telewizji – odszedł jeden z najciekawszych aktorów charakterystycznych ostatniego dwudziestolecia.

W kinie zazwyczaj grywał sukinsynów: zabójców, bandziorów, skorumpowanych oficjeli, generałów-służbistów. Był damskim bokserem w „Prawdziwym romansie” Tony’ego Scotta, mafijnym cynglem w „Dorwać małego” Barry’ego Sonnenfelda, niezłomnym wojskowym w „Ostatnim bastionie” Roda Luriego, oślizgłym „łowcą talentów” w „Ośmiu milimetrach” Joela Schumachera czy podstępnym reżyserem w telewizyjnym “Cinema Verite”. Mało tego, był niezwykle przekonujący: gdy tylko pojawiał się na ekranie, napięcie momentalnie wzrastało, a poczucie zagrożenia stawało się  namacalne. Za sprawą Gandolfiniego, zło wypełzało z najrozmaitszych zakamarków.

Jego specyficzna aparycja rzadko pozwalała mu wyjść poza szablon niegodziwca, a choć sam dobrze się w nim odnajdywał, to w jego bogatym dorobku znaleźć można także kilka mniej oczywistych postaci: rozśpiewanego robotnika w „Romance & Cigarettes” Johna Turturro, krzykliwego weterana wojny na Pacyfiku w „Człowieku, którego nie było” braci Coenów czy nieszczęśliwego olbrzyma w „Gdzie mieszkają dzikie stwory” Spike’a Jonze’a.

Filmografia Gandolfiniego skrywa jeszcze sporo takich skarbów – wspaniałych, pełnokrwistych, a przy tym często niedocenionych w swoim czasie epizodów, dzięki którym długo jeszcze będziemy odkrywać go na nowo.

James Gandolfini miał zaledwie 51 lat. Jak na dzisiejsze standardy, bardzo mało. Pocieszające, że zmarł właśnie we Włoszech (gdzie przebywał na zaproszenie organizatorów festiwalu w Taorminie) – miejscu, z którym czuł się mocno związany i odwiedzał je, gdy tylko nadarzała się okazja.  Ciao, Jimmy.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 9

Dodaj komentarz »
  1. R.I.P. szkoda chłopa :(

  2. oj, bedzie go brakowało…
    najlepszy „czarny charakter” od czasu klausa kinskiego, moim zdaniem.

  3. Szczególnie kinomaniakom polecam liryki z mojego bloga. Obecny wątek to: maska
    ukazana na różny sposób w kilku filmach. Tematyka całego bloga to również muzyka (filmowa i nie tylko), a także życie codzienne. Zapraszam: http://versemovie.blog.pl oraz polubienia funpage na fb, by być na bieżąco

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. [*] bardzo dobry aktor

  6. kulnaro
    30 czerwca o godz. 17:48
    nie szkodzi ;)

  7. ciekawy przyklad manipulacji wstecz; gdy nadawalem powyzsze, to wpis @kulnaro,
    30 czerwca o godz. 17:48 brzmial jeszcze: „bardzo kiepski aktor”… ;)

  8. Oj, czekam ja, czekam…

  9. Nie jestem tu codziennie. :)

    Scena wyborna, z czasów gdy Verbinski nie dostał jeszcze szajby na punkcie Johnny’ego Deppa.

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php