Reklama
Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2
Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie Off the Record - Piotr Pluciński o kinie

15.07.2013
poniedziałek

Wejście smoka [7/10]

15 lipca 2013, poniedziałek,

Trzeba to sobie jasno powiedzieć: „Wejście smoka”, pierwsza wysokobudżetowa produkcja hollywoodzka z udziałem Bruce’a Lee, nie jest najlepszym filmem kung-fu jaki powstał, ani nawet najlepszym filmem w skromnym dorobku mistrza. To porządne kino eksploatacyjne, będące jednak demonstracją tylko ułamka talentu, precyzji i życiowej filozofii, z jakich słynął Lee poza ekranem.

Jego niespodziewana śmierć w 1973, na niecały tydzień przed premierą „Wejścia…”, zmieniła jednak wszystko – projekt, który miał być zaledwie wprowadzeniem do wielkiej kariery, stał się dlań swego rodzaju grobowcem. Ale i kawałkiem historii – dzięki “Wejściu…” Hollywood otwarło się na sztuki walki, dając przy okazji szansę ignorowanym dotąd aktorom o egzotycznym pochodzeniu.

Sukces filmu jest jednak w pełni zrozumiały. Zadziałały dwa czynniki – śmierć gwiazdy, zawsze podnosząca notowania produktu w podobnych przypadkach, oraz nowatorstwo wyznawanej przez niego metody. Bruce Lee był perfekcjonistą i w kategorii sztuk walki osiągnął absolut. Nauczany przez legendarnego Yip Mana, z biegiem lat doskonalił swoją technikę, aż w końcu wymyślił własną – Jeet Kune Do. „On był doskonały” – mówił później jeden z twórców „Wejścia smoka” – „Podczas realizacji filmu jego ciało było w idealnej formie; zero tłuszczu, twarde niczym drewno”.

Wyznawana przez Lee filozofia była czymś zupełnie nowym dla ówczesnej widowni. Technika Jeet Kune Do zakładała wykorzystanie jak największej siły przy jednoczesnym ograniczeniu ruchów i wysiłku do minimum. „Sztuka walki bez walki”, „styl bez stylu” – jak często określał ją w wywiadach sam Lee. Co w teorii nie brzmi zbyt widowiskowo, na żywo robiło ogromne wrażenie. Gdy na ekranie Bruce zdejmował koszulkę, by zaprezentować idealnie wyrzeźbione ciało, a następnie, charakterystycznie wrzeszcząc, wymierzał potężne ciosy swoim przeciwnikom, widownia zamierała w niemym zachwycie. Dzisiaj, 40 lat później, jego niedościgniona precyzja wciąż robi wrażenie.

„Wejście smoka” nie jest jednak filmem, o jakim Lee marzył. W czasie, gdy pojawiła się możliwość jego realizacji, zajmował się innym, dalece bardziej ambicjonalnym projektem. Kręcona w Hongkongu „Gra śmierci”, której Bruce był reżyserem, scenarzystą, producentem i główną gwiazdą, miała stanowić spektakularną demonstrację siły i ducha Jeet Kune Do. Zdjęcia do filmu przerwano jednak, gdy pojawiła się propozycja występu w „Wejściu smoka” – pierwszym wysokobudżetowym filmie hollywoodzkim poświęconym sztukom walki. Dla Lee była to prosta kalkulacja – ewentualny sukces „Wejścia…” mógł nie tylko ułatwić mu zaistnienie na Zachodzie, ale i wspomóc promocję wymarzonego projektu.

Jego śmierć skomplikowała nieco sprawy. 100 minut nakręconego materiału trafiło na kilka lat do archiwum, skąd w 1978 wykopał ją reżyser „Wejścia…” Robert Clouse. Podjęta została decyzja o wykorzystaniu zaledwie 12 minut zdjęć zrealizowanych przez Lee, które następnie połączono z licznymi archiwaliami z dotychczasowych jego filmów i dokrętkami, do których zatrudniono innych aktorów. Okaleczony, sprzeniewierzający się wizji Bruce’a film odniósł względny sukces, ale budził niesmak i pożałowanie – m.in. wykorzystaniem ujęć z jego pogrzebu, czy zastępowaniem go w paru scenach… tekturową podobizną.

Sprawiedliwość „Grze śmierci” oddano dopiero całe lata później, gdy w 2000 roku ukazał się dokument „Bruce Lee: Droga wojownika”. Historyk i badacz jego dorobku John Little nie tylko wyjawia w nim kulisy realizacji „Gry…”, ale po raz pierwszy prezentuje też jej ocalałe fragmenty. Zmontowane w 39-minutową całość szczątki pierwotnej wizji Lee wciąż robią piorunujące wrażenie, skłaniając tym samym do prostej refleksji – co by było, gdyby udało mu się ją przed laty doprowadzić do końca? Czy zajęłaby miejsce „Wejścia smoka” w historii kinematografii?

Całkiem możliwe, bowiem przewagę jaką miał ów projekt nad „Wejściem…” była artystyczna autonomia, podbudowana szczerym pragnieniem zainteresowania widza swoją życiową filozofią. Przyjmując rolę w amerykańskim produkcyjniaku, Lee tej swobody nie miał, decydował się na układ biznesowy. „Wejście…” miało być kinem akcji, do tego mało ambitnym – dziś np. gołym okiem widać, że fabuła filmu to wypisz-wymaluj pierwszy odcinek przygód Bonda, „Dr No”. Tak tam, jak i tu, wyszkolony agent trafia z misją na egzotyczną wyspę, by zinfiltrować placówkę szaleńca z przerośniętym ego. Jeśli dodać do tego podziemny kompleks czy armię zniewolonych kurtyzan, podobieństwa stają się ewidentne.

Bruce’owi pozwolono jednak na kilka usprawnień fabuły, dzięki czemu mógł on dopisać doń kilka dodatkowych dialogów, odpowiadających wyznawanej przez niego ideologii. Już rozmowa z mentorem z początku filmu („- Do jakiego stylu dążysz? – Do braku stylu.”) nadaje „Wejściu…” zbawiennego rysu szlachetności. Podobne niuanse nikną jednak w zalewie widowiskowych konfrontacji Bruce’a z kolejnymi przeciwnikami, jak ta w podziemiach, gdy Bruce’a odpiera kolejne fale strażników.

Film zapisał się w historii dokładnie tak, jak odebrali go nasi ojcowie, gdy rozemocjonowani wychodzi z kina w latach 80. (wyświetlano go w Polsce blisko dekadę po zachodniej premierze) – spektakularnym, acz dość bezrefleksyjnym pokazem siły. Tymczasem jego serce bije trochę głębiej.

W najbardziej spektakularnym pojedynku w całym filmie Bruce pokonuje bezwzględnego O’Harrę, który przed laty przyczynił się do śmierci jego siostry. Pojedynek jest jednostronny; po serii nieskazitelnych ciosów, zdesperowany przeciwnik decyduje się jednak na nieczyste zagranie i usiłuje wymierzyć cios strzaskaną butelką. Lee go odpiera, ale na moment traci nad sobą panowanie i zabija O’Harrę potężnym ciosem. Jego pokazana w zwolnionym tempie reakcja, łącząca w sobie furię, wysiłek, ale i rozpacz – bo oto służąca obronie technika, afirmacja równowagi i rozsądku, powoduje śmierć – jest druzgocąca.

Dziś to drugie dno coraz rzadziej się zauważa, ale reakcję Lee we wspomnianej scenie można zastosować do samego filmu, który uczynił go sławnym; niekoniecznie z tych powodów, na których mu zależało.

O wydaniu Blu-ray

Z okazji 40-lecia filmu „Wejście smoka” ukazało się w specjalnym, rocznicowym wydaniu Blu-ray. Zadbano o otoczkę – w pudełku, oprócz płyty z filmem, znajduje się także kilka pamiątkowych gadżetów, w tym reprodukcje fotosów i storyboardów. Dodatkowo, obraz i dźwięk doczekały się znaczącej poprawy w stosunku do zwykłego wydania Blu-ray z 2007.

Wydanie kusi też licznymi materiałami dodatkowymi. Na płycie znalazło się większość dodatków z dotychczasowego dwupłytowego wydania DVD i standardowego Blu-ray, tj. komentarz producenta Paula Hallera (dość nudnawy, z wielominutowymi pauzami), zrealizowany w 2004 making of „Krew i stal: Jak powstawało Wejście smoka” (29:32), Wywiady z Lindą Lee Cadwell (15:49), „Bruce Lee sam o sobie” (18:15), czyli zbiór jego archiwalnych wypowiedzi, krótki reportaż z planu (7:23) i jeszcze krótszy zapis jego treningu we własnym ogrodzie (1:40).

Na płycie znalazł się też porządny, pełnometrażowy dokument biograficzny „Klątwa smoka” z 1993, ale jednocześnie zabrakło drugiego, znacznie ciekawszego filmu, o którym wspominam w tekście, tj. „Bruce Lee: Droga wojownika”. Usunięto go najpewniej po to, by zrobić miejsce dla trzech zupełnie nowych, wyprodukowanych w tym roku materiałów. Są to „Brak drogi jako droga” (25:50), czyli materiał dot. życiowej filozofii Bruce’a,  „Wing chun: Sztuka, dzięki której Bruce Lee poznał kung fu”(19:12) oraz „Powrót na wyspę Hana” (9:13), z którego możemy się dowiedzieć jak na przestrzeni lat zmieniły się lokacje z filmu.

 

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 1

Dodaj komentarz »
  1. No no, ciekawy artykuł przyznaję!

Dodaj komentarz

Pola oznaczone gwiazdką * są wymagane.

*

 
css.php