Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

15.07.2013
poniedziałek

Pacific Rim [9/10]

15 lipca 2013, poniedziałek,


Sukcesem filmu Guillermo del Toro – na przekór temu, co wyczytać można w prawie każdej recenzji – nie jest wcale to, że jest on lepszy od „Transformersów”. To banalny argument, bo być lepszym od hałaśliwej, infantylnej robo-papki Michaela Baya to żadna sztuka.

Prawdziwym sukcesem „Pacific Rim”, świadczącym o jego nieprzeciętnej jakości, jest to, że przy całej swojej monumentalności zachowuje grację i swobodę, jakich produkcje o podobnych rozmiarach mogą mu tylko zazdrościć. Dodatkowo, z „Transformersami” film del Toro nie ma nic wspólnego; to hołd złożony japońskiej popkulturze spod znaku makro – „mecha” (wielkim robotom) i „kaiju” (olbrzymim potworom). Efekt tego połączenia jest zabójczy: „Neon Genesis Evangelion” spotyka „Godzillę”.

O tym, że del Toro doskonale rozumie (i szanuje!) popkulturowy czynnik swojego filmu, świadczy już sama czołówka, z jednej strony wprowadzająca w wydarzenia, z drugiej odmalowująca ludzką fascynację tym, co obce, inne, niesamowite, jako definiujący nas fenomen.

„By walczyć z tymi potworami, stworzyliśmy swoje własne – potężne Jaegery” – słyszymy z offu, by zaraz potem dowiedzieć się, że odnoszący sukcesy piloci olbrzymich robotów szybko stali się gwiazdami, a wyłaniające się z wyłomu na środku Pacyfiku monstra – zabawkami na półkach podekscytowanych chłopców. Gdy w kluczowym momencie kamera pokazuje ich pokaźną ilość w pokoju przypadkowego nastolatka, nie ma wątpliwości, że to samo stałoby się w prawdziwym świecie – przerażenie uległoby w końcu fascynacji, ta zaś, ostatecznie – monetyzacji.

Podobnie jest z samym filmem – masywnym, onieśmielającym, patrzącym na nas z góry, a zarazem domagającym się należnego podziwu. I faktycznie, trudno mu go odmówić.

To, że cała ta spektakularna otoczka nie przytłacza serca spektaklu, w którym znajduje się kilkoro interesujących, choć dość standardowo odmalowanych bohaterów, jest chyba najbardziej rozpoznawalną cechą twórczości del Toro. O czym by akurat nie robił filmu – potworze z kanałów metra, rogatym superbohaterze z piekła, czy labiryncie pełnym dziwów – jego postacie na ogół się pamięta. Te z „Pacific Rim” także, co istotne o tyle, że odtwarzający je aktorzy – z wyjątkiem górującego nad nimi posągowego Idrisa Elby – nie grzeszą przesadną charyzmą.

Grający główne role Charlie Hunnam (Jax z „Synów anarchii”) i Rinko Kikuchi (nominacja do Oscara za „Babel”) wyglądają jak każdy przystojny Amerykanin i ślicznotka z Japonii po trzydziestce – w tłumie łatwo ich zgubić, na ulicy ciężko poznać. Także ich postacie nie są ulepione z przesadnie szlachetnego kruszcu – oboje są niepewni, zmagają się z traumami z przeszłości, a jednocześnie wyraźnie mają się ku sobie. Pomysł, by obsługa olbrzymiego Jaegera była zbyt obciążająca dla organizmu pojedynczego pilota, winduje ich relację  wyżej, niż można by się tego spodziewać – jako operatorzy jednej maszyny są współzależni, połączeni siecią wspomnień i doświadczeń.

Ciekawostką jest, że ten swoisty dualizm przyświeca konstrukcji połowy drugiego planu – najważniejsi bohaterowie na ogół „występują” dwójkami. Jest tu więc druga załoga, złożona z mądrego ojca (Max Martini, „Jednostka”) i nadgorliwego syna (Robert Kazinsky, „EastEnders”) czy duet nerdów (Charlie Day, „It’s Always Sunny in Philadelphia” i Burn Gorman, „Torchwood”).

Wszyscy oni, z dodatkiem wspomnianego Elby czy pojawiającego się w ciekawym epizodzie Rona Perlmana, są perfekcyjnie naoliwionymi trybikami w dobrze funkcjonującej machinie. Gdy się ma taki silnik, maska siłą rzeczy także musi robić wrażenie. Del Toro swoim zwyczajem przełamuje wizualną sztampę wysokobudżetowego widowiska autorskimi wtrętami, dzięki którym „Pacific Rim” nie wygląda jak milion podobnych „realistycznych” superprodukcji. Wyczuwalny jest tu posmak baśniowej abstrakcji – przykładowo, wygląd stworów inspirowany jest morską fauną. I to głównie dzięki nim film staje się ciekawym, nieoczywistym przedłużeniem dziwów, które u del Toro mogliśmy podziwiać w „Hellboyu” (zwłaszcza drugiej części) czy „Labiryncie fauna”.

Gdy stalowi giganci, których wygląd inspirowany był z kolei architekturą olbrzymich drapaczy chmur, ścierają się z tymi wymyślnymi monstrami, nie tylko trudno od nich oderwać wzrok, ale podobnie jak w niedawnym „Człowieku ze stali” łatwo poczuć ich przytłaczającą, destrukcyjną siłę.

W filmie del Toro jest wszystko, czego można oczekiwać po IDEALNYM letnim blockbusterze – wielkie roboty, olbrzymie potwory, zjadliwy patos, porywające efekty. Większego uderzenia w tym roku nie będzie!

***

Tekst do przeczytania także na Z górnej półki.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 8

Dodaj komentarz »
  1. 1. Widniejąca w wielu recenzjach pochwała, że film nie ma przestojów i nie daje chwili wytchnienia wynika z tego, że od razu jesteśmy wrzuceni w sam środek akcji/fabuły/filmu. Z tego powodu ost 1.5h sprawia wrażenie rozwleczonej końcowej części. Trochę brakuje głębszego wprowadzenia głównych bohaterów, dzięki któremu widzowi bardziej zależałoby na ich losie. Przychodzi mi na myśl chociażby taki Real Steel.
    2. Efekty fantastyczne (2d) i raczej bez momentów, w których komputerowa papka nuży i sprawia wrażenie przeciągniętej. A to już coś, przynajmniej ostatnimi czasy.
    3. Kolejny film za dziesiątki (setki?) mln dolarów, którym zagłady unika się w niemal dokładnie identyczny sposób.

  2. cooooooooooooooooooooo…9/10? jesli przyszlosc filmu spoczywa w okularach 3D,
    to tak, ale dobrze, ze hitchcock, fellini i ska tego juz ogladac nie musza;
    moim zdaniem „rodan, ptak smierci” ishohiro hondy ma o niebo wiecej substancji,
    no i polotu…

  3. Ho Ho aż taka ocena. Ostatnio na stronie Filmwebu też chwalili Pasyfik. Zastanawia mnie jak dobry rzeczywiści to film. No ale chyba chodzi o to, że to dobra rozrywka w sezonie ogórkowym, bez podejmowania ambitnych tematów.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. A o cóż innego? :)

  6. Czy jednak nie uważa Pan, że ocena 9/10 jest nieco na wyrost? Ile w takim razie dałby Pan Avatarowi? Albo Iron Manowi?

  7. Jaki dobry to film?
    Spamer „Kałużyński” może pójść do kina i się przekonać ;)

  8. Akurat jeśli Pacific Rim nie powinien dostać 9 to takiej samej oceny z pewnością nie powinien otrzymać Iron Man czy Avatar. Wydaje mi się, że ocena ta powinna być zarezerwowana dla filmów niosących ze sobą coś więcej niż tylko efekty i rozrywkę – te nie są tak trudne do dostarczenia. Ciężej w fimie przemycić jest za to refleksję, głębszy sens czy lekcję – najwyższe oceny powinny być zarezerwowane właśnie dla takich filmów. Pod warunkiem oczywiście że są przy tym świetnie zagrane, zmontowane i udźwiękowione – słowem: trzymają bardzo wysoki poziom w każdym aspekcie. Pozdrawiam!

  9. Natalia – podzielam Twój sposób oceny filmów. Dla mnie też każdy film musi być oceniony kompleksowo i najwyższe noty powinny być zarezerowwane dla arcydzieł, w których z mistrzowskim kunsztem dochodzi do synestezji wrażeń wszystkich zmysłów.
    Chodziło mi w poprzednim komentarzu tylko o to, że Pacific Rim to film od Avatara czy IronMana dużo gorszy, w związku z czym jego ocena jest mocno „na wyrost”:)
    Pozdrawiam:)

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php