Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

14.07.2013
niedziela

World War Z [3/10]

14 lipca 2013, niedziela,

Zła wiadomość jest taka, że film Marca Forstera bez skrępowania dokonuje brutalnego gwałtu na pomysłowej i przenikliwej książce Maxa Brooksa, której miał być adaptacją; dobra – nie ma to większego znaczenia przy jego ocenie. Niezgodność z literackim pierwowzorem nie powinna być dla filmu argumentem definiującym – obie płaszczyzny dzieli tak wiele, że margines swobody, jaką reżyser ma przy przenoszeniu danej treści z jednego medium do drugiego, musi być odpowiednio szeroki. W przypadku „World War Z” nie chodzi jednak o to, że mamy do czynienia ze słabą adaptacją dobrej książki – rzecz w tym, że film Forstera także w oderwaniu od niej jest zwyczajnie nieudany. To wysokobudżetowa kompromitacja, której nawet będący w znakomitej formie Brad Pitt nie jest w stanie wybronić.

Do myślenia powinny dać już zeszłoroczne doniesienia o dokrętkach. Nie chodzi tu zresztą o drobne niuanse – w maju 2012 zadecydowano o całkowitej zmianie trzeciego aktu, a w konsekwencji także o kosmetyce pierwszego. Ekipa została odesłana na plan, gdzie przez blisko 7 tygodni nakręciła ponad 30 minut dodatkowego materiału. Tego rodzaju sytuacje, jeśli przypomnieć sobie tylko „Inwazję” z 2006 czy „Jestem legendą” 2007, nie są jeszcze dla filmu wiążące, ale na ogół nie wróżą nic dobrego.

Nie dziwi więc, że gotowe „World War Z” wygląda jak ser szwajcarski w największym upale – jest nie tylko dziurawy, ale też zwyczajnie wylewa się z ekranu. Film Forstera okazuje się wyjątkowo niezgrabny – nie ma zwartej struktury narracyjnej i odpowiedniego tempa, a realizatorsko przywodzi na myśl roztrzęsione, sfilmowane na irytująco bliskich planach „Quantum of Solace”. W pewnym stopniu przysłużyła się temu wyjątkowo nieszczęśliwa dla filmu o zombie kategoria wiekowa PG-13; by pokazać cokolwiek (czyt. przemoc i grozę sytuacji) twórcy trzęsą więc kamerą, robią irytujące cięcia – wszystko, byle tylko zachować ułudę dynamiki.

Jeśli jednak szukać czynnika, który zadecydował o klęsce filmu, jest nim wspomniana książka. To rzecz oryginalna, mądra, a ze względu na swoją formułę niemożliwa do przeniesienia na ekran w skali 1:1, przynajmniej dopóki myślimy o niej kategoriami wysokobudżetowego blockbustera. Mierząc się z tym problemem podjęto więc decyzję o skorzystaniu jedynie z uniwersum książki – miast filmować kolejne opisane przez kilkudziesięciu bohaterów wydarzenia, stworzono jednego, który w oryginale w ogóle nie występuje, a następnie wrzucono go w wir akcji.

Czy trzeba było w tym celu korzystać z książki Brooksa? Niekoniecznie – nie wykreował on przecież nowego świata, a po prostu wykorzystał podpatrzony z kina (!) motyw pandemii zombie jako pretekst do rozpisania mocnego, bardzo politycznego komentarza na temat otaczającego nas świata. Survival horror jako gatunek schodził u niego na drugi, a nawet trzeci plan – zupełnie odwrotnie niż w filmie.Forster udaje tylko, że czerpie z książki motyw szybkich zombie czy skoordynowanej, militarnej z nimi walki, bo równie dobrze mógłby się wzorować na „Świcie żywych trupów” z 2004 czy „28 dniach później”, w których oba te elementy występują. Materiał Brooksa pełni tu rolę anegdotyczną – twórcy rzadko wspierają się wyczytanymi w niej historiami, ale gdy już to robią, każda sprawia wrażenie zbyt skrótowej, doklejonej na siłę.

Po co więc w ogóle było sięgać po książkę? Oczywiście – dla pieniędzy. Łatwiej odciąć kupon od znanego i lubianego bestsellera, niż próbować stworzyć nową markę. Zwłaszcza, gdy wokół jest spora konkurencja, a dosłownie każde medium, od komiksu po gry video, ma już swoją zombie-perłę.

Co na ich tle ma do zaoferowania film Forstera? Niewiele. Historia granego przez Pitta eksperta-od-nie-wiadomo-czego, który na krańcach świata odnaleźć musi antidotum, a zarazem zjednoczyć się z wyczekującą go rodziną, to fabularna sztampa w stylu lat 90., z papierowymi bohaterami na pierwszym, drugim i trzecim planie. Sporo na ten temat mówi już fakt, że do roli żony zatrudniono aktorkę (znana z serialu „The Killing” Mireille Enos), dla której występ w wysokobudżetowym filmie wciąż jeszcze jest pewnym wyróżnieniem. Trudno wyobrazić sobie, by na rolę zatroskanej żonki, wiecznie odbierającej telefony od bohaterskiego męża, zdecydowała się gwiazda o ugruntowanym  dorobku.

Film ma oczywiście swoje pozytywne aspekty – solidna kreacja Pitta, intrygująca wizja zombie jako przelewających się fal mięsa, udany debiut grającej żołnierkę Izraelki Danielli Kertesz – ale o jego wadach wciąż można jeszcze sporo napisać. Są tu zarówno koszmarne, opisowe dialogi, jak i spore niedociągnięcia logiczne, ale najgorsza jest jednak pewna niezamierzona śmieszność, w jaką wielce poruszający traktat Forstera o niedoli człowieczej od czasu do czasu wpada.

Najlepszym tego przykładem pretensjonalna czołówka (bu-hu, jesteśmy jak stado mrówek przefiltrowane przez ekran telewizji!) i absolutnie rozbrajająca konkluzja – by uchronić się przed zarażeniem wirusem, najlepiej… umrzeć.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 3

Dodaj komentarz »
  1. Zapowiada się kiepsko, ale i tak się wybieram

  2. dokładnie tak! komentarz polityczny w tym filmie nawet nie jest tłem co bardzo zubożylo fabułę. kiepski jak reformy donka ;/

  3. Na tym świecie powoli zaczyna brakować filmów dla ludzi z moim doświadczeniem. Ta tendencję obserwuję już od 3 lat. Nie macie takiego wrażenia?

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php