Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

13.07.2013
sobota

Wielkie wesele [4/10]

13 lipca 2013, sobota,

Film Justina Zackhama przypomina weselny tort – pierwszy kawałek smakuje wyśmienicie, ale już po trzeciej porcji górę nad wszystkim bierze mdląca słodycz. Podobnie jest z „Wielkim weselem”, filmem tak miłym i przyjemnym, a w konsekwencji absolutnie nijakim, że w pewnym momencie staje się on nie do zniesienia.

Kluczem, czy może raczej nadzieją, komedii Justina Zackhama są aktorzy – dzisiaj zadomowieni w bezpiecznym, sformatowanym mainstreamie, ale jednak mający za paznokciami odrobinę filmowego „brudu”.

W gwiazdorskiej obsadzie „Wielkiego wesela” nie zabrakło Roberta De Niro – kultowego antybohatera z filmów Scorsese, Susan Sarandon – filmowej Thelmy, zawodowej czarownicy i kochanicy wampirów w jednym czy Robina Williamsa, który pod maską niegroźnego przyjemniaczka nie raz skrywał już ponure oblicze psychopaty. Także młodsze pokolenie potrafi pokazać pazurki – Katherine Heigl i Amanda Seyfried słyną z chętnie akcentowanego seksapilu, a Ben Barnes i Topher Grace równie często co przystojnych flirciarzy, grywają zwichrowanych maniaków.

I choć raz po raz wydaje się, że cały ten ekscytujący szlam wyleje się w końcu znienacka z aktorów, nic takiego nie następuje. Owszem, bohaterowie trochę poświntuszą, padnie parę przekleństw i bezeceństw, ale pomimo nietypowej dla takiego rodzaju kina kategorii wiekowej R, wszystko to zmieści się w konwencji niedzielnej, pozbawionej charakteru komedyjki.

Szczęśliwie, z filmem Zackhama nie jest tak źle, jak z walentynkowo-sylwestrowym dyptykiem miłosnym Garry’ego Marshalla. Tam panteon gwiazd miał markować ogólną mieliznę filmu, tutaj jest „tylko” niezagospodarowanym dobrem. Przede wszystkim dlatego, że reżyser tego show – mający na koncie bokserski serial „Lights Out”, scenariusz przesłodzonego „Choć goni nas czas” z Morganem Freemanem i Jackiem Nicholsonem czy w końcu komedię o wiele mówiącym tytule „Wypasiona wkrętka” – nie ma żadnych predyspozycji, by dyrygować kolektywem z takimi tradycjami.

Scenariusz jego filmu nie jest nawet przesadnie zły – to potulna weselna sztampa, z obowiązkowym łańcuchem rodzinnych konfliktów i nieporozumień (tu dochodzą jeszcze telenowelowe zawirowania familijne), które ostatecznie muszą jednak doprowadzić do międzypokoleniowego pojednania. To jeszcze nie problem, bo nawet najgorzej napisany film potrafią uratować dobrze pokierowani aktorzy. Ale współpraca z tyloma gwiazdami wielkiego formatu wyraźnie onieśmiela autora filmu, przez co potencjał aktorski aż do końca pozostaje niezagospodarowany. Co gorsza, Zackham nie tylko nie ma na swoje gwiazdy większego pomysłu, ale wręcz każe im przetwarzać schematy, w których raz już się sprawdzili – De Niro, odgrywający z automatu rolę marudnego ojca, czy Williams jako pokręcony duszpasterz, są tego najlepszym potwierdzeniem.

„Wielkie wesele” nie jest wprawdzie najgorszym, na co można natrafić w kategorii ślubnych komedii, ale zaskakujące, że o braku powodzenia (rozmyślnie nie używam słowa ”klęska” – film Zackhama nią nie jest) nie przesądza niewybredny humor, a raczej jego… brak. Jak na komedię dla dorosłych, aluzja do seksu oralnego, wygłupy w konfesjonale i parę przekleństw, to jednak o wiele za mało.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php