Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

13.07.2013
sobota

Lot [7/10]

13 lipca 2013, sobota,

Pierwszy nieanimowany film Roberta Zemeckisa od 13 lat pokazuje, że dekada, którą reżyser spędził na zgłębianiu i rzekomym rewolucjonizowaniu komputerowej animacji (powstały w tym czasie perfekcyjne, ale jednocześnie wyzute z filmowej magii, do której rościły sobie prawo, współczesne baśnie w technologii komputerowej:  ”Ekspres polarny”, “Beowulf” i “Opowieść wigilijna”), to tak naprawdę czas stracony. Oprócz kręćka na punkcie technologii, Zemeckis jest też pierwszorzędnym gawędziarzem, a swoim całkiem zwykłym opowieściom o wiecznych outsiderach potrafi nadać szlachetnego rysu.

Tak było w przypadku poczciwego Forresta, dla którego życie było jak pudełko czekoladek, głodnego przygód Marty’ego McFly’a czy rozbitka z “Cast Away – Poza światem”, który na długie lata osiadł na bezludnej wyspie.

Bohaterów Zemeckisa łączy na ogół wspólny mianownik – są wątłym, niepewnym swoich możliwości Dawidem w walce z wszechpotężnym Goliatem. Nieważne, co go akurat symbolizuje – niepewność tego, co poza naszym światem (“Kontakt”), płatający złośliwe figle czas (“Powrót do przyszłości”), przymusowa nieśmiertelność (“Ze śmiercią jej do twarzy”) czy po prostu otaczający, nieprzyjazny świat (“Forrest Gump”) – założenie jest takie, by problem nie był namacalny i przerastał fizyczne możliwości bohatera. W “Locie” jest trochę inaczej. Goliatem granego przez Denzela Washingtona pilota, alkoholika i narkomana jest on sam.

Antybohater jako postać wiodąca nie jest u Zemeckisa niczym nowym – wystarczy wspomnieć “Ze śmiercią…” czy “Co kryje prawda” – ale i tak na tle tych najbardziej rozpoznawalnych, Forresta, Marty’ego i całej reszty, znacząco się wyróżnia. Tak naprawdę, w swoim oddaniu nałogom bohater Washingtona jest tak odpychająco autentyczny, że scenariusz musiał uczynić go wybitnym pilotem, by dać mu jakąkolwiek szansę pozyskania naszej sympatii.

Film ma podobną konstrukcję, co „Cast Away…” – senne wprowadzenie przełamuje scena katastrofy lotniczej, a reszta filmu stanowi próbę uporania się z jej konsekwencjami. O ile jednak w uwspółcześnieniu opowieści o Robinsonie Crusoe chodziło o pogodzenie się z przymusowymi okolicznościami (a w konsekwencji – niepoddanie się im), tutaj chodzi już wyłącznie o pogodzenie się ze sobą.

Scenarzysta John Gatins, dotąd odpowiedzialny za filmy o tematyce (około)sportowej, tym razem zmienił ulubione tło, ale pozostał wierny swej słabości do mocno klasycznych, zakotwiczonych gdzieś w starym Hollywood pojedynków o duszę bohatera. „Lot”, podobnie jak wcześniejsi „Giganci ze stali” czy „Trener”, to tak naprawdę wewnętrzny monolog upadłego nieszczęśliwca. Sytuacja pilota „Whipa” Whitakera jest nie do pozazdroszczenia – napięte stosunki z byłą żoną i dorosłym synem nieustannie przypominają mu o życiowej porażce, a jedynym na nią remedium okazuje się zabójczy koktajl z pracy, wódy i dragów.

I choć pilotując „pod wpływem” Whitaker wciąga w ten wir nieświadomych niczego pasażerów, to motyw współodpowiedzialności za los innych niemal do samego końca nie znajduje swego rozwinięcia. Scenarzysta bezpiecznie, może wręcz zbyt asekurancko, stawia na klasyczne odkupienie, które bohater sam musi sobie zapewnić; niekoniecznie jednak w typowy dla hollywoodzkiego dramatu sposób.

Będący w znakomitej formie Washington (to jego najlepsza rola od czasu „Człowieka w ogniu”, a może nawet „Dnia próby”) nie potrzebuje ujęć, w których siedziałby na skraju niezasłanego łóżka lub wpatrywał się w swoje mętne odbicie w lustrze, by oddać dramat swojej postaci. Jego „Whip” to rola skromna, zagrana „z głową”, ale także bardzo szczodra, podstemplowana iście oscarowymi tikami – w scenach chwilowej abstynencji Whitaker niemal nie panuje nad językiem i wargami, podświadomie szukającymi ostatniej kropli alkoholu. Washington przypomina, że pomimo pozornego zakleszczenia w sensacyjnym emploi wciąż jest aktorem, który nie wpadł w rutynę – rozumie sedno swojej profesji, a jednocześnie potrafi uczynić z niej niezbędny show.

Aktorstwo to zresztą element, który przesądza o jakości filmu Zemeckisa. Partnerująca Whitakerowi Kelly Reilly jako zdesperowana narkomanka, wyluzowany John Goodman w roli zawadiackiego dilera, Bruce Greenwood będący – nie pierwszy raz w tym sezonie – zwiastunem nieuniknionych kłopotów czy w końcu powściągliwa Melissa Leo, będąca ostatnim ogniwem w przemianie głównego bohatera; wszyscy oni, dzięki swojemu rzemiosłu, dzięki wytężonej pracy,  windują „Lot” wyżej niż wskazywałby to klasyczny scenariusz, przypominając jednocześnie, dlaczego tak bardzo lubimy przeżywać na nowo schematy, które kino amerykańskie wielokrotnie już rozpracowało.

O wydaniu blu-ray

Jakość obrazu i dźwięku jest oczywiście znakomita, ale zaskakuje, że kino tego formatu nie ma przesadnie rozbudowanej sekcji z dodatkami. Na płycie nie ma komentarza, ani obszernego dokumentu o realizacji, są za to cztery stosunkowo niedługie reportaże. Lot – geneza (10:29) to materiał poświęcony okolicznościom powstania filmu, Making of (11:31) pobieżnie przybliża poszczególne etapy jego realizacji, zaś w Analizie sceny awaryjnego lądowania (7:46) poznamy sztuczki, dzięki którym była ona tak efektowna. Najciekawszym materiałem na płycie są Pytania i odpowiedzi (14:18) z udziałem aktorów i twórców podczas spotkania z widzami w Los Angeles, widać jednak, że jest on zaledwie wycinkiem z większej całości.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. Film bardzo dobry. Wreszcie coś co ogląda sie dla gry aktorskiej a nie efektów specjalnych! Brawo Denzel!

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php